Lech Poznań w niedzielę tylko zremisował z broniącą się przed spadkiem Cracovią (0:0) i zaprzepaścił świetną okazję na zmniejszenie straty do prowadzącej w tabeli Jagiellonii Białystok. Było to bolesne podsumowanie niezbyt udanego kwietnia - w pięciu meczach ligowych poznanianie zdobyli osiem punktów, co jest dla nich rozczarowującym wynikiem.
Kolejne niezadowalające rezultaty podgrzewają plotki o pożegnaniu Mariusza Rumaka. Chociaż klub się od nich odcina i przekonuje, że zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami nie zwolni trenera przed końcem sezonu.
Napięcie wokół Lecha potęgują niektóre wypowiedzi szkoleniowca. W przeszłości mówił on o tym, że Lech musi bardzo poważnie podchodzić do każdego spotkania i traktować je jak finał. Ale na wtorkowej konferencji prasowej przed meczem z Ruchem Chorzów sam miał wątpliwości, czy było to właściwe podejście.
- Wykreowałem sytuację, że gramy ileś tam finałów. Być może to był błąd i zbyt duże obciążenie. Z perspektywy czasu sam sobie zadaję pytanie, w jaki sposób budować mentalność zawodników. Czy byli wtedy gotowi na taki przekaz? Czy dobrze zrobiłem, nie znając do końca zespołu? - zastanawiał się.
46-latek wskazał, z czego mogą wynikać problemy. - Często z zawodnikami rozmawiamy, że naszymi największymi przeciwnikami jesteśmy my sami - dodał. Co dokładnie miał na myśli? - Nasz sposób funkcjonowania i przełożenia tego, co się dzieje podczas treningów, na mecz. W jaki sposób możemy zacząć go kontrolować, a także te fazy, w których tracimy tę kontrolę. Myślę, że największym wyzwaniem tego ostatniego czasu jest właśnie to, żeby wejść w rytm - wyjaśnił.
Być może efekty będzie widać w spotkaniu z Ruchem, zaplanowanym na piątek 3 maja. Potem Lecha czekają jeszcze trzy ligowe spotkania (z Legią Warszawa, Widzewem Łódź i Koroną Kielce).