Trener sensacyjnego lidera ekstraklasy już tego nie ukrywa. "Inaczej nasza praca nie miałaby sensu"

Jakub Seweryn
- Pep Guardiola w serialu "Ted Lasso" powiedział: "Nie przejmuję się wygranymi czy przegranymi. Po prostu pomagam tym chłopakom być ich najlepszą wersją siebie na boisku i poza nim". Jest to bardzo inspirujące, bo mówi to ogromny autorytet trenerski. Wielki trener, ale też w przeszłości wielki piłkarz. I to utwierdza mnie w przekonaniu, że droga, którą obrałem, jest właściwa - mówi w rozmowie ze Sport.pl Adrian Siemieniec, trener lidera ekstraklasy Jagiellonii Białystok.

To może być historyczny sezon dla Jagiellonii Białystok. Przed sobotnim meczem z ŁKS Łódź białostoczanie są liderem ekstraklasy, a do tego już w najbliższą środę zagrają w Szczecinie o finał Pucharu Polski. O Jagiellonii mówi się obecnie, że gra najlepszą piłkę w Polsce, a głównym architektem tego stanu rzeczy jest z pewnością jej najmłodszy w ekstraklasie trener Adrian Siemieniec.

Zobacz wideo Probierz odpowiada dziennikarzowi! "Dobrze, że się prześlizgnęliśmy"

Jakub Seweryn: Ted PodLasso - jak się podoba panu ta ksywka?

Adrian Siemieniec: Z pewnością jest charakterystyczna. Ludzie lubią w ten sposób określać, aczkolwiek nie chciałbym, aby to była łatka. Nie będę jednak z tym walczył. Sama postać Teda Lasso jest bardzo inspirująca. Również dla mnie.

Pamiętam, że w trakcie naszego poprzedniego wywiadu dziesięć miesięcy temu podsunęliśmy panu ten serial. Mimo wszystko myślę, że znajomość piłki nożnej jest u pana nieco większa niż u Teda...

Ale myślę, że znalazłbym też elementy wspólne z nim, które mnie inspirowały, a także potwierdzały, że ten sposób zarządzania ludźmi może dawać pozytywne efekty. Może nie jest to porównanie jeden do jednego, ale znalazłbym takie elementy.

Gdyby jednak ktoś powiedział panu przed sezonem albo nawet po inauguracyjnej porażce w Częstochowie 0:3, że po 25 kolejkach będziecie liderem z wyraźną przewagą nad Lechem, Legią czy Rakowem, to jak by pan zareagował?

Odebrałbym to jako dużą wiarę w drużynę, mnie samego i klub. Może nawet bardzo dużą! Nie wykluczyłbym tego jednak całkowicie, bo jestem człowiekiem wiary i wierzę w to, co robimy. Zawsze będziemy pracować, by wygrywać każde kolejne spotkanie. Gdyby zaczynało się pracę z założeniem, że i tak nic ci się nie uda zrobić, to by nie miało żadnego sensu. Musimy wierzyć w to, że jesteśmy w stanie zrobić coś ponad to, czego ludzie od nas wymagają. Coś ponad stan. A że to teraz tak wygląda, to trzeba się cieszyć i szanować, ale wiemy, że wszystko, co najważniejsze, jest jeszcze przed nami.

Ted Lasso na koniec tego mistrzostwa nie wygrał.

Nie wygrał, ale jego drużyna zrobiła wszystko, co mogła i na co miała jeszcze wpływ. Wygrała ostatni mecz, ale Manchester City także i finalnie Ted nie sięgnął po tytuł. Co mi się tam jednak najbardziej podobało, to jego rozmowa z Pepem Guardiolą po bezpośrednim meczu. Gdy oni sobie dziękowali za mecz, Ted powiedział Pepowi, że bardzo trudno go pokonać, na co występujący gościnnie w serialu sam Guardiola odpowiedział mu: "Nie przejmuję się wygranymi czy przegranymi. Po prostu pomagam tym chłopakom być ich najlepszą wersją siebie na boisku i poza nim".

Jest to bardzo inspirujące, bo mówi to ogromny autorytet trenerski. Wielki trener, ale też w przeszłości wielki piłkarz.

Skoro sam Guardiola wystąpił w serialu, to musiał zaakceptować tę kwestię.

I to utwierdza mnie w przekonaniu, że droga, którą obrałem, jest właściwa. Oczywiście, nie mam bezpośredniej komunikacji z takimi trenerami. Mogę tylko opierać się na tym, co mówią publicznie, ale wiedząc, jak wielką markę ma Guardiola, nie sądzę, że mógłby ot tak wypowiedzieć tak ważną kwestię.

A czy jeśli chodzi o popularność, to przez ten rok dużo się u pana zmieniło pod tym względem?

Wiele ludzi, wielu kibiców na ulicy mnie rozpoznaje. Są to osoby w różnym wieku. Czasami spotykam młodzież w wieku szkolnym, czasami osoby w średnim wieku, a nawet osoby starsze. To wszystko są bardzo miłe rzeczy, bo nie mówimy tu już tylko o kibicach, którzy wspierają nas na stadionie, ale też całe nasze środowisko lokalne. Wiadomo, że wynik na pewno to wzmacnia, ale rzeczywiście moja rozpoznawalność wzrosła. Nie tylko w Białymstoku. To miłe, ale też nie jest to wyznacznikiem naszej pracy, bo sam do tego nie dążę. Jest to tylko jeden ze skutków.

Pańskie życie przez ten czas w jakiś sposób się zmieniło?

Myślę, że nie. Staram się, żeby ono właśnie się nie zmieniło, mimo że jest dużo nowych czynników. Staram się się po prostu być dalej taki, jaki byłem, być sobą i zachowywać tutaj spokój. Na pewno jest duże zaangażowanie czasowe, ono też wymaga tutaj dużo poświęcenia, jeżeli chodzi o projekt. W porównaniu do prowadzenia drugiego zespołu moja rola jest inna, szczególnie tutaj jeżeli chodzi o takie sprawy okołozespołowe. W zarządzaniu drugiego zespołu masz na głowie tylko i wyłącznie drużynę i trochę spraw okołoklubowych, a tutaj są sprawy związane z rozwojem projektu, komunikacją z dyrektorem i prezesem. Zarządzanie drużyną, współpraca z mediami, interakcje ze sponsorami, tego jest po prostu bardzo dużo.

Ponadto oczywiście też otoczka związana z oczekiwaniami, presją. Wymagania względem ciebie jako trenera są też dużo większe niż to, co się spotykałem wcześniej.

Obejmując stanowisko, mówił pan, że chce dążyć do tego, by ludzie tłumniej zaczęli chodzić na Jagiellonię. To się faktycznie dzieje, frekwencja w tym sezonie w Białymstoku jest bardzo wyraźnie wyższa niż w ubiegłych latach, a ciepłe miesiące dopiero przed nami.

Wypada za to tylko podziękować wszystkim, którzy nas regularnie wspierają i się do naszej drużyny oraz naszej pracy przekonali. Wydaje się, że ten fundament w postaci dziesięciu tysięcy kibiców już jest, co mnie bardzo cieszy. Patrząc jednak idealistycznie, do kompletu publiczności nam co mecz jeszcze trochę brakuje, więc jest do czego dążyć, nawet gdy zdajemy sobie sprawę, że nie na wszystkie okoliczności decydujące o przyjściu kibica na stadion, jak pogoda czy termin, mamy bezpośredni wpływ.

A jak się zmienił sam Adrian Siemieniec przez ten rok?

Trudno mi się też samego oceniać. Pewne zmiany widzę w sobie, ale też tego wymaga ode mnie sytuacja, żebym też szedł do przodu. To też nie chodzi o to, że mam rozwijać tylko ludzi wokół siebie, bo gdybym nie myślał o samorozwoju, gdybym sam się nie stawał każdego dnia lepszy, to też trudno byłoby o rozwijanie projektu. Na pewno jest wiele rzeczy takich, które widzę po sobie, które się zmieniają. To jest cała nieustanna praca nad sobą i nie mówię tylko o poszerzaniu wiedzy czysto teoretycznej na temat piłki i rozumienia gry, czy procesu treningowego, ale też aspekty związane z zarządzaniem grupą, z komunikacją, z kompetencjami miękkimi. Tych elementów jest naprawdę dużo.

A jak pana rodzina reaguje na to, co się bardzo szybko zmieniło przez te ostatnie miesiące? No bo już nie mówimy o trenerze rezerw czy asystencie trenera, a czołowym trenerze w Polsce.

Na pewno jest to też dla nich nowość. Nowe są sytuacje, kiedy idziemy na spacer i ludzie mnie rozpoznają, proszą o zdjęcie czy autograf. Też pewnie moje dzieci są inaczej odbierane w szkole niż były wcześniej. Jest to taka rzecz, z którą trzeba nauczyć się żyć.

Trzeba umieć te sytuacje też traktować z dystansem, bo wiadomo, że dzisiaj jesteśmy w sytuacji, w której zespół wygrywa i te rzeczy są bardzo miłe i przyjemne. To są z reguły pochwały, ale wiemy jak jest w piłce i w sporcie. Trzeba być czujnym, bo kiedyś mogą się też zdarzyć jakieś sytuacje nieprzyjemne, których oczywiście chciałbym uniknąć i będę robił wszystko, żeby tak nie było. Znamy swoją wartość.

Najważniejsze jest to, co sami o sobie myślimy. Staramy się w każdej sytuacji wspierać i przede wszystkim normalnie żyć. Ja oprócz tego, że jestem trenerem Jagiellonii Białystok, to też jestem mężem, też jestem ojcem, też muszę iść na wywiadówkę, też muszę wejść do sklepu, też muszę pojechać z dzieckiem na jakieś zajęcia dodatkowe, też prowadzę normalne życie. W piłce nie można się zatracić i trzeba rozumieć, że żona potrzebuje w domu męża, a dzieci potrzebują ojca. Dla nich w domu nie jestem trenerem.

A gdyby dostał pan na przykład ofertę z Legii, Lecha czy Rakowa? Mówił pan, że rodzina już nie chce się przeprowadzać, ruszać z Białegostoku. Czy dałoby się to pogodzić?

Nie myślę. Bo takich propozycji nie ma, na dzisiaj jestem świeżo po podpisaniu nowej umowy z Jagiellonią i skupiam się na projekcie, który jest tutaj przede mną, bo chciałbym tu zbudować coś dużego.

Zaraz będzie można zapytać - po co przechodzić do słabszego klubu?

Sytuacja jest taka, że te lata naszej tułaczki trochę przyzwyczaiły całą rodzinę do tego, że to jest też taki zawód. Jeżeli chce się być profesjonalnym trenerem, to trzeba kalkulować to, że czasami musi zmienić miejsce zamieszkania.

W takim razie przejdźmy do Jagiellonii. Jaka jest recepta, żeby w tak szybkim czasie z ligowego przeciętniaka stworzyć lidera ekstraklasy i, co bardziej imponujące, lidera, który rzeczywiście gra najładniejszą piłkę w Polsce? To nie jest coś często spotykanego.

Dziękuję za tę opinię. Często zadawałem sobie to pytanie i naprawdę nie wiem, jak odpowiedzieć. Bo takie budowanie i rozwijanie projektu, to nie jest jakaś jedna rzecz, o której dzisiaj mogę powiedzieć, że jak to zrobisz i to otrzymasz taki efekt. To jest codzienna praca wielowymiarowa, na wielu płaszczyznach.

Nie ma jednego elementu, który bym wymienił jako kluczowy, albo jednej działki, którą trzeba poprawić. Wiadomo, że zawsze wszystko zaczyna się od boiska, ale znowu to, co widzimy na boisku, zaczyna się w głowie. To, co jest w szatni, to też jest w głowie. Na boisku to nie jest tylko taktyka i technika, ale też jest motoryka. Ponadto przygotowanie mentalne, czyli praca nad głową. Czy chociażby spójność szatni, zbudowanie hierarchii, organizacja pracy w klubie, w drużynie, w sztabie...

To jest według mnie suma małych rzeczy, które razem powodują postęp zespołu, ale to nigdy nie jest jedna rzecz, jeden zabieg, który się zmienia i wszystko cudownie się zmienia.

Co w takim razie uważa pan za największy sukces w twojej pracy z Jagiellonią? Bo mam wrażenie, że wcale nie jest to kwestia lidera i półfinału Pucharu Polski.

Ja generalnie nigdy tak swojej pracy nie oceniam. Mnie po prostu na co dzień ten proces mnie bardzo pochłania - myślenie o tym, jak komuś pomóc, z kim mam porozmawiać, jak mam porozmawiać, jakich metod użyć. Myślenie o człowieku, myślenie o piłkarzu globalnie, czyli nie tylko o tym, jak on ma piłkę przyjąć, jak ma się po boisku poruszać, ale też jak dać mu możliwość wykorzystania jego potencjału, jak wesprzeć go w tym procesie tak, żeby był najlepszą wersją samego siebie. To mnie na tyle pochłania na co dzień, że ja nie myślę typowo o wyniku w kontekście, że musimy wygrać najbliższy mecz. Ja wiem, że musimy, ale to ma być skutkiem tego, co robiliśmy przez cały tydzień, jak każdego dnia pracujemy. Czyli po prostu tego procesu, w którym jesteśmy. A jeżeli to robimy dobrze, jeżeli rozwijamy ten projekt i piłkarzy, to zwycięstwo i tak przyjdzie.

To w czym jest problem w polskiej piłce, że tak niewielu osobom się to udaje? Nie mówię, że w szybkim tempie, tylko w ogóle stworzyć drużyny grające w taki sposób - ładną piłkę i wygrywające mecze? W ten sposób też rozwijałaby się cała polska piłka, rozwijaliby się piłkarze...

Czy ja wiem, czy tak szybko... Ja patrzę na to przez pryzmat dwunastu lat, które spędziłem już w profesjonalnej piłce na różnych płaszczyznach, bo wiadomo, że trudno mi było wtedy, jak zaczynałem i miałem 20 lat, nazwać się trenerem profesjonalnym. Potem pracowałem w drugiej lidze, następnie w pierwszej lidze i ekstraklasie.

Bardziej chodzi o pracę pierwszego trenera i na takim poziomie.

Tak, tylko to wszystko, co robiłeś do tej pory, to też cię przygotowuje do nowej roli. Chodzi mi o to, że nie wyskoczyłem z kapelusza, przez lata się do tej pracy przygotowywałem, również na poziomie ekstraklasy. Oczywiście nie w roli pierwszego trenera, ale jesteś w sztabie, funkcjonujesz, masz swoje przemyślenia, spostrzeżenia. Choć faktem jest, że asystent nie tworzy środowiska, a bardziej odtwarza wizję pierwszego trenera. Dużo mi też dała też praca na poziomie drugiego zespołu.

Nie miał pan już nikogo nad sobą.

Dokładnie. Nawet w środowisku trzecioligowym to ty kreujesz to środowisko, kreujesz zasady, sposób gry, za wszystko odpowiadasz, więc to na pewno dużo mi dało w kontekście poznania siebie. Co jest dla mnie ważne, jakim chcę być trenerem, jakie mam wartości, jak chcę, żeby mój zespół grał.

Potem jednak dochodzi aspekt takich funkcjonowania na poziomie ekstraklasy. To też inny rodzaj piłkarzy, ich kaliber, często silne charaktery, mentalność, tylko ja zawsze to obracam w drugą stronę i staram się przekuć to w siłę środowiska, w którym jestem, a nie znajdować tutaj swoich problemów i słabości. Trudno mi jest odpowiedzieć, gdzie jest problem, sam się po prostu nad tym nie zastanawiam.

Czy już zadeklaruje pan, że Jagiellonia walczy o mistrzostwo Polski?

Ja bym to w pierwszej kolejce nawet powiedział. Bo wtedy 18 zespołów walczyło o mistrzostwo. Tak naprawdę dzisiaj to chyba tylko ŁKS nie walczy o tytuł, bo stracił na to matematyczne. My walczymy o zwycięstwo w każdym meczu i będziemy to powtarzać.

Ten sposób myślenia nas doprowadził do tego miejsca, w którym jesteśmy. Dla nas się liczy tylko i wyłącznie mecz z ŁKS-em, nic poza tym. To jest ten kolejny krok, który musimy postawić. Tak jak w procesie rozwoju drużyny, skupiamy się na każdym treningu, na każdym pojedynczym dniu, na każdym najmniejszym elemencie, który chcemy wykonać z jak największym zaangażowaniem i skupieniem, tak samo patrzymy na kolejne spotkania.

Do końca sezonu dziesięć, może jedenaście najważniejszych meczów. To jednak będzie coś nowego zarówno dla pana, jak i dla większości z tych zawodników, bo w Jagiellonii nie ma wielu, którzy walczyli o najwyższe cele

No tak, to się zgadza oczywiście, ale jako asystent trenera Mamrota grałem i w finale Pucharu Polski, i o mistrzostwo, gdy w sezonie 2017/18 zajęliśmy drugie miejsce. Wiadomo, że nie mam doświadczenia w roli pierwszego trenera. No ale trzeba korzystać czasami troszkę z intuicji, z doświadczeń, z wypracowanych mechanizmów podejmowania decyzji. To skupienie się na każdym pojedynczym dniu i na każdym pojedynczym meczu wtedy na pewno pomaga. Skupiasz się tylko na tym, na co masz wpływ.

A planuje pan rozmawiać z trenerem Mamrotem? W końcówce sezonu, bo pamiętamy, że wspólnie przeżywaliście w Jagiellonii takie dwie, grając o trofea, czasem jakaś rada bardziej doświadczonego trenera może być przydatna.

Oczywiście, nie zamykam się na żadne takie wskazówki i taki dialog, generalnie na wszystko, co może nam jeszcze pomóc. Aczkolwiek ja przez tyle lat byłem tak blisko z trenerem Mamrotem, byliśmy najbliższymi współpracownikami przez tyle lat i byliśmy ze sobą praktycznie w każdym momencie zarówno trudnym, jak i dobrym, że wiem, jak to się odbywało, wiem jakie były wówczas spostrzeżenia, przemyślenia i jakie zebraliśmy z tego doświadczenia.

A może tego doświadczenia panu zabraknie w decydujących momentach?

Na pewno człowiek też myśli: "Jak ja sobie poradzę w danej roli, w tej końcówce"? Tak, są takie okresy, jak właśnie choćby przerwa na kadrę, szczególnie ten pierwszy tydzień, kiedy mamy więcej czasu trochę na myślenie. Szersze, bo na co dzień po prostu jest tyle rzeczy do zrobienia, kiedy skupiasz się dobrze na tym procesie, że nie ma czasem na takie marzycielstwo i obawy.

Ja bym się chciał ich wyzbyć w ogóle, bo one mi nie pomogą. To, że ja dzisiaj będę siedział i się zastanawiał, czy może mi braknie doświadczenia, to może właśnie w tym momencie tracę czas, żeby to doświadczenie pozyskać.

Po prostu staram się maksymalnie wykorzystać każdy dzień, żeby być gotowym, choć uważam, że w piłce, jak i w życiu nie ma czegoś takiego, jak bycie gotowym. Jeżeli dzisiaj będziesz się nad tym zastanawiał, to najpewniej nigdy nie będziesz gotowy. Jeśli jest szansa, to trzeba robić wszystko, by ją wykorzystać i tyle.

Jakie zakończenie sezonu uznałby pan za rozczarowanie?

To dla mnie trudne pytanie, bo generalnie zdaję sobie sprawę też z tego, gdzie byliśmy i gdzie jesteśmy. Ze skali postępu, który osiągnęliśmy w tak krótkim czasie jako klub, w którym dzisiaj jesteśmy w miejscu i w jakim ten klub był w momencie, jak przychodziłem.

Też nie można zapominać o takich sprawach okołowynikowych, czyli to, że wysłaliśmy na zgrupowanie reprezentacji Polski trzech zawodników w przeciągu tego sezonu, że wprowadzamy młodych piłkarzy, będąc wysoko w klasyfikacji Pro Junior System, że jest zainteresowanie naszymi piłkarzami ze strony innych klubów, a ranga klubu wzrasta. Jest bardzo dużo takich elementów, które świadczą o postępie, a my z tego postępu jesteśmy bardzo zadowoleni i dumni.

Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Jakby ktoś nam przed sezonem powiedział, że będziemy na szóstym czy siódmym miejscu, czy w pierwszej ósemce, to każdy by uznał to za niesamowity postęp i sukces, tak? Po tym jak walczyłeś przez dwa sezony z rzędu o utrzymanie. Z perspektywy jesieni i miejsca, w którym jesteśmy dzisiaj na dziewięć kolejek przed końcem, ktoś pewnie uznałby miejsce poza podium jako rozczarowanie. Ale my dzisiaj na tym się nie skupiamy, bo my po prostu patrzymy na to szerzej i musimy oceniać na chłodno moment, w którym jesteśmy i moment, do którego dążymy.

Czuł pan przed meczem ze Śląskiem, gdy zdobyliście ostatnio w czterech meczach dwa punkty, że ten sezon może się wymknąć?

Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że to spotkanie ze Śląskiem będzie kluczowe z punktu widzenia układu tabeli i tego, w którym byliśmy w momencie, ale też patrzyliśmy trzeźwo na sytuację i te mecze, które rozgrywaliśmy. Wiedzieliśmy, że ta analiza nie może nigdy być tylko i wyłącznie podyktowana wynikiem. Uważam, że z tych spotkań, które graliśmy, zagraliśmy słabo tylko z Ruchem.

Akurat ten mecz wyjątkowo trudno się oglądało.

Nie wiem, czy był to nasz najsłabszy mecz, ale na pewno jeden ze słabszych w sezonie. I od tego nie chcę uciekać.

Doszliście do tego, jaka była tego przyczyna?

Oczywiście, mieliśmy swoje wnioski, ale... A może po prostu zagraliśmy słaby mecz? Oni też - ten zespół i ci zawodnicy - mają do tego prawo. Ja im też wielokrotnie to mówię, bo to są tylko ludzie, to nie są roboty i oni też mogą mieć słabszy dzień. Z kolei my mogliśmy popełnić jakieś błędy jako sztab, bo przeciwnik mógł zagrać bardzo dobrze i nas neutralizował. Ale w pozostałych meczach, w których, tak jak z Górnikiem czy Lechem, nie wygrywaliśmy, to uważam, że to nie były słabe mecze w naszym wykonaniu. Po prostu nie strzelaliśmy goli, nie wykorzystywaliśmy sytuacji, które wcześniej wykorzystywaliśmy w takich meczach. Patrzyliśmy na to bardzo chłodno, na trzeźwo, rozmawialiśmy o tym z drużyną, pokazywaliśmy te sytuacje i nie zboczyliśmy z kierunku, który obraliśmy wcześniej.

To co w takim razie może być dla was największym zagrożeniem w tej końcówce sezonu?

Trudno mi powiedzieć. Nie chciałbym szukać potencjalnych wymówek. Nigdy tak nie prowadziłem takich komunikacji i mam nadzieję, że nigdy nie będę takiej prowadził. Również przed zespołem, bo nie chciałbym szukać wymówek, a zawsze chciałbym szukać rozwiązań.

Jesteśmy bardzo szczęśliwi z tego tytułu, że gramy jeszcze o Puchar Polski i jesteśmy na pierwszym miejscu w tabeli Ekstraklasy. Na pewno chciałbym, żeby utrzymać ten stan kadry, który mamy - żeby wszyscy zawodnicy byli zdrowi i byli do dyspozycji, bo to też jest na pewno istotne. I tyle, żeby zdrowie nam dopisywało, a na resztę – wierzę – że znajdziemy rozwiązanie. Dzisiaj wszystko jest w naszych głowach i nogach, chcemy wziąć za to odpowiedzialność, powalczyć o wszystko, co jest do wzięcia na boisku, a czy nam się to uda, no to zobaczymy.

Ma pan wyjątkową cierpliwość i spokój w swojej pracy. Widziałem reakcję, a w zasadzie brak reakcji po bramce w meczu z Radomiakiem, do tego nie wypowiedział pan ani słowa na sędziów w całym sezonie.

To nie jest tak, że jestem człowiekiem wyzbytym z emocji. To nie jest też tak, że mnie to nie kosztuje i że się nie denerwuję. Po prostu staram się mimo wszystko pokazywać swoją postawą zespołowi, że nie chcemy być drużyną czy sztabem, który szuka wymówek i szuka usprawiedliwień. Po prostu są rzeczy, na które nie mamy wpływu, a na decyzje sędziów nie mamy wpływu. Nie chciałbym usprawiedliwiać naszych niepowodzeń decyzjami sędziów. To nie nasza rola. To jest rola bardziej obserwatorów, ekspertów, ludzi, którzy oceniają ligę, oceniają ich pracę. My mamy swoją do wykonania. Cieszy mnie na przykład to, że na Radomiaku strzelamy pięć goli, choć trzy z nich były odwołane ze względu na przekroczenia przepisów.

Oczywiście ręka jest dla mnie bezdyskusyjna. Tamte dwa spalone to jest kwestia wyrysowania linii i odpowiedniej oceny. Ale my mimo tego wygrywamy ten mecz. I to właśnie mnie cieszy, że nie jest tak, że ta decyzja wypacza wynik spotkania.

Ale też były mecze, w których były kontrowersje rozstrzygnięte na naszą stronę, jak chociażby czerwona kartka dla Lukoszka w meczu z Górnikiem. Więc generalnie można tak szukać, zawsze coś się znajdzie. Mnie też to oczywiście kosztuje dużo emocji, ale ja nie chciałbym uczyć swojej drużyny wchodzenia w wymówki i w usprawiedliwienia, tylko chciałbym, żebyśmy brali odpowiedzialność za to, co sami możemy zrobić na boisku i skupiali się na tym, na co mamy wpływ.

A gole pańskiej drużyny pana nie cieszą?

Nie no, ja po prostu wiem, że jest część rzeczy, które po prostu mogą się wydarzyć. Bo wiem, w którą stronę trenujemy, jak trenujemy, jak chcemy te bramki zdobywać. Druga rzecz to fakt, iż bardzo wierzę w tych zawodników. Dlatego też bardziej przeze mnie w wielu sytuacjach przemawia duma z tego, co robię, a nie jakaś taka ekspresyjna radość. A trzecia rzecz, to po prostu zdaję sobie sprawę, że to jest element drogi i nie chcę bardzo mocno celebrować każdego pojedynczego kroku, bo wiem, że cel jeszcze jest daleko przed nami i musimy na niego zapracować. To jest tak, jakbym szedł na szczyt. Jak idziesz na szczyt, to nie celebrujesz każdego kroku po drodze, który stawiasz idąc na wysoką górę. Dopiero jak wchodzisz na szczyt, to się cieszysz.

Wiem, że jedna bramka nie zamyka meczu. To wciąż jest radość z bramki, a nie ze zwycięstwa, bo zazwyczaj jeszcze długa droga przed nami. A bardzo często zdarza się też tak, że ta bramka jest po prostu anulowana, jak trzykrotnie w Radomiu, i czasami nie ma się z czego cieszyć. Ale dla kontrastu można podać bramkę Afiego (Pululu - red.) na 2-1 z ostatniej minuty dogrywki ćwierćfinału Pucharu Polski z Koroną, gdzie ostatni taki sprint zrobiłem w gimnazjum, jak musiałem zaliczyć 100 metrów na ocenę...

Mięśnie dwugłowe wytrzymały?

Haha, wytrzymały, choć po meczu to odczułem. Ale to był taki mecz, który coś nam dawał. Awansowaliśmy do półfinału Pucharu Polski, radość też była dużo większa, w sensie takim euforycznym, bo były to bardzo duże emocje. Ale to jest, wydaje mi się, piękne w sporcie. Takie momenty właśnie.

Czy można powiedzieć, że jest pan takim nowym Michałem Probierzem dla tutejszej społeczności?

To już nie mnie oceniać. Chciałbym przede wszystkim, żebym był Adrianem Siemieńcem. Mam bardzo duży szacunek do tego, co trener Probierz zrobił w Jagiellonii. To przecież Puchar Polski, Superpuchar czy wicemistrzostwo. Więc w historii tego klubu to jest naprawdę bardzo zasłużony trener i duża postać. Uważam, że dzisiaj jest zdecydowanie za wcześnie, żeby mnie porównywać do trenera. Jeszcze dużo pracy przede mną.

A w stresujących momentach też zdarza się panu "pierd***ąć whisky"?

Pomidor.

W ten sposób Michał Probierz zareagował na kontrowersyjnego karnego na Legii w 90. minucie, gdy Jagiellonia walczyła o mistrzostwo Polski. Mówił pan w poprzednim wywiadzie, że kocha ludzi. Zastanawiał się pan, jak sam zareagowałby w takiej sytuacji?

Wydaje mi się, że taka sytuacja to by była duża próba do tego, co powiedziałem, haha. Bo na pewno łatwiej się to mówi w momentach, kiedy wszystko idzie i wygrywasz. I nawet konsekwencja związana z błędem sędziego w momencie, kiedy wygrywasz mecz, jest inaczej odbierana, niż jakby te punkty zostały ci zabrane. Na pewno podejrzewam, że w pierwszym momencie ta miłość do ludzi mogłaby być "nadszarpnięta", że tak powiem. No bo mimo wszystko w tak emocjonalnym momencie trudno jest sobie to wytłumaczyć i wybaczyć.

Jednak pewnie po czasie to by przeszło i trzeba by było spojrzeć na to z innej perspektywy i na chłodno. Często rozmawiam z sędziami i mówię, że my też popełniamy błędy jako trenerzy, ale nasze błędy nie wpływają na ocenę ich pracy. Ale sędziowie jak popełnią błędy, no to niestety one bardzo często wpływają na ocenę naszej pracy, nasze wyniki i naszą przyszłość. No ale tak to jest skonstruowane i od tego nie odejdziemy. Po prostu tak funkcjonuje sport.

Jak w stosunku do pana reagują trenerzy innych zespołów, biorąc pod uwagę, że tak dobrze panu idzie jako temu debiutantowi? Czy dobrze panu życzą, czy raczej czuć odrobinę zazdrości, zawiści?

Myślę, że to jest kwestia bardzo indywidualna. Wiadomo, są pewnie trenerzy, którzy nie się z tego cieszą, ale są też trenerzy, którzy mi też kibicują. W tym wszystkim trzeba też pamiętać, że rywalizujemy ze sobą. Jak nie o wynik, to może w przyszłości o miejsce pracy, to jest normalne.

A gdzie pan siebie widzi w perspektywie kilku sezonów? Czy jakby pan przez ten cały czas trenował Jagiellonię Białystok, to uznałby pan to za sukces, czy jednak za rozczarowanie, że nie udało się pójść wyżej?

Mam 32 lata, w życiu nie grałem profesjonalnie w piłkę. Przez praktycznie całe życie byłem asystentem, a zostałem trenerem ekstraklasowym, będąc trenerem trzecioligowego średniaka. Dlatego nie chcę mówić tutaj w kontekście rozczarowania z czegokolwiek.

Dzisiaj po prostu bardzo doceniam moment, w którym jestem. I na tym się skupiam. Nie wiem, co będzie w przyszłości, ale już dzisiaj mogę powiedzieć, że niezależnie od tego, jak ta moja historia się potoczy, to nie mogę być rozczarowany swoim życiem. Mam dużą kochającą mnie rodzinę i ją kocham, realizuję się zawodowo i choć jeszcze dużo przede mną, mam naprawdę fajny start.

Pułap i miejsce, z których startowałem, i szansa, jaką dostałem w pewnym momencie, to też nie jest coś oczywistego. Mógł ją dostać każdy inny, mógł tu przyjść trener bardziej doświadczony, trener sprawdzony, nie musiał to być Adrian Siemieniec. Dlatego w żadnym momencie nie użyję słowa "rozczarowanie". Będę starał się maksymalnie wykorzystać szanse, które mi dali ludzie.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.