Wielka chwila dla 300-tysięcznego miasta. Dziś mówi o nim cała Polska

Dawid Szymczak, Jakub Seweryn
- Adrian rok temu został rzucony na bardzo głęboką wodę, a później jakiś gejzer wyrzucił go na szczyt ekstraklasy. Fajnie, że go to nie przerosło, ale zarządzanie sukcesem bywa trudniejsze niż zarządzanie kryzysem. Miejsce, które zajmowaliśmy, mogło nas zaskakiwać jesienią, ale już wiosną musieliśmy tę szansę chwycić i pod żadnym pozorem nie mogliśmy jej zmarnować. Każdy w klubie musiał czuć, że pojawiła się nieprawdopodobna okazja - mówi prezes Jagiellonii Białystok Wojciech Pertkiewicz. W rozmowie ze Sport.pl tłumaczy, które decyzje podjęte latem były kluczowe, by rozegrać tak dobry sezon, ile piłkarze dostaną premii i jaki prezent sam sobie zafunduje, jeśli w sobotę jego klub zdobędzie mistrzostwo.

- Ale my jeszcze tego mistrzostwa nie zdobyliśmy, prawda? Czy coś mi umknęło? - uśmiecha się jeden z pracowników, rozmawiając przez telefon. Atmosfera na kilka dni przed ostatnią kolejką sezonu w siedzibie Jagiellonii Białystok jest całkiem spokojna. Czas wypełniają kolejne spotkania: ze specjalistami od zapewnienia bezpieczeństwa, z wojewodą i z osobami odpowiedzialnymi za przygotowanie telebimu, który stanie na rynku, gdzie kibice najpierw obejrzą mecz z Wartą Poznań, a później - jeśli wszystko pójdzie dobrze - zaczną świętować. Dla blisko 300 tysięcznego Białegostoku to będzie największy sportowy sukces w historii. Sukces, na który Jagiellonia czekała 104 lata, czyli od momentu swojego istnienia.

Zobacz wideo Oto plany transferowe Jagiellonii

Z prezesem Wojciechem Pertkiewiczem spotykamy się trzy dni przed meczem z Wartą, by podsumować kończący się sezon i wytłumaczyć sukces Jagiellonii, która na kolejkę przed końcem jest na pierwszym miejscu w tabeli. Jeśli w ostatnim meczu osiągnie wynik lepszy lub równy Śląskowi Wrocław, który zmierzy się na wyjeździe z Rakowem Częstochowa, zdobędzie pierwsze w historii mistrzostwo Polski. To gigantyczna niespodzianka - po pierwszej kolejce sezonu analitycy dawali na to 0,1 proc. szans.

Na początku rozmowy prezes żartuje, przywołując wypowiedź Apoloniusza Tajnera: "Czemu Małysz przestał dobrze skakać? Nie wiem, dlaczego w ogóle zaczął!". Później przechodzimy do konkretów.

Dawid Szymczak, Jakub Seweryn: Da się oplem corsą wygrać wyścig z porsche 911?  

Wojciech Pertkiewicz, prezes Jagiellonii Białystok: Nie jeździłem ani corsą, ani porsche.

Łukasz Masłowski, dyrektor sportowy Jagiellonii, kilka miesięcy temu tak porównał wyścig o mistrzostwo Polski. Wy - corsa. Lech, Legia i Raków - porsche. Mówił o przepaści w rocznych budżetach.

- Budżety rzeczywiście są różne, ale jeszcze jest kwestia zarządzania środkami i potencjałem. Można jechać porsche cały czas na pierwszym biegu i nie umieć ich zmieniać, a wtedy corsą wystarczy wrzucić czwórkę. Trzymając się metafory: skoro nie mieliśmy pieniędzy na porsche, to chcieliśmy tuningować i ulepszać corsę. Zmiany nie zaczęły się u nas 1 lipca. Już wcześniej rozrysowaliśmy sobie z dyrektorem Masłowskim plan i powoli, kilometr po kilometrze, jechaliśmy do przodu. Po drodze popełniliśmy błędy, zmieniliśmy trenera, mieliśmy dołek w poprzednim sezonie i górkę w tym, więc wiemy, co mogliśmy zrobić lepiej. Ale wygląda na to, że te rzeczy, które zrobiliśmy dobrze, wystarczyły, żeby na razie nie myśleć o tych złych, tylko się cieszyć.

Jak kreśliliście ten plan, to na mecie było mistrzostwo?

- W tym sezonie?

Nie. W ogóle, za kilka lat.

- Zakładaliśmy poprawę, krzywa była w górę, ale nie rozpisywaliśmy tego na takiej zasadzie, że np. za trzy lata planujemy zdobyć mistrzostwo. Planowaliśmy sam rozwój. Ja całej organizacji, a Łukasz Masłowski sportowy. Zakładaliśmy oczywiście, że zmiany, które chcemy wprowadzić, dadzą efekty, ale nawet ten sezon pokazuje, że piłka to nie jest informatyka i nie da się wszystkiego zaprogramować. Rok temu byliśmy na dole, teraz jesteśmy na górze. Przyszły sezon powie o nas prawdę. Jeśli będziemy falować na górze to znaczy, że coś zmieniliśmy na lepsze. Jeśli będziemy falować na dole to znaczy, że coś poszło nie tak, a ten jeden sezon był wybrykiem, którego nikt nie potrafi zrozumieć i wytłumaczyć. My oczywiście chcemy wiedzieć, dlaczego rozegraliśmy taki sezon i pokazać, że on nie był przypadkowy. Sporo nauczyliśmy się w tym sezonie o nas samych i o lidze.

No to spróbujmy właśnie to podsumować. Co takiego zostało latem zmienione? Mówił pan przecież, że zaszło w klubie sporo zmian niewidocznych dla kibiców.

- Trzeba by rozebrać każdy dział klubu na części pierwsze. Zacznijmy od tego, że podstawą działania jest nasze know-how, które tuningujemy każdego dnia i o którym nie chcę szczegółowo opowiadać. Mogę powiedzieć, że kluczowe były zmiany personalne. Przyszły do nas osoby z dużą wiedzą merytoryczną i animuszem do pracy. Począwszy od Adriana Siemieńca, o którym już dzisiaj wszyscy wiemy, że mimo młodego wieku jest trenerem bardzo dobrze przygotowanym merytorycznie, mającym również charyzmę, której może nie widać na zewnątrz, ale my najlepiej wiemy, jak potrafi zarażać swoim pomysłem. A ten pomysł, jak widać, jest w ekstraklasie skuteczny.

Dalej jest dyrektor sportowy.

- Tak. Pomysł trenera mógł być odpowiednio realizowany właśnie dzięki wsparciu dyrektora, który dostarczał do zespołu zawodników, którzy pasowali do jego pomysłu i mieli jakość adekwatną do potrzeb. Podejście, w którym dopasowuje się zawodników do modelu gry, jest najdroższym rozwiązaniem. Taniej jest powiedzieć trenerowi, że ma trenować tych piłkarzy, którzy już są w drużynie i dostosować do nich taki styl gry, który pozwoli jak najwięcej z nich wycisnąć. Nam udało się pogodzić jedno z drugim, czyli trener dopasował zawodników do stylu gry, nauczył ich grać w ten sposób - chwała mu za to, ale też okna transferowe pokazały, że potrafimy znaleźć piłkarzy, którzy odpowiadają potrzebom trenera.

Te zmiany widać. Co zmieniliście głębiej?

- Choćby to, że przyszedł do nas dr Michał Kwiatkowski, który został szefem działu medycznego. Wprowadził sporo zmian w protokołach medycznych. Na początku pytałem: "Naprawdę je analizujecie? Naprawdę z nich korzystacie? Nie zawracacie piłkarzom głowy bez sensu?". Mówili, że to potrzebne i im pomoże. Później widziałem statystki, które jasno pokazały, że liczba dni, w których piłkarze byli niedostępni znacznie spadła. Zobaczyłem krzywą z kontuzjami, która z każdym półroczem spadała, bo poprawiliśmy prewencję i ograniczyliśmy m.in. liczbę kontuzji mięśniowych. A to miało przełożenie na kształt zespołu, bo dzięki temu, że nie mieliśmy długotrwałych urazów, zimą nie musieliśmy sprowadzać żadnego dodatkowego piłkarza. Wzięliśmy tylko Jetmira Halitiego za Miłosza Matysika i Kaana Caliskanera. Nie potrzebowaliśmy dodatkowych wzmocnień, bo wszyscy byli zdrowi. W poprzednich latach kadra miała blisko 30 zawodników, ale ich podatność na kontuzje była znacznie większa.

Były też zmiany w sztabie.

- Dołączyliśmy kolejne osoby od przygotowania fizycznego, odnowy biologicznej i fizjoterapii. Dołączył też Mikołaj Łuczak jako nowy asystent i Mariusz Bołdyn jako trener bramkarzy. Tutaj wielkie brawa należą się trenerowi i Łukaszowi Masłowskiemu. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim, że przed sezonem, gdy mieliśmy już rozplanowany budżet i rozrysowany skład, to na jednej pozycji wciąż widniał "wakat", a obok kwota, którą możemy wydać. Trener z dyrektorem powiedzieli, żeby nie przejmować się tym wakatem, bo nie chcą już więcej zawodników, a pieniądze pierwotnie przeznaczone na nowego piłkarza woleliby zainwestować w sztab medyczny. Tak zrobiliśmy. Trenerzy z reguły chcą mieć jak najwięcej zawodników, ale tutaj wyszła mądrość, rozsądek i wyczucie Adriana, co bardziej pomoże zespołowi i klubowi.

A jakie mieliście obawy, gdy rok temu go zatrudnialiście? Bo nie wierzę, że nie mieliście. Trudny moment, a stawialiście na trenera bez doświadczenia w ekstraklasie.

- Oczywiście. Głównie ja je miałem, a dyrektor Masłowski mnie przekonywał. Znaliśmy Adriana. Znała go też część zawodników, bo był w sztabie Ireneusza Mamrota, inni przecięli się z nim w akademii, a reszta mijała się z nim w bazie, gdy prowadził rezerwy, więc dla nikogo nie był niespodzianką. Wiedzieliśmy, z kim mamy do czynienia, ale mimo to obawiałem się, czy 32-letni trener sobie poradzi, gdy wejdzie do szatni pełnej facetów z dużym ego, napędzanych testosteronem, którzy są zawiedzeni i źli z racji pozycji w tabeli. Inaczej zarządza się drużyną rezerw, która gra bardzo młodymi chłopakami, właściwie juniorami, a inaczej wchodzi się z marszu do pierwszej drużyny, którą od razu trzeba kupić. Adrian nie miał czasu. To musiało wypalić natychmiast. Łukasz Masłowski mnie przekonywał, że może Adrian nie trafi w poprzeczkę z 36 metrów pierwszym kopnięciem, ale przekona piłkarzy merytoryką, kupi ich pomysłowością i empatią, zyska na tym, że jest szczery. I tak się stało. Dyrektor miał rację. Uratowaliśmy ligę i już wtedy wiedzieliśmy, jaki mamy materiał i że będziemy dalej współpracować. Ale i tak nie spodziewaliśmy się, że w tym sezonie na kolejkę przed końcem będziemy liderem. W życiu!

Celem było wejście do ósemki, prawda?

- Tak. Teraz żartuję, że spełniliśmy ten cel, bo pierwszy też jest w ósemce. Ale wiadomo, myśleliśmy raczej o miejscach 7-8, co byłoby dobrym fundamentem, by bić się o więcej w kolejnym sezonie. Wyszło na to, że biliśmy się już w tym.

Po ponad roku współpracy, którą cechę Adriana Siemieńca lubi pan najbardziej?

- Elastyczność, naturalność i uczciwość. Nie zakłada maski. Nie ukrywa tego, co myśli. Jest w swoim zachowaniu bardzo szczery. Adrian ma też w sobie pokorę. Wie, jak dużo ma jeszcze pola do nauki i że wciąż jest na początku trenerskiej kariery. Rok temu został rzucony na bardzo głęboką wodę, a później jakiś gejzer wyrzucił go na szczyt ekstraklasy. Fajnie, że go to nie przerosło, ale zarządzanie sukcesem bywa trudniejsze niż zarządzanie kryzysem. Już wiosną musieliśmy się z tym zmierzyć. Sportowo i organizacyjnie. Miejsce, które zajmowaliśmy, mogło nas zaskakiwać jesienią, ale już wiosną musieliśmy tę szansę chwycić i pod żadnym pozorem nie mogliśmy jej zmarnować. Każdy w klubie musiał czuć, że pojawiła się nieprawdopodobna okazja. Nie tylko sportowa - na mistrzostwo, ale też na podtrzymanie stabilizacji klubu, bo za sukcesem idą gratyfikacje finansowe.

Kiedy pan poczuł, że ta szansa jest naprawdę realna?

- Zimą, w takcie okienka. Chociaż później rundę zaczęliśmy tak sobie... Przez jesień szliśmy jak czołg, a tu nagle porażka z Lechem, remis i ciężary z Ruchem, porażka z Górnikiem i zwycięstwo w Pucharze Polski wydarte w dogrywce z Koroną. Przed meczem ze Śląskiem zaczynaliśmy się drapać po głowach.

Obstawiałem, że wskaże pan właśnie ten mecz - zwycięstwo 3:1.

- Było kluczowe, żeby odwrócił się trend.

Mówił pan też, że Siemieniec zmienił pana spojrzenie na piłkę. W jaki sposób?

- Przy rozegraniu od tyłu nie spina mnie już tak bardzo. Kiedyś za każdym razem bardzo się stresowałem.

Uprościł pan, a to brzmiało, jak niezły komplement.

- Adrian zmienił wiele w kwestii budowania relacji. Podoba mi się to określenie "Ted Podlasso". Też mamy w szatni plakat "Believe". Też w relacjach stawia na szczerość i empatię. Też pochyla się nad problemami zawodników, nie stoi nad nimi z batem. Potrafi w ten sposób zapanować nad bardzo różnorodną grupą ludzi. Wiem, że Adrian też uśmiecha się na to określenie.

Kilka miesięcy temu dostał pan takie pytanie: "Jak wytłumaczyć, że z jednej strony są wizje, strategie, plany, a z drugiej przykład Jagiellonii Białystok albo Śląska Wrocław? Drużyn, które wiosną broniły się przed spadkiem, by po kilku miesiącach na resztę ligi patrzeć z góry". Nie chciał pan odpowiadać w połowie sezonu, obiecał wrócić do tego w maju. Zatem?

- Za Śląsk nie odpowiadam. Nie mam pojęcia, jak tam jest to wykonane. Boisko widzę, ale nie wiem, co jest poza i jak wszystko funkcjonuje, więc będę mówił tylko o Jagiellonii. Kluczowe było to, o czym mówiłem wcześniej: postawienie na właściwych ludzi - trenera bramkarzy, trenera przygotowania fizycznego, lekarza, z którym na początku mieliśmy sporo tarć, ale wyszło nam to na dobre. Jestem bardzo zbudowany etyką pracy i determinacją tych ludzi. Podoba mi się ich styl. Choćby to, że nie spotykamy się na naradach, by wypić kawkę i pogadać o głupotach, tylko leci konkret za konkretem. Każdy chce ze swojego działu wycisnąć jak najwięcej, a przy tym współpracuje z resztą. Na spotkaniach są ludzie odpowiedzialni za drużyny U-17, U-19, rezerw i pierwszy zespół. Tak można realnie kreślić plany karier naszych zawodników i rozmawiać o ich rozwoju. W tym wszystkim uczestniczy pierwszy trener.

To nie jest normą?

- Pracowałem już z 10-12 trenerami, każdy deklarował chęć uczestniczenia w takich spotkaniach, ale najczęściej na deklaracjach się kończyło. Adrian sam wyszedł z akademii, więc lepiej to wszystko rozumie. Później kluczowe było wykorzystanie potencjału, który wytworzył się jesienią. Zimą mówiliśmy, że naszym największym wzmocnieniem ma być brak strat. I to się udało zrobić - poza transferem Miłosza Matysika i zwrotnym pozyskaniem Jetmira Halitiego nikt od nas nie odszedł, mimo jakichś tam zapytań o Bartłomieja Wdowika czy Dominika Marczuka. Zresztą, na każdym kroku wysyłaliśmy sygnały, że to nie jest moment na sprzedaż któregokolwiek piłkarza. Wszystkich skautów zapraszaliśmy na nasze wiosenne mecze, by dalej obserwowali i wrócili latem, jeżeli dalej będą zainteresowani. Nie wyszliśmy na tym źle. Na wiosennych meczach mieliśmy więcej skautów niż na jesiennych, bo wyniki budują zainteresowanie.

Powiedział pan kiedyś ładne zdanie, że z punktu widzenia prezesa piłka to pasjonująca gra polegająca na szukaniu przewag nad konkurentami i maksymalnym wykorzystaniu własnego potencjału. Gdzie znaleźliście tę przewagę i w których obszarach przede wszystkim wykorzystaliście swój potencjał?

- Oczywiście nie do końca wiemy, jak funkcjonują rywale i jakie mają argumenty w rozmowach i negocjacjach, ale myślę, że kluczowe są personalia. Dyrektor, trener, sztab - mamy właściwe osoby. Wspomnę jeszcze o naszym dziale skautingu, który dwa lata temu został wywrócony do góry nogami. Dzisiaj, mimo że to jest tylko kilku pasjonatów pod wodzą Grześka Mańkowskiego, działa świetnie i bardzo na tym korzystamy. Jak powiem, że to są cztery osoby, to wszyscy stwierdzą, że co to za dział… I bardzo dobrze. Niech nas deprecjonują. My wiemy, co robimy.

Nie ściągnęliście żadnej jedynki transferowej, czyli najbardziej preferowanego piłkarza na daną pozycję, a i tak letnie okienko mieliście niezwykle udane.

- To prawda, że nie udało nam się wygrać żadnego z wyścigów po "jedynkę", ale nigdy nie jest powiedziane, że ten piłkarz z samego szczytu listy spisałby się tak dobrze, jak ten będący tuż pod nim. Decydują nie tylko umiejętności piłkarskie, ale też osobowość i charakter, zdolność do adaptacji. Zwracamy na to uwagę przed transferem, robimy rozeznanie, sprawdzamy media społecznościowe, robimy wywiad środowiskowy, ale nigdy nie mamy gwarancji. Udało nam się dobrze zbudować szatnię. Tam mieszają się różne osobowości, różne ego, nie zawsze panuje wielka miłość i sielanka, w której każdy wysyła każdemu serduszka, bo padają też cięższe słowa. Jak się okazało, czasami nawet uchwycą to kamery. Ale to, co powiedział Taras Romanczuk do Dominika Marczuka, nie było żadnym ewenementem. W szatni gorsze mięcho leci.

Jak rozwiązaliście tę sprawę?

- Nijak. Nie było czego rozwiązywać. To jest norma. Takich rzeczy się nie rozwiązuje. To jest codzienność, którą nagle zobaczyli widzowie i byli zaskoczeni. "To tak jest?". A myśleliście, że jak? W szatni zawsze trzeszczy. Na treningach też.

Z czego pan po takim sezonie jest najbardziej dumny?

- Mówimy o sporcie?

Tak zacznijmy.

- Rzadko się udaje połączyć efektowność z efektywnością. Strzeliliśmy 74 gole, a mamy do rozegrania jeszcze jedno spotkanie. Ostatni mecz będzie można oglądać na telebimie w Białymstoku, więc musieliśmy przygotować jakieś materiały, które będzie można pokazać przed meczem. Już mieliśmy coś przygotowane i ktoś powiedział, że trzeba to zapętlić, bo jest za krótkie. Uśmiechnąłem się, że wystarczy dać wszystkie nasze bramki i wystarczy na dobrą godzinę. Każdy gol? Z powtórkami z trzech kamer? Nie potrzeba już żadnej pętli.

A wychodząc poza sport?

- To, co się udało podopinać finansowo. Jako organizacja zrobiliśmy też krok do przodu w każdym dziale. Od księgowości, po organizację zawodów. Świetnie rozwinął się dział ticketingu. Marketing zrobił poważny krok naprzód. Z drugiej strony uczymy się każdego dnia, wiemy, że są poważne rezerwy do rozwoju.

Mówił pan, że piłkarze mają obiecaną premię, jeśli zajmą ósme miejsce. Im wyżej skończą, tym więcej dostaną. Ile będzie za mistrzostwo?

- Około czterech milionów.

Jeśli zostaniecie mistrzem Polski i traficie niezłą ścieżkę w pucharach, to fazę grupową uda się rozegrać w Białymstoku?

- 3 czerwca mamy wizytację UEFA.

Największym problemem jest duża odległość od lotniska?

- Tego nie przeskoczymy, bo nie wybudujemy lotniska w dwa-trzy miesiące, ale dopiero się dowiemy, czy to w ogóle jest problemem.

Jaki macie plan na letnie okienko? Ilu zawodników może odejść? Ilu przyjdzie? Może któremuś piłkarzowi już obiecaliście, że po sezonie dostanie zgodę na transfer?

- Nie ma czegoś takiego. Pracujemy wariantowo. Zakładamy, że mogą się pojawić oferty. Zimą mówiliśmy: nie, nie, nie. Teraz mówimy: połóż pieniądze na stole, to będziemy się zastanawiać. Zakładamy, że jeśli pojawią się oferty, to najpewniej będą dotyczyć Wdowika i Marczuka, może też Nene i Pululu. Ani Nene, ani Pululu sprzedawać nie chcemy. Możemy się zastanowić nad Wdowikiem i Marczukiem. Ale to muszą być oferty satysfakcjonujące dla Jagielloni i dla samych piłkarzy, bo inaczej do niczego nie dojdzie. Liczymy się z odejściem maksymalnie dwóch zawodników. Nie chcemy, by odeszło więcej, bo zależy nam na utrzymaniu kręgosłupa i obudowaniu go. Na odejścia będziemy reagować transferami. Do tego musimy poszerzyć skład, bo czeka nas więcej meczów. Ale nowych piłkarzy będziemy dołączać stopniowo. Nie chodzi o to, żeby zakontraktować wszystkich już w czerwcu, a później - odpukać - odpaść z pucharów i zostać z trzydziestoosobową kadrą na cały sezon.

To ilu minimum piłkarzy chcecie kupić?

- Załóżmy, że kadra zostaje bez zmian. W takim wariancie dołączamy plus minus trzech zawodników.

W takim tygodniu jak ten śpi pan spokojnie?

- Jeszcze jest w porządku, ale pewnie od piątku zacznie brakować węgla w aptekach.

Mówił pan o nagrodzie dla piłkarzy. A pan sam sobie obiecał jakiś prezent, jeśli skończy się mistrzostwem?

- Tak. Kupię sobie gramofon.

Co później z niego poleci?

- Guns N’ Roses - "Live and let die".

Kto zostanie mistrzem Polski?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.