Sceny w Ekstraklasie. 6:0 i jeszcze ten gol. Reprezentanci Polski bohaterami [WIDEO]

"Wielkanocny" mecz Jagiellonii Białystok z ostatnim w tabeli ŁKS Łódź miał dać komfort liderowi ekstraklasy przed kluczowymi meczami z Pogonią Szczecin w Pucharze Polski i Legią Warszawa w lidze. I dał. Zespół Adriana Siemieńca nie dał najmniejszych szans beniaminkowi. Zgromił go na własnym obiekcie 6:0, strzeliwszy gole niezwykłej urody. Jaga sprawiła, że nikomu w stolicy Podlasia nie trzeba już życzyć "wesołych świąt".

Liderująca w ekstraklasie Jagiellonia Białystok po Świętach Wielkanocnych zagra najpierw półfinał Pucharu Polski w Szczecinie z Pogonią (środa, 20:30), a następnie zmierzy się w lidze przy Łazienkowskiej z Legią Warszawa (niedziela 7 kwietnia, 17:30). Najpierw jednak, jeszcze przed tym, jak zasiądą do świątecznego stołu, drużyna Adriana Siemieńca musiała podjąć przy Słonecznej ostatni w tabeli ŁKS Łódź. Mimo bycia na skrajnych miejscach ligowej tabeli nikt w Białymstoku nie zamierzał lekceważyć beniaminka, który po przyjściu trenera Marcina Matysiaka wyraźnie odżył i przed podróżą na Podlasie zdobył siedem punktów w trzech spotkaniach. 

Zobacz wideo Probierz odpowiada dziennikarzowi! "Dobrze, że się prześlizgnęliśmy"

Jagiellonia zrobiła ŁKS-owi lany poniedziałek w Wielką Sobotę. Pokaz mocy lidera!

I choć sobotnie spotkanie rozpoczęło się od niezłej szansy dla ŁKS-u, gdy po rzucie rożnym w drugiej minucie niecelnie główkował Adrien Louveau, tak chwilę później Jagiellonia rozpoczęła coś, co śmiało można nazwać pokazem mocy lidera ekstraklasy. 

A zaczęło się już w 11. minucie, gdy białostoczanie po ślicznej akcji zespołowej objęli prowadzenie. Po doskonałym podaniu Bartłomieja Wdowika pewnym strzałem pod poprzeczkę bramki Aleksandra Bobka uderzył Portugalczyk Nene. 

W kolejnych minutach obraz gry nie ulegał zmianie. Gospodarze w pełni dominowali na boisku i szukali następnych goli. Głową próbował szczęścia Kaan Caliskaner, niecelne z kilkunastu metrów oddał też Bartłomiej Wdowik. I pewnie kolejne bramki i tak by nadeszły, ale gdy czerwoną kartkę za brutalny faul na Jesusie Imazie obejrzał w 33. minucie Adrien Louveau, na sensację w Białymstoku wskazywało już bardzo niewiele. Francuz bez piłki zaatakował korkami w łydkę napastnika Jagiellonii, a sędzia Wojciech Myć, choć dopiero po interwencji VAR-u, nie miał wątpliwości, że ŁKS powinien od tego meczu grać w dziesiątkę.

Ale prawdopodobnie nie to wcale było najważniejszym momentem tego spotkania, lecz to, co wydarzyło się w 39. minucie. Wówczas to nawet grający w osłabieniu beniaminek był o centymetry od wyrównania. Znakomitą akcję indywidualną lewym skrzydłem przeprowadził Husein Balić, a po jego centrze celnie główkował Bartosz Szeliga, ale piłkę tuż przed linią bramkową zatrzymał obrońca gospodarzy Adrien Dieguez.

ŁKS-owi tutaj zabrakło trochę szczęścia, ale jeszcze więcej zabrakło mu go dwie minuty później, gdy po kontrze białostoczan efektownym centrostrzałem z prawej strony boiska Aleksandra Bobka zaskoczył Dominik Marczuk. - To była centra, ale trochę zeszła - nie ukrywał w przerwie powołany ostatnio do reprezentacji Polski młodzieżowiec Jagiellonii. Do przerwy jego drużyna prowadziła 2:0, choć mogła wyżej, bo strzał z kilkunastu metrów Jesusa Imaza o centymetry minął bramkę przeciwnika.

Mimo pewnego prowadzenia i gry w przewadze liczebnej Jagiellonia Białystok zagrała tak, jak na lidera przystało. Nie pozostawiła niczego przypadkowi, nie było też mowy o grze na pół gwizdka przed kolejnymi ważnymi spotkaniami. Drużyna Adriana Siemieńca parła po kolejne trafienia i takich się doczekała w drugiej połowie. Zanim do tego doszło, świetną interwencją popisał się Aleksander Bobek, który obronił uderzenie z powietrza Nene. 

W końcu jednak w 64. minucie gry reprezentant Polski Taras Romanczuk zaliczył drugą w tym meczu asystę i świetnie dograł w pole karne do osamotnionego Jesusa Imaza, a ten nie miał problemów z trafieniem do siatki w sytuacji sam na sam z bramkarzem. 

Kilka minut później sędzia Wojciech Myć podyktował rzut karny dla gospodarzy, po tym jak uderzenie z dystansu Kristoffera Hansena zostało zablokowane ręką przez jednego z obrońców ŁKS-u w szesnastce. Gola na 4:0 pewnym strzałem strzelił w 70. minucie Afimico Pululu.

Dla rozpędzonej Jagiellonii to wciąż było mało. Efekt? 77. minuta i obronione uderzenie zza pola karnego Nene, po którym Aleksander Bobek i tak został pokonany, ale już przez dobijającego Jarosława Kubickiego. 

Nene tak strzelał i strzelał w drugiej połowie, aż w końcu i on doczekał się drugiego trafienia. Ale jakże piękny to był gol! Po dośrodkowaniu Tomasza Kupisza Portugalczyk huknął w 83. minucie z powietrza tak, że klękajcie narody. Pomocnik Jagiellonii ustalił wynik spotkania na 6:0.

Jagiellonia wyrównała swoje najwyższe zwycięstwo w ekstraklasie w historii, a była o centymetry od pobicia swojego rekordu, gdy już w ostatniej akcji spotkania po kontrataku do siatki trafił Jose Naranjo. Wcześniej jednak na niewielkim spalonym był podający mu Jesus Imaz i o uznaniu bramki nie było mowy.

Jagiellonia Białystok dała prawdziwy popis i zamieniła ŁKS-owi Łódź Wielką Sobotę w lany poniedziałek. Lider ekstraklasy rozbił beniaminka aż 6:0 i pokazał, że jest w pełni przygotowany na decydującą końcówkę sezonu 2023/24. A ŁKS? Drużyna Marcina Matysiaka była w tym spotkaniu skazywana na pożarcie i nawet jej kibice po końcowym gwizdku nie wyrażali złości na piłkarzy, lecz zaśpiewali głośne "Czy wygrywasz, czy nie...". Jeszcze nie wszystko stracone, choć kolejek do końca jest już coraz mniej. 

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.