Jesteśmy dziwolągiem na europejską skalę. Orgia różnorodności nas zabija

Michał Kiedrowski
Mamy w ekstraklasie to, co w sporcie najpiękniejsze: gigantyczne sensacje, ogrywanych potentatów, cały trzymający w napięciu sezon. Czego chcieć więcej? Skąd te głosy krytyki i kręcenie nosem, że to wyścig żółwi? Na tle Europy jesteśmy wyjątkowi - pisze Michał Kiedrowski.

"Nikt nie chce zostać mistrzem", "Wyścig żółwi" - polscy dziennikarze uwzięli się na hejtowanie jednego z najciekawszych sezonów w historii ekstraklasy. Czyż właśnie nie o to chodzi, aby mistrz był wyłaniany dopiero w ostatniej kolejce? Czyż nie o to chodzi w naszych piłkarskich wyobrażeniach, żeby do ostatniej kolejki nie było zespołów, które "o nic nie walczą" (swoją drogą termin "drużyny, które o nic nie walczą" jest jedną z głupszych fraz w tzw. języku piłkarskim, ale to nie temat na dziś). Tak sobie tę ligę od dziesięcioleci projektujemy i taką mamy. O co więc te pretensje?

Zobacz wideo

Atrakcyjna liga to więcej kibiców na trybunach

Ba, powiem więcej, dzięki temu jest on coraz atrakcyjniejsza. Przecież miesiąc temu wszystkie media w Polsce świętowały rekord tego stulecia w liczbie kibiców na trybunach. Czy byłoby to możliwe, gdyby walka o mistrzostwo kraju i miejsca w pucharach byłaby już praktycznie rozstrzygnięta?

W dodatku od tego sezonu obowiązuje nowy, rekordowy kontrakt na pokazywanie meczów ekstraklasy. Za cztery cykle rozgrywek Canal+ zapłaci 1,3 miliarda złotych. Widać, że dla klubów - szczególnie tych mniejszych - korzystne jest, by liga była ciekawsza. 

Nie zapominam przy tym jednak, że atrakcyjna ekstraklasa to dla polskiej piłki również przekleństwo. Pisałem o tym już dwa lata temu. Fakt, że w europejskich pucharach reprezentują Polskę coraz to nowe drużyny, powoduje, że trafiają one w eliminacjach na silniejszych rywali. Przez to trudniej polskiej lidze budować pozycję w rankingu. Trudniej też drużynom zarabiać poważne pieniądze w europejskich rozgrywkach. O ile w Czechach, Chorwacji czy Serbii - czyli w ligach z tego samego regionu, które w rankingach są lepsze od naszej - są drużyny, które od lat sezon w sezon grają w pucharach, to w Polsce takiej drużyny nie ma ani jednej.  

Polskie kluby nie mają praktycznie żadnego doświadczenia gry w Europie

W ostatnich 10 sezonach Polskę w pucharach reprezentowały: Legia Warszawa, Lech Poznań, Ruch Chorzów, Zawisza Bydgoszcz, Jagiellonia Białystok, Śląsk Wrocław, Arka Gdynia, Piast Gliwice, Cracovia Kraków, Zagłębie Lubin, Raków Częstochowa, Górnik Zabrze, Lechia Gdańsk, Pogoń Szczecin. W sumie 14 klubów. Orgia różnorodności, której próżno szukać w całej Europie w krajach o zbliżonej liczbie miejsc w rozgrywkach europejskich. Średnie doświadczenie dla naszych klubów w Europie w ostatnich 10 sezonach to 2,8 startu.

To objawy. A przyczyny? Dlaczego polska liga jest tak wyrównana? Głównie dlatego, że na boisku rywalizują ze sobą piłkarze ze zbliżonej półki cenowej. Spojrzałem sobie na wyceny piłkarzy w serwisie Transfermarkt. W lidze serbskiej trzy najbardziej wartościowe jedenastki mają Crvena zvezda, Partizan, Backa Topola, w tabeli ligowej jest identycznie. W lidze chorwackiej najbardziej wartościowe są Dinamo, Hajduk, Rijeka - w tabeli punktowej te trzy też są na czele. W lidze czeskiej Sparta, Slavia, Viktoria - identycznie w obu zestawieniach. W lidze portugalskiej: Sporting, Benfica, Porto - identycznie w obu zestawieniach.

W polskiej "najcenniejsze jedenastki" wystawiły Legia, Lech i Raków, a w tabeli prowadzi Jagiellonia przed Śląskiem Wrocław i Lechem. Legia jest szósta, a Raków siódmy w tabeli. 

W Polsce słabeusze leją potentatów, bo na ich tle nie są tacy słabi

Ale to niejedyna różnica, którą można wyczytać z zestawienia Transfermarkt. W Polsce różnica między najwartościowszą jedenastką Legii a piątym w tym zestawieniu Radomiakiem jest raptem dwukrotna. W Portugalii taka różnica to 7,5 razy, w Czechach - cztery, w Chorwacji - siedem, w Serbii - cztery. W Polsce różnica wartości najlepszej jedenastki między Legią a ostatnią Puszczą Niepołomice to tylko pięć razy. W Portugalii taka różnica wynosi 32 razy, w Czechach - 14, w Chorwacji - 20, w Serbii - prawie 13.  

Jak widać z tego zestawienia, w polskiej lidze nawet potencjalny słabeusz stawia przed potentatem znacznie wyższe wymagania niż w ligach, które chcemy gonić w rankingach UEFA. W dodatku kontuzje i zmęczenie grą w europejskich pucharach jeszcze te różnice w wartościach wyrównują w dół. Tu warto przypomnieć tę naszą narodową słabość, że właściwie każdy sukces w europejskich pucharach oznacza dla papierowego potentata dużo gorsze wyniki w lidze, a dla trenera - szybkie pożegnanie z drużyną. Stąd ligę mamy ciekawą, czołówkę rozchwianą i wyniki w europejskich pucharach niewspółmierne do wielkości i bogactwa kraju.  

Jesteśmy kuriozum na skalę europejską. Dla pocieszenia możemy jednak sobie wmawiać, że oryginalnie w łacinie curiosum nie miało nic wspólnego z dziwolągiem, a oznaczało m.in. coś ciekawego i wyjątkowego.

Czy rozgrywki ekstraklasy są ciekawe?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.