W Legii jeszcze się łudzą, ale to już jest koniec. Najgorsze wydarzyło się o 19:16

Bartłomiej Kubiak
- Wszystko jest jeszcze możliwe - powtarza Kosta Runjaić, ale sam chyba ma świadomość - choć głośno i wprost o tym nie mówi - że Legia Warszawa po niedzielnym remisie z Jagiellonią Białystok (1:1) wypisała się już z walki o mistrzostwo Polski.

"Miasto lidera, Białystok miasto lidera" - krzyczeli kibice Jagiellonii tuż przed meczem, ale też zaraz po meczu. Na trybunach nie było już wtedy praktycznie kibiców Legii, którzy w niedzielę znowu wypełnili cały stadion. Ale na boisku byli jeszcze piłkarze - jako ostatni schodził z niego załamany Rafał Augustyniak. Od razu starał się go pocieszać trener Kosta Runjaić. Zresztą tak samo, jak Marca Guala, który z boiska został ściągnięty wcześniej, ale wrócił na murawę i po spotkaniu też kręcił głową. Dla Legii, która przez większą część meczu prowadziła, niedzielny remis z Jagiellonią (1:1) odebrany został jak porażka i wypisanie się z walki o mistrzostwo Polski.

Zobacz wideo Legia kontra Ruch! Starcie kibicowskich gigantów na Stadionie Śląskim

- O co jeszcze gramy w tym sezonie? Już odpowiadałem na to pytanie. Dla mnie liczy się to, byśmy w każdym meczu wygrywali. Wiem, że to nie będzie łatwe, ale na górze tabeli wciąż jest ścisk. Jagiellonia wygląda stabilnie, to dobra drużyna, ale wszystko jest jeszcze możliwe - powiedział Runjaić po niedzielnym remisie.

Trener Legii nie wskazał konkretnych celów, ale w ostatnim zdaniu dodał, że chce, by jego zespół zajął w najgorszym wypadku trzecie miejsce. - Jagiellonia jest faworytem do mistrzostwa. Ma mocny skład, silną ławkę rezerwowych, dobrą strategię i terminarz. Ale powtarzam: wiele rzeczy może się jeszcze wydarzyć - dodał trener Legii.

Najgorsze dla Legii w niedzielę wydarzyło się dokładnie o 19:16. Godzina dla kibiców była symboliczna, ale przy okazji zobaczyli oni też ładną akcję ze strony Jagiellonii. Dominik Marczuk dośrodkował wtedy z prawego skrzydła do niepilnowanego po drugiej stronie pola karnego Jesusa Imaza. To był gol na 1:1 - strzelony w 83. minucie - po którym z ławki Jagiellonii wyskoczyli wszyscy rezerwowi. Niektórzy piłkarze Legii wtedy spuścili głowy, Runjaić też na chwilę załamał ręce, ale po chwili jeszcze starał się pobudzić swój zespół do walki. Sędzia techniczny już nawet nie zwracał mu uwagi na to, że cały czas wybiega ze swojej strefy i podpowiada zawodnikom, co w niedzielę robił bardzo często.

Największy pozytyw Legii w tym sezonie

"To jest ten moment, który może przesądzić o losach całego sezonu. Wiemy, że damy z siebie wszystko, co najlepsze, i mamy pewność, że i Ty, wspierając nas, zrobisz to samo" - zachęcała Legia swoich kibiców do przyjścia na stadion, choć tak naprawdę nie musiała tego robić, bo wszystkie bilety na spotkanie z Jagiellonią zostały wyprzedane już w środę. Frekwencja przy Łazienkowskiej to największy pozytyw w tym sezonie. Na pewno dużo większy niż gra drużyny Runjaicia, która przed niedzielnym meczem zajmowała dopiero piąte miejsce w tabeli.

I nadal zajmuje, choć do 83. minuty i gola Imaza była czwarta w tabeli - do Jagiellonii traciła wtedy ledwie cztery punkty. - Myślę, że generalnie to był ciekawy mecz dla kibiców. Obie drużyny grały ofensywnie, chciały strzelać gole. My zdobyliśmy piękną bramkę, później mieliśmy szansę na kolejną, nie wyszło. Drugiej połowy nie zaczęliśmy dobrze. Choć mieliśmy okazje, to za bardzo i za głęboko się broniliśmy, co też miało związek z poziomem i jakością, jaki prezentuje Jagiellonia - zauważył Runjaić.

Legia - Jagiellonia. Gual nie miał z tym problemu

To było jeszcze w pierwszej połowie. Runjaić po raz kolejny wybiegł ze swojej strefy, gdy w 30. minucie Gual nie zdołał z bliska wepchnąć piłki do bramki. Trener Legii nie był zły - bił brawo swojemu napastnikowi, jakby spodziewał się, że ten będzie miał w tym meczu jeszcze niejedną okazję.

No i miał - kolejną dosłownie kilkadziesiąt sekund później. Josue posłał wtedy wyśmienitą piłkę do Guala, który zwiódł w polu karnym Mateusza Skrzypczaka i pokonał Zlatana Alomerovicia. Były napastnik Jagiellonii i najlepszy strzelec ekstraklasy z poprzedniego sezonu - a od tego gracz Legii - nie miał oporów, by cieszyć się ze zdobycia bramki przeciwko swojemu byłemu klubowi.

Gual od razu podbiegł pod narożnik boiska i w swoim stylu - przykładając dwa palce do czoła - celebrował gola. Dopóki był na boisku, Legia prowadziła z Jagiellonią. Gdy schodził w 81. minucie, znowu był niepocieszony. To już w zasadzie stały obrazek, że Gual krzywi się, gdy kończy mecze wcześniej niż inni. A kończy często, bo z 42 spotkań, w których grał w tym sezonie, tych w pełnym wymiarze uzbierał ledwie trzy.

"Ale po czym pan to widział, że był zły?"

- Ale po czym pan to widział, że był zły? Po jego mowie ciała, tak? - dopytywał po meczu Runjaić. - To źle pan to zinterpretował. Gual zasygnalizował, że potrzebuje zmiany. Był zmęczony. Może dokonałem jej minutę wcześniej, niż chciał, ale nie czuł złości. Moim zdaniem zagrał dobry mecz. Strzelił fantastycznego gola. To bardzo aktywny zawodnik, który jest coraz lepszy. To taki Gual, którego wszyscy chcemy oglądać - chwalił swojego zawodnika Runjaić.

Sam Gual po meczu przyznał, że poprosił o zmianę. Ale zapytany o to, czy nie chciałby w Legii grać całych spotkań, skwitował to pytanie wymownym uśmiechem. Problem w tym, że tych meczów zostało już niewiele, a Legii też wcale nie powinno być do śmiechu, bo do prowadzącej Jagiellonii wciąż traci siedem punktów.

Choć sezon kończy się za siedem kolejek, to strata Legii do lidera wydaje się już nie do odrobienia. Tym bardziej, jak spojrzymy na terminarz. Tylko do końca kwietnia drużyna Runjaicia zagra mecze z Rakowem (na wyjeździe), Śląskiem (u siebie) i Stalą (na wyjeździe), która w tym roku - obok Widzewa - jest najlepiej punktującym zespołem w ekstraklasie.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.