Nie tylko Rumak. Kibice Lecha mają go dość. "Won nieudaczniku"

Filip Modrzejewski
Ani nowy trener, ani rewolucja kadrowa nie sprawią, że kibice Lecha zaczną przychylniej spoglądać na władze klubu. A zwłaszcza dyrektora sportowego, któremu po raz kolejny sprzeciwili się podczas starcia z Legią. Tomasz Rząsa przez blisko sześć lat pracy wstawił do gabloty tylko jeden puchar, a i tak nie jemu przypisywany jest ten sukces. Rozmyta odpowiedzialność, brak autorefleksji i kulejąca komunikacja bolą kibiców w Poznaniu tak samo, jak dziesiątki przestrzelonych transferów - pisze Filip Modrzejewski ze Sport.pl.

Wielka kartoniada z napisem "WSTYD" przywitała piłkarzy Lecha Poznań przed niedzielnym meczem z Legią Warszawa. Po chwili na trybunach pojawiły się także transparenty - jeden z nich uderzał w piłkarzy, a drugi w najważniejszych działaczy klubu z Poznania: "Rutek. Klimczak. Rząsa - zakład utylizacji marzeń". W drugiej połowie, gdy podopieczni Mariusza Rumaka kompromitowali się na boisku, z trybun padały inwektywy w kierunku właściciela Piotra Rutkowskiego oraz dyrektora sportowego Tomasza Rząsy. Słabiutki Lech uległ Legii 1:2 po dwóch bramkach samobójczych.

Zobacz wideo Nowy trener Lecha już ma pierwszy problem

"Won nieudaczniku!". Dlaczego Poznań nie cierpi Tomasza Rząsy?

To nie pierwszy raz, kiedy Rząsa, były reprezentant Polski, obrywa ze strony "Kotła", czyli trybuny najzagorzalszych kibiców. Oni swoje niezadowolenie wyrażali już latem 2022 r., prezentując oprawę z nieudanymi transferami Lecha. Lista była długa i podsumowana stwierdzeniem: "Won nieudaczniku!" – skierowanym właśnie do Rząsy.

Co istotne, działo się to raptem dwa miesiące po zdobyciu mistrzostwa Polski na stulecie klubu, za które zasług nikt jednak nie przypisywał dyrektorowi sportowemu. - Tytuł to zdobył Pan Trener Skorża – powtarzano w Poznaniu, natomiast Rząsa został wygwizdany już podczas wręczania piłkarzom Lecha złotych medali. Dlaczego był reprezentant Polski ma w stolicy Wielkopolski tak negatywny elektorat?

Funkcję obejmował jesienią 2018 r. i formalnie został pierwszym dyrektorem sportowym Lecha w erze rodziny Rutkowskich. W tym samym momencie szefem klubowego skautingu zostawał Jacek Terpiłowski i już wówczas pojawiał się pierwszy zarzut, ponieważ obaj zostali w zasadzie przesunięci na nowe funkcje z innych działów. Rząsa był wcześniej jednym z dyrektorów Akademii, a jego promocja uosabia jeden z głównych problemów właściciela i prezesa klubu Piotra Rutkowskiego: otacza się cały czas tymi samymi ludźmi z podobnym spojrzeniem na futbol, co – jak widać po liczbie tytułów – nie przynosi oczekiwanych sukcesów. "Klakierzy i potakiwacze" – tak mówią o nich zirytowani kibice Lecha. Do klubu nie dopuszcza się ludzi z zewnątrz czy z inną wizją, co widać zresztą też po wyborze nowego trenera Nielsa Frederiksena, którego charakterystyka wydaje się idealnie skrojona pod władze Lecha.

Rozmycie odpowiedzialności

Problemem Lecha jest także to, że to Piotr Rutkowski wciąż pozostaje główną osobą decyzyjną w klubie. Zbyt kręci go zarządzanie "Kolejorzem", by usunąć się w cień, jak Dariusz Miodunki w Legii. To Rutkowski zadecydował o zatrudnieniu trenera Mariusza Rumaka w grudniu ubiegłego roku, to Rutkowski pojawia się w szatni pierwszego zespołu, gdy trzeba wstrząsnąć drużyną - tak było choćby po meczu w Szczecinie (0:5). Z drugiej strony z upływem lat głos Rząsy zyskiwał na znaczeniu, co spowodowało rozmycie odpowiedzialności. Dziś nie wiadomo konkretnie, kogo realnie i personalnie rozliczać z kiepskiej sytuacji Lecha, choć jako dyrektor za pion sportowy oraz nadzór nad pierwszą drużyną odpowiada Rząsa.

Jego bilans transferów jest fatalny. Przeanalizowaliśmy wszystkie ruchy do klubu od drugiej połowy 2018 r., gdy Rząsa zostawał dyrektorem sportowym.  Z 41 transferów raptem 15 można uznać za udane, co daje 36 proc. skuteczności. Najkorzystniejszy okazał się rok 2021, gdy do Poznania trafili zawodnicy, którzy stanowili o sile zespołu zdobywającego mistrzostwo Polski i grającego w ćwierćfinale Ligi Konferencji Europy. W oknie zimowym byli to Bartosz Salamon, Antonio Milić oraz Jesper Karlstrom, a pół roku później Pedro Rebocho, Joel Pereira i Radosław Murawski. Ale już wtedy miały też miejsce kosztowne wpadki, jak zakup Adriela Ba Loui, wycenianego według portalu Transfermarkt na 1,2 mln euro. Teraz Iworyjczyka najchętniej pozbyto by się już po tym sezonie.  

Fatalne transfery. Przepalone pieniądze

Duże, drogie transfery to zresztą zmora "Kolejorza". Cztery najdroższe ruchy do klubu zrealizowano w ostatnich trzech latach. Oprócz Ba Loui byli to także Ali Gholizadeh (1,8 mln euro), Afonso Sousa (1,2 mln) oraz Kristoffer Velde (1,1 mln). Z tej czwórki jedynie Norweg okazał się opłacalną inwestycją. Wśród 23 nieudanych transferów Rząsy byli także Karlo Muhar, Djordje Crnomarković czy Artur Rudko, a sporo pieniędzy zmarnowano także na pensje Barry'ego Douglasa czy Artura Sobiecha. Obaj po przyjściu latem 2021 r. nie dali Lechowi zbyt wiele, ale i tak zdecydowano się przedłużyć z nimi umowy rok temu.

Władze "Kolejorza" starały się bronić dyrektora sportowego utrzymaniem stabilności kadry, bo trzeba zauważyć, że w ostatnim czasie kontrakty przedłużali także Mikael Ishak, Jesper Karlstrom, Antonio Milić czy Nika Kwekweskiri. Jednak w przypadku tego ostatniego, 31-letniego Gruzina, przedłużenie umowy i idącą za nim podwyżkę, można uznać za duży błąd. Nowy kontrakt tego piłkarza obowiązuje do czerwca 2025 r., ale spadek jego formy był tak drastyczny, że Kwekweskiri ma zostać pożegnany latem.

Wyższe wynagrodzenia piłkarzy spowodowały, że obecna kadra jest najdroższa w historii, czym zresztą Lech chętnie się chwali, ale umiejętnościami znacznie odbiega ona chociażby drużyny z 2022 r., która sięgała po mistrzostwo Polski. W tym miejscu warto zacytować nasz tekst sprzed dwóch miesięcy:: "W mistrzowskim sezonie Lech mógł pochwalić się ogromnymi możliwościami w tej środku pola: Jesper Karlstrom, Radosław Murawski, Nika Kwekweskiri, Filip Marchwiński, Joao Amaral, Dani Ramirez czy Pedro Tiba. Trzech ostatnich zdążyło już odejść z klubu, a w tym czasie zakontraktowano jedynie Afonso Sousę, który nie spełnia oczekiwań. Ubytki ogromne, które nie tylko obniżyły jakość piłkarską w drużynie, ale także zaburzyły głębie składu. Dzisiaj zawodnika bez formy nie ma już kim zastąpić".

Idealnie obrazuje to ławka rezerwowych Lecha w niedawnym starciu z Legią. Z graczy z pola potencjalnymi zmiennikami byli Elias Andersson, Alan Czerwiński, Kwekweskiri, Ba Loua, Michał Gurgul, Bartosz Tomaszewski oraz Maksymilian Dziuba. Czy można się dziwić, że nie udało się dodać impulsu zmianami? 

W Poznaniu w niezrozumiały sposób zlekceważono dwa ostatnie zimowe okna transferowe, mimo że Lech miał środki na przeprowadzenie transferów i duże szanse na walkę o mistrzostwo Polski. Wywieszono wówczas białą flagę, nie tylko zatrudniając Rumaka, ale także nie wzmacniając zespołu. Władze Lecha same zaciągnęły hamulec ręczny, mimo świeżych, pozytywnych doświadczeń z zimowym dodawaniem gazu. Jak wcześniej wspomniałem - okna zimowe w 2021 i 2022 r. były kluczowe dla osiągnięcia późniejszych sukcesów.

Sukces dziełem przypadku

Kibice diagnozują ten stan rzeczy jednoznacznie: w 2022 r., na hucznie obchodzone stulecie klubu, Piotr Rutkowski musiał zrobić dosłownie wszystko, aby zdobyć mistrzostwo Polski i zachować w twarz w Poznaniu, jednakże złoty medal spowodował, że "Kolejorz" ponownie zachłysnął się swoim wyobrażeniem wielkości. Władze klubu uznały, że Lech w końcu wjechał na odpowiednie tory, ale życie to zweryfikowało. Zarządzanie sukcesem ponownie okazało się za trudne.

Obecnie atmosfera wokół klubu jest fatalna, a na dodatek kibiców coraz bardziej irytuje brak poczucia odpowiedzialności społecznej. Rząsa i Rutkowski unikają wywiadów, nie przekazują również swoich komunikatów za sprawą mediów klubowych. Nikt nie wie, co ludzie odpowiedzialni za funkcjonowanie Lecha myślą. Nikt nie poczuł się do tego, aby wytłumaczyć kibicom, dlaczego zatrudniony został Rumak i kto poniesie odpowiedzialność za tę decyzję? Dlaczego "Kolejorz", który 13 miesięcy temu grał w ćwierćfinale Ligi Konferencji Europy, zanotował tak wstydliwy sezon, który najprawdopodobniej zakończy nawet poza europejskimi pucharami? 

Lech musi odzyskać zaufanie kibiców, lecz tym razem sytuacji nie będzie ratować uwielbiany przez nich Maciej Skorża, a człowiek z bajki Rząsy i Rutkowskiego. Frederiksen na starcie nie przekonuje jednak fanów, a jego zatrudnienie nie wskazuje na rewolucję lub choćby zmianę w sposobie myślenia władz klubu. Szefowie Lecha co kilka lat doprowadzają do kryzysowej sytuacji, a ewentualny sukces drużyny zdaje się być raczej dziełem przypadku i zbiegu okoliczności niż konsekwentnego rozwoju. Bo jak inaczej nazwać jedno trofeum przez siedem lat?! Piotr Rutkowski jako właściciel i prezes klubu jest postacią w zasadzie nienaruszalną, bo przecież - cytując jego samego - "ja się nigdy nie poddam". Ale bez jego refleksji Lech Poznań nie będzie klubem wielkim, tylko klubem z wielkim niewykorzystanym potencjałem.

Czy Tomasz Rząsa powinien zostać zwolniony z Lecha?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.