Gwizdy, wyzwiska i skandowanie przez kibiców: "Mioduski, gdzie są transfery?". Tak na trybunach przy Łazienkowskiej odebrany został sobotni remis Legii Warszawa z Pogonią Szczecin (1:1).
Dariusza Mioduskiego nie było już na swoim miejscu, gdy kibice z "Żylety" po meczu pytali go o to, gdzie są transfery do klubu. Właściciel Legii Warszawa ostatnie minuty spotkania z Pogonią Szczecin oglądał na stojąco. Gdy w doliczonym czasie Joao Gamboa został sfaulowany przez Tomasa Pekharta, Mioduski odwrócił się od boiska i zniknął za trybuną. Chwilę wcześniej machnął ręką, gdy sędzia odgwizdał spalonego Ryoyu Morishity.
Mioduskiego nie było też na trybunach, gdy pod "Żyletę" zaczęli podchodzić piłkarze Legii, by po meczu zwyczajowo podziękować kibicom za doping. Ale nawet zbytnio się nie zbliżyli - stanęli na wysokości pola karnego, skąd bili brawo. W zamian usłyszeli gwizdy i po chwili "Legia grać, k...a mać", czyli doskonale znany okrzyk przy Łazienkowskiej nie tylko z poprzednich sezonów, ale też już z obecnego. Dwa tygodnie temu, gdy Legia w Warszawie remisowała 1:1 z Puszczą Niepołomice, piłkarze z trybun usłyszeli dokładnie to samo.
Legia ani razu w lidze nie wygrała trzech meczów z rzędu
Teraz teoretycznie poprzeczka zawieszona była znacznie wyżej, bo w sobotę do Warszawy przyjechała Pogoń Szczecin, czyli ostatnio najlepiej grająca drużyna w ekstraklasie. Z drugiej strony - piłkarze Jensa Gustafssona mieli w nogach aż 120 minutach w Pucharze Polski, gdzie we wtorek dopiero po dogrywce wyeliminowali Lecha Poznań (1:0) i awansowali do półfinału. Legia miała za sobą - też w teorii - spokojnie przepracowany tydzień. Bez zmagań w pucharach, bo kilka dni wcześniej drużyna Kosty Runjaicia odpadła w kompromitującym stylu z Molde FK (2:3 i 0:3), a na krajowym podwórku pożegnała się z PP już w grudniu - na etapie 1/8 finału.
W sobotę po piłkarzach Pogoni było widać zmęczenie, ale dopiero po meczu, gdy niektórzy z nich - m.in. Leonardo Koutris czy Efthymios Koulouris - długo nie podnosili się z murawy. Gdy już wstali, usłyszeli brawa od swoich kibiców, którzy w sobotę licznie przybyli do Warszawy. W przeciwieństwie do piłkarzy Legii, którzy mogli liczyć na głośny doping przez całe spotkanie, ale po meczu żegnały ich gwizdy i wyzwiska.
Pewnie ten remis z Pogonią zostałby inaczej odebrany w Warszawie, gdyby Legia w poprzednich meczach nie traciła punktów z Koroną (3:3) czy Puszczą (1:1). Ale straciła. W tym roku odniosła tylko jedno zwycięstwo w sześciu meczach - pokonała na wyjeździe Ruch Chorzów (1:0). Przed przerwą zimową wcale nie było dużo lepiej, bo forma wicemistrzów Polski również falowała. Przeciętne wyniki w lidze przykrywały jednak wtedy dobre występy w fazie grupowej Ligi Konferencji Europy.
Runjaić po meczu z Legia - Pogoń: Jestem bardzo zły
Zespół Runjaicia w tym sezonie ani razu w ekstraklasie nie wygrał trzech meczów z rzędu. W ogóle - biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki - udało się to tylko raz. Pod koniec września, gdy Legia pokonywała Aston Villę (3:2), Górnika Zabrze (2:1) i Pogoń (4:3). Tamto spotkanie w Szczecinie było jednym z najciekawszych w tym sezonie. I przy okazji jednym z ostatnich - o ile nie ostatnim - w którym wicemistrzowie Polski w lidze zaimponowali formą.
Kilka miesięcy w futbolu to wieczność. I nie inaczej jest w przypadku Legii, która zimą dodatkowo straciła dwóch kluczowych piłkarzy - Ernesta Muciego i Bartosza Slisza. Z perspektywy Runjaicia szczególnie bolesna jest strata tego drugiego, bo choć Muci potrafił zachwycić jednym zagraniem i odszedł z Legii za rekordowe 10 mln euro, to Slisz na boisku dawał tej drużynie znacznie więcej. To on był kluczowym zawodnikiem i filarem zespołu, na którym w ostatnich miesiącach opierała się cała gra.
- To nie jest dobry moment, by rozmawiać o tym, co stało się w zimowym oknie transferowym. Nie wygraliśmy meczu, choć znów byliśmy blisko. Jestem bardzo zły. Zresztą myślę, że nie tylko ja, a wszyscy, którzy kochają Legię, żyją tym klubem, są dziś rozczarowani - mówił po sobotnim remisie Runjaić.
Trudny terminarz Legii do końca sezonu
Kulisy z przygotowań do meczu z Pogonią, blisko godzinna rozmowa z prezesem Marcinem Herrą, wypowiedzi dyrektora sportowego Jacka Zielińskiego, piłkarzy, trenera. Legia w ostatnich dniach robiła sporo, by przynajmniej w klubowych mediach - po wpadce z Koroną - ocieplić swój wizerunek.
Paradoksalnie spotkanie z Pogonią wcale nie było złe w jej wykonaniu. Kluczowa okazała się jednak sytuacja z 60. minuty - indywidualny błąd Marco Burcha. Szwajcarski stoper Legii stracił wtedy piłkę na własnej połowie, co wykorzystał Kamil Grosicki, który po chwili asystował przy golu Koulourisa. - Jeśli popełniasz takie błędy, które przytrafiały nam się też niestety w poprzednich spotkaniach, nie wygrasz żadnego meczu - rozkładał w sobotę ręce Runjaić i dodawał, że już nie ma wymówek.
Problem w tym, że w kolejnych tygodniach wcale nie będzie łatwiej. Legię do końca sezonu w większości czekają mecze z zespołami z czołówki lub z górnej części tabeli. A skoro do tej pory gubiła ona punkty z ligowymi średniakami lub słabeuszami, trudno zakładać, że nie będzie ich tracić w starciach z Rakowem, Lechem, Śląskiem czy Jagiellonią, które wciąż walczą o mistrzostwo Polski.
Legia w walce o tytuł też nie jest jeszcze bez szans - do końca sezonu zostało 11 kolejek, a jej strata do prowadzącego Śląska wynosi siedem punktów. W teorii to dystans możliwy do odrobienia, ale w praktyce - patrząc na to, jak w ostatnich tygodniach gra zespół Runjaicia - trudno zakładać, że to się uda.
Po remisie z mocną Pogonią nie należy spodziewać się w klubie nerwowych ruchów. Pozycja Runjaicia mimo wszystko wydaje się stabilna, ale jeśli do przerwy na mecze reprezentacji Legia nie znacznie wygrywać - przed nią wyjazdowy mecz z Widzewem (10 marca), a później domowy z Piastem (17 marca) - niewykluczone, że przy Łazienkowskiej dojdzie do zmiany trenera.