Nagły zwrot w Ekstraklasie! Totalna sensacja. "Zaprzeczenie wszystkiego"

Dawid Szymczak
To był zupełnie inny Śląsk Wrocław niż jesienią: miał inicjatywę, stworzył lepsze okazje, miał przewagę w większości statystyk, ale przegrał z Pogonią Szczecin 0:1 i stracił na rzecz Jagiellonii Białystok pozycję lidera. Może czuć się tak, jak wielu jego rywali w ostatnich miesiącach.

Ten mecz to zaprzeczenie wszystkiego, co już wiedzieliśmy o Śląsku Wrocław. Jesienią jego piłkarze wielokrotnie oszukiwali przeznaczenie. Wygrali mecze, w których to rywale grali lepiej. Strzelali gole w niepozornych sytuacjach i unikali straty bramek, gdy wydawało się to wręcz niemożliwe. Czasem cudów w bramce dokonywał Rafał Leszczyński. Czasem zawczasu rywale obrywali po kontrach. Stąd te zakrzywione statystyki oczekiwanych punktów i goli - według Wyscouta powinni ich mieć 25 zamiast 41 i zajmować miejsce w środku tabeli, a nie na szczycie tabeli. Przepchnięte mecze? Jednobramkowe zwycięstwa? Wygrane wyszarpane w końcówkach meczów? Stały się znakiem rozpoznawczym Śląska. Wystarczy przypomnieć mecze z Wartą Poznań, Cracovią czy ŁKS.

Zobacz wideo Imponująca oprawa kibiców Ruchu Chorzów w trakcie meczu z Legią

Jak trzeba było wygrać z zaciśniętymi zębami, to wszyscy zaciskali zęby i wygrywali. Śląskowi nie brakowało determinacji, a pewność siebie rosła z każdym kolejnym zwycięstwem. Pokonani rywale mogli mieć poczucie, że przegrali, choć byli lepsi. Ale w Śląsku nic sobie z tego nie robili. Seria bez porażki rozrosła się aż do szesnastu, a konsekwencją tego było zimowanie na pozycji lidera. I można było jedynie zastanawiać się, jak wiele razy uda się jeszcze piłkarzom Jacka Magiery wygrać mecz, w którym nie będą mieli przewagi i jak długo będą zaprzeczać algorytmom. Spotkanie z Pogonią Szczecin było o tyle ciekawe, że według statystyki "punktów oczekiwanych" to właśnie ten zespół powinien być liderem ekstraklasy. Był jednak przeciwieństwem Śląska - grał lepiej od rywali, zasługiwał na zwycięstwo, ale na koniec tracił punkty.

Scenariusz na hit 20. kolejki ekstraklasy był zupełnie inny. Wyglądało na to, że piłkarze zamienili się koszulkami. To Śląsk miał inicjatywę, oddał więcej strzałów (21 vs 12) i stworzył znacznie lepsze okazje. Reporter Canal+ nie bez przyczyny w przerwie meczu pytał Piotra Samca-Talara, jak to możliwe, że jego zespół jeszcze w tym meczu nie prowadzi. Druga połowa przebiegała podobnie, a dogodne sytuacje zaprzepaścili m.in. Olsen, Nahuel, Klimala. I tylko wynik w żaden sposób do tego nie pasuje, bo to Pogoń wygrała 1:0.

Kluczowa była akcja z 78. minuty. Patryk Janasik w okolicach własnego pola karnego niedokładnie przerzucił piłkę na drugą stronę. Przejął ją Kamil Grosicki, wprowadził w pole karne i przytomnie wyłożył Fredrikowi Ulvestadowi. Norweg oddał strzał, Alex Petkov nie zdążył go zablokować, piłka tuż przed bramką odbiła się jeszcze od Janasika, ale i tak wpadła do bramki. Jesienią Śląskowi rzadko zdarzały się tak proste błędy w rozegraniu. Często za to sprzyjało mu szczęście i odbite w podobnych sytuacjach piłki ostatecznie nie wpadały do bramki. Przyroda dąży do równowagi?

Skandal na koniec meczu. Martwi bardziej niż porażka z Pogonią

O mistrzostwie szepcze się we wrocławskim ratuszu, ale w samej szatni Jacek Magiera narzucił podobną narrację jak w wywiadzie, którego udzielił Sport.pl - "nic nie musimy, ale naprawdę mocno chcemy". Ale wszyscy - od kibiców, przez piłkarzy i trenerów, po władze klubu - wiedzą, że to początek wyjątkowej rundy. Dla większości zawodników wręcz najważniejszej w karierze. Zimą mieli czas, by oswoić się z szalonymi wynikami. Przyszły przecież dość niespodziewanie, zaraz po sezonie, w którym ledwie się utrzymali, w podobnym składzie, mimo że jeszcze w kwietniu wydawał się on wypalony, zmęczony, mało wyrazisty i kompletnie niezgrany. Nawet początek tych rozgrywek był jeszcze niemrawy - najpierw remis z Koroną Kielce, później porażki z Zagłębiem Lubin i Stalą Mielec.  

Na porównania do Atletico Madryt, które bez oglądania się na artystyczne walory, chwilami topornie, realizowało swój cel i ogrywało lepszych od siebie, nikt się we Wrocławiu nie obraża. Nie podoba im się tylko narracja, że to kwestia szczęścia. - Każdy ma swoje spojrzenie na piłkę. Moje jest takie, że piłce liczą się przede wszystkim zwycięstwa. Na to patrzę w pierwszej kolejności, ale za tym od razu kryje się dobrze funkcjonujący zespół, a także liczą się indywidualne poczynania zawodników. Rafał Leszczyński jesienią zachował osiem czystych kont, Aleks Petkow to jeden z pięciu najlepszych obrońców w ekstraklasie, Łukasz Bejger - jeden z trzech najlepszych młodzieżowców, Erik Exposito zdobył 14 bramek i jest liderem klasyfikacji strzelców, Piotr Samiec-Talar ma pięć goli i cztery asysty, Matias Nahuel i Peter Pokorny też zostali wybrani do jedenastki rundy. Tak można wymieniać i wymieniać. Liczby, które wykręcili nasi zawodnicy, są niesamowite. To wszystko składa się na to, że jesienią nie przegraliśmy 16 meczów z rzędu, a w 21 z nich strzeliliśmy przynajmniej jednego gola. Takie serie w historii rozgrywek czy trenerów nie zdarzają się zbyt często. To jest coś, na co bardzo sumiennie zapracowaliśmy i chcemy pracować dalej - wyliczał Magiera w rozmowie z Bartłomiejem Kubiakiem.

To historia, jakiej szukają filmowi scenarzyści i producenci telewizyjnych show, w których bohater, na oczach widzów, zmienia się nie do poznania. Droga "od zera do bohatera" jest imponująca. Przyciąga uwagę. Śląsk Wrocław - mimo porażki - wciąż nią podąża. Ma tyle punktów co pierwsza Jagiellonia, choć przed sezonem wielu ekspertów i kibiców widziało w nim kandydata do spadku. Nie bez powodu - o utrzymanie walczył też w ostatnich dwóch latach. Jeszcze na trzy kolejki przed końcem poprzedniego sezonu był w strefie spadkowej i tracił do bezpiecznego miejsca pięć punktów. W kwietniu, gdy Jacek Magiera wracał do Śląska, życzliwi ostrzegali go, że poplami swoje CV spadkiem z ekstraklasy. Magiera najpierw jednak Śląsk utrzymał, a później zwiększył swoje kompetencje, złapał nić porozumienia z nowym dyrektorem sportowym Davidem Baldą i podpisał nowy kontrakt. Przyznaje szczerze: on też nie spodziewał się, że po rundzie jesiennej Śląsk będzie liderem. 

I nic dziwnego, że kibice chcą w tym uczestniczyć. Jesienią na mecze Śląska przychodziło średnio 23 219 osób. Większą o dwa tys. frekwencję miała tylko Legia Warszawa. Na spotkaniu z Pogonią znów było ponad 22 tys. ludzi. Ze stadionu mogli wyjść zmieszani: ich zespół grał lepiej, a przegrał. Styl był lepszy niż w wielu jesiennych meczach, a punktów w tabeli nie przybyło. I choć zaskoczenie i rozczarowanie można zrozumieć, to rzucenia butelką w bramkarza Valentina Cojocaru w końcówce meczu usprawiedliwić nie sposób. To hańba i skrajny przykład nieodpowiedzialności. Takie zachowania mogą smucić normalnych kibiców Śląska znacznie bardziej niż niezasłużona porażka z Pogonią.

Więcej o:
Copyright © Agora SA