W lutym 2018 roku Legia Warszawa poinformowała o wypożyczeniu brazylijskiego środkowego obrońcy Mauricio. Był wówczas zawodnikiem rzymskiego Lazio, a w swoim CV mógł się pochwalić pobytem w Sportingu (grał w Lidze Mistrzów), czy Spartaku Moskwa (zdobył mistrzostwo Rosji).
Trenerem Legii był wówczas Romeo Jozak, zaś Brazylijczyk miał być lekiem na problemy defensywne warszawskiego klubu. - Pozyskaliśmy doświadczonego obrońcę o wysokich umiejętnościach. Jego przydomek - "Ściana", nie jest przypadkowy - to twardo, zdecydowanie grający zawodnik. Kluby i ligi, w jakich występował, pokazują, że reprezentuje dobry poziom. - mówił dyrektor techniczny Legii Warszawa, Ivan Kepcija.
- Nazwisko kojarzę, twarz też, ale poza tym nic nie zapadło mi w pamięć. Wiem, że graliśmy przeciwko sobie, ale chyba nie zrobił na mnie kolosalnego wrażenia - mówił cytowany przez ówczesnego dziennikarza Sport.pl Sebastiana Staszewskiego Kamil Glik.
Jak się okazało - miał sporo racji. Pobyt Mauricio w Polsce okazał się jednym wielkim rozczarowaniem. Wystąpił w zaledwie trzech meczach, w których przebywał na murawie przez 112 minut. To jednak pozwoliło mu wpisać na listę sukcesów... mistrzostwo i Puchar Polski.
Po półrocznym okresie w Warszawie wrócił do Włoch i rozwiązał kontrakt. Sytuację momentalnie wykorzystał... malezyjski Johur Darul Ta'zim FC - ówczesny mistrz kraju. W Azji spędził aż cztery lata i w 2022 roku wrócił do ojczyzny. Występował w Nautcio, a jego ostatnim klubem było Chapecoense. W jego barwach rozegrał zaledwie osiem spotkań.
35-letni dziś Mauricio od 1 stycznia jest wolnym zawodnikiem. Nie wiadomo, czy będzie jeszcze kontynuować karierę, czy zdecyduje się zawiesić buty na kołku.