To miał być ich sezon, ale im więcej meczów, tym więcej wstydu. "Pozostaje czekać na katastrofę"

Dawid Szymczak
Im bardziej sprzyjają okoliczności, tym gorzej dla Lecha Poznań. Więcej treningów - mniej pozytywnych efektów. Więcej rozegranych meczów - więcej wstydu. Rywale gubią punkty? I tak przychodzi porażka, więc zamiast coraz większej przewagi, jest coraz więcej punktów straty. A przecież miał to być zupełnie inny sezon.

Kibice jeszcze przed meczem z Widzewem Łódź żartowali, że skoro wszystkie wyniki układają się pod Lecha Poznań, to pozostaje tylko czekać na katastrofę. Przyzwyczaili się już, że ich klub nie wykorzystuje takich okazji. I co? Po remisach Legii, Rakowa, Jagiellonii i porażce Pogoni, Lech również przegrał 1:3, a mecz jak w soczewce skupił większość pojawiających się w tym sezonie błędów: od jałowego ataku, przez zbyt wolną reakcję na zgubienie piłki, po indywidualne wpadki obrońców. Lech znów stracił zamiast zyskać. Przewaga nad Rakowem i Legią stopniała, a strata do Śląska i Jagiellonii wzrosła. Właściwie cały sezon w wykonaniu to Lecha jedno wielkie marnowanie sprzyjających okoliczności. Stąd rosnące wątpliwości, czy John van den Brom powinien dalej pracować w Poznaniu. 

Zobacz wideo Michał Probierz wykorzystał pomidora. Ależ pewność siebie!

Sezon rozczarował zanim na dobre się zaczął

Właściwie nic nie poszło według nakreślonego kilka miesięcy temu planu - po ćwierćfinale Ligi Konferencji Europy, trzecim miejscu w lidze i odpadnięciu w 1/16 Pucharu Polski, wielu kibiców marzyło o sezonie z równie ekscytującą przygodą w Europie i poprawą wyników w kraju. Szefowie Lecha zakładali grę na trzech frontach, dlatego zbudowali szeroką i drogą kadrę. Chcieli zainwestować, bo van den Brom w zeszłym sezonie pokazał im, że potrafi godzić ligę i puchary, więc otrzymawszy lepsze narzędzia, powinien osiągnąć jeszcze lepsze wyniki. Z tego nici. Lech jeszcze w przedbiegach odpadł z eliminacji europejskich pucharów, a teraz zajmuje trzecie miejsce w lidze z siedmioma punktami straty do Śląska. Z ostatnich pięciu meczów wygrał tylko jeden - z walczącym o utrzymanie Ruchem Chorzów. Nie rokuje. 

I jak by nie ułożyć opowieści o tym sezonie, trzeba zacząć od rewanżu ze Spartakiem Trnawa, w którym Lech roztrwonił jednobramkową przewagę i odpadł z pucharów w absolutnie wstydliwy sposób. Ta porażka zmieniła wszystko - zmarnowała kapitał zdobyty w poprzednim sezonie, przerwała marzenia władz klubu o regularnym występowaniu w pucharach, wywróciła do góry nogami plan na ten sezon i wygasiła entuzjazm wśród kibiców. Lech potężnie rozczarował zanim na dobre zaczął się sezon. Gorycz mogła osłodzić tylko świetna gra na krajowym podwórku.

Skoro Lech mógł rzucić wszystkie siły na ekstraklasę i Puchar Polski, a najgroźniejsi rywale mieli na głowie jeszcze europejskie puchary, które wykończyły już niejeden polski zespół, to był zdecydowanym faworytem do zdobycia mistrzostwa Polski. Miał co tydzień wychodzić na boisko świeży i pełen energii, w najmocniejszym składzie, z przećwiczonym na treningach planem. A po ostatnim sezonie sam Lech najlepiej wie, jak wielka jest to przewaga nad będącymi wiecznie w niedoczasie rywalami. Wtedy był po drugiej stronie. Teraz - z najdroższą w swojej historii kadrą, skupioną tylko na polskich rozgrywkach - zadanie wydawało się wręcz proste. 

Tymczasem Lech po szesnastu meczach ma tylko trzy punkty więcej niż w analogicznym momencie poprzedniego sezonu. Wtedy jednak był już zakwalifikowany do fazy pucharowej Ligi Konferencji Europy, którą teraz ogląda jedynie w telewizji. To różnica, której nie da się pominąć.

Czas miał być sprzymierzeńcem. W połowie sezonu nawet trener przyznaje, że nie widzi progresu 

Zaraz po odpadnięciu w Trnawie przyszła porażka ze Śląskiem Wrocław i remis z Górnikiem Zabrze. Trenerzy i szefowie Lecha zakładali jednak, że czas będzie w tym sezonie ich sprzymierzeńcem - nowi piłkarze mieli lepiej wkomponować się w zespół, a kontuzjowani wrócić do zdrowia. Czas miał też się przydać do spokojnego szlifowania pomysłu Johna van den Broma na taktycznych treningach, których z racji gry w Europie brakowało w poprzednim sezonie. I wreszcie rywale - Raków i Legia - z czasem mieli coraz bardziej odczuwać zmęczenie, a Lech dojść do najwyższej formy po dość spokojnym okresie przygotowawczym, który planowano z założeniem, że runda jesienna będzie długa i pełna meczów.

Tyle w teorii. W rzeczywistości im dłużej trwa sezon, tym Lechowi wiedzie się gorzej. Mikael Ishak wrócił po wyleczeniu boreliozy, ale jego forma faluje. Ali Gholizadeh, kupiony za 1,8 mln euro reprezentant Iranu na ostatnim mundialu, wszedł z ławki dopiero w trzech meczach i widać u niego zaległości. Inny nowy piłkarz - Elias Andersson rozczarowuje, a Dino Hotić po całkiem obiecującym początku złapał kontuzję. Wciąż niewkomponowany w zespół pozostaje Afonso Sousa, a Filip Marchwiński i Adriel Ba Loua po świetnej grze przez kilka tygodni wpadli w dołek. Najlepszym zawodnikiem pozostaje, chimeryczny dotychczas, Kristoffer Velde, który strzelił już siedem goli, a przy czterech asystował. Poza Norwegiem trudno jednak wskazać piłkarza w dobrej formie. A przecież Lech bardzo polega na indywidualnej jakości swoich piłkarzy - są w końcu technicznie lepsi niż zdecydowana większość rywali w ekstraklasie, są bardziej kreatywni i mniej przewidywalni, więc Van den Brom chce z tego korzystać i zostawia im sporą swobodę. Nie bazuje na schematach, nie chce też dostosowywać taktycznych szczegółów do gry rywali. Daje piłkarzom dużo twórczej wolność i wierzy w ich boiskowe pomysły. Oczywiście - przygotowuje różne warianty w ataku, zdarza się dostrzec powtarzalność pewnych zachowań u piłkarzy, ale jest tego znacznie mniej niż w przypadku choćby Macieja Skorży, który z Lechem zdobywał mistrzostwo.

Zauważył to też Daniel Myśliwiec z Widzewa Łódź, który po ostatnim meczu stwierdził wręcz, że Lech w polskich warunkach jest Realem Madryt - trudno go rozczytać, bo bazuje głównie na jakości piłkarzy. Jeśli są w formie - trudno im się przeciwstawić. Ale jeśli nie są - zatrzymanie ich nie jest aż tak trudne. Doskonale pokazał to sam Widzew. Myśliwiec może i nie widział w grze Lecha wielu schematycznych zagrań, ale i tak świetnie go wypunktował. Zneutralizował największe zalety i uwypuklił wady. Jego zespół pierwszą połowę zagrał bardzo agresywnie, wysoko odbierał piłkę, dominował w środku pola i po pierwszej połowie powinien prowadzić wyżej, bo najpierw rzutu karnego nie wykorzystał Jordi Sanchez, a później doskonałą okazję zaprzepaścił Juan Ibiza. W drugiej połowie Widzew bronił znacznie bliżej własnej bramki, ale wciąż miał kontrolę nad meczem i na niewiele Lechowi pozwalał. Dość powiedzieć, że ten kończył spotkanie z xG (liczba goli oczekiwanych) wynoszącym zaledwie 1,36 (wobec 2,36 Widzewa). Lech częściej posiadał piłkę (69 proc.), ale nie stworzył poważnego zagrożenia pod bramką. Zdobyta bramka była efektem świetnego strzału z dystansu Jespera Karlstroma, a nie sprytnie przeprowadzonej akcji. Widzew zasłużenie odniósł pierwsze wyjazdowe zwycięstwo w tym roku.

Tak van den Brom diagnozował problemy swojego zespołu na pomeczowej konferencji. - Przed przerwą mieliśmy problem z pressingiem. Brakowało nam energii i współpracy między zawodnikami. Porozmawialiśmy o tym i w drugiej połowie wyglądało to już znacznie lepiej. Musieliśmy jednak podjąć ryzyko, bo rywale prowadzili 1:0, a nam w decydujących momentach brakowało podjęcia dobrych decyzje. Wszystkie straconego gole wzięły się z popełnionych przez nas błędów, o których już wielokrotnie rozmawialiśmy. Posiadanie piłki nie przełożyło się na klarowne sytuacje. Kiedy przegrywa się 1:3, to trzeba powiedzieć, że źle wykonaliśmy naszą pracę i analizę. To była niepotrzebna porażka - powiedział i po chwili dodał: - Nie widzę postępu w grze mojej drużyny. Jeśli przegrywamy w takim stylu, to nie można doszukiwać się wzrostu formy.

Podobnych wypowiedzi van den Brom już w tym sezonie udzielał. Problemy, które pojawiły się w meczu z Widzewem nie były nowe. Lech w wielu meczach częściej posiada piłkę, ale rzadziej udaje mu się ją dostarczyć w pole karne, przez co stwarza mniej okazji niż w zeszłym sezonie. W meczach z zeszłego sezonu Lech generował średnie xG na poziomie 1,70, a w tym spadło ono do 1,19. Wolniej reaguje też na stratę piłki, co Widzew, ale wcześniej też Cracovia i Jagiellonia Białystok starał się wykorzystać, wyprowadzając szybkie kontry. Słaba organizacja po stracie piłki i sporo indywidualnych błędów obrońców skutkuje tym, że Lech stracił w tym sezonie już 22 gole w 16 meczach - tylko pięć zespołów w ekstraklasie straciło ich więcej (będące w strefie spadkowej ŁKS, Ruch Chorzów, Puszcza Niepołomice oraz Stal Mielec i Zagłębie Lubin). Statystyki z poprzednich sezonów pokazują natomiast, że mistrz Polski zawsze wyróżniał się właśnie skuteczną defensywą. 

  • 22/23 - Raków Częstochowa - 24 stracone gole, najmniej w lidze
  • 21/22 - Lech Poznań - 24 stracone gole, najmniej w lidze
  • 20/21 - Legia Warszawa - 24 stracone goli, drugi najlepszy wynik
  • 19/20 - Legia Warszawa - 35 straconych goli (przed reformą ligi), najmniej w lidze
  • 18/19 - Piast Gliwice - 33 stracone gole, najmniej w lidze

Lech idzie na trzecie lub czwarte miejsce. Ale zwolnienie trenera jest mało prawdopodobne

Przy Bułgarskiej panuje przekonanie, że John van den Brom nie wykorzystuje potencjału, którym dysponuje. Chodzi zarówno o zespół - jakość piłkarzy i szerokość kadry, ale też o okoliczności, czyli brak meczów w europejskich pucharach i sporo czasu na treningi. Kiedy rozwijać zespół, jeśli nie w takiej sytuacji? Tymczasem Lech od lata nie zrobił kroku naprzód. Rozwijają się pojedynczy piłkarze, jak Velde, Marchwiński, Murawski i Ba Loua, ale drużyna stała się bardzo jednowymiarowa i nieustabilizowana - jednego dnia potrafi wygrać z Rakowem 4:1 (jeden z nielicznych w pełni udanych meczów w tym sezonie), a już trzy dni później przegrywa z Pogonią Szczecin aż 0:5. Nie udało się uszczelnić defensywy - Lech w dziewięciu ligowych meczach stracił gola jako pierwszy, ani poprawić gry w ataku pozycyjnym, przez co Lech punktuje w tym sezonie ze średnią 1,81 na mecz, co na koniec sezonu powinno dać 61 pkt. W ostatnich dwóch latach, po reformie ligi, taki wynik gwarantował zajęcie 3. i 4. miejsca. W tym sezonie byłoby to gigantyczne rozczarowanie.

Coraz głośniej słychać opinie, które pojawiały się już w poprzednim roku, gdy Lech był na fali, że van den Brom jest dobrym psychologiem, trenerem, którego łapie z piłkarzami świetny kontakt i wprowadził do klubu luz, którego nie było za Skorży, ale jednocześnie znacząco odstaje od poprzednika w aspekcie taktycznym, przygotowania do meczu i klarowności tego, jak chce, by jego zespół grał. Skorża potrafił godzinami wałkować schematy, które uważał za kluczowe, tymczasem van den Brom uważa, że piłkarze sami powinni znajdować na boisku najlepsze rozwiązanie. Podobnie jest z przygotowaniami do meczów i analizą rywali - Skorża wyszukiwał najdrobniejsze szczegóły i maniakalnie wręcz przyglądał się swoim przeciwnikom, tymczasem Holender aż tak drobiazgowy nie jest i wychodzi z założenia, że najważniejsze jest to, jak zagra jego zespół. To nie tak, że jeden styl pracy jest dobry, a drugi zły. Różne wizje pasują do różnych klubów i różnych piłkarzy. Na dziś wydaje się, że zawodnikom Lecha bardziej służyły metody Skorży.

Holender zdradził w wywiadzie dla "Wyborczej", że po porażce z Pogonią Szczecin prezes Piotr Rutkowski wygłosił w szatni emocjonalną przemowę. Ostatnie wyniki tylko pogłębiły niepokój i zmniejszyły cierpliwość władz Lecha, ale zwolnienie w najbliższym czasie byłoby dużą niespodzianką. Nikt w klubie się do tego nie pali, co potwierdzają także portale Goal.pl i Meczyki. Powodów jest kilka. Poprzednie lata, jeszcze sprzed zatrudnienia Skorży, pokazały, że nerwowe reakcje nie prowadzą do niczego dobrego. A dziś ewentualne zwolnienie van den Broma uchodziłoby przy Bułgarskiej za ruch nerwowy. Poza tym, wciąż pamięta się ostatni sezon Holendra, w którym pokazał, że potrafi łączyć grę w pucharach i lidze. Lech liczy, że do tych pucharów w przyszłym sezonie się zakwalifikuje, więc będzie chciał mieć na ławce trenera doświadczonego w tym temacie. I tu dochodzimy do kolejnego argumentu - nie słychać, by Lech miał upatrzonego następcę. Popularni wśród kibiców są Skorża i Marek Papszun, ale szanse na ich zatrudnienie są wręcz minimalne. Skorża w grudniu poprowadzi jeszcze Urawę Red Dimonds w Klubowych Mistrzostwach Świata, a później pożegna się z drużyną, ale bynajmniej nie po to, by wracać do pracy w Polsce. Najpierw chce skupić się na rodzinie, a następnie wrócić do pracy za granicą i wykorzystać to, że jego nazwisko znaczy na azjatyckim rynku coraz więcej. Papszun z kolei niebyt pasuje do wizji klubu. Raków, z którym osiągał sukcesy, funkcjonował zupełnie inaczej i mógł dać mu władzę, jakiej nigdy nie będzie miał żaden trener Lecha.

Trudno jednoznacznie ustalić, jak duża będzie cierpliwość do van den Broma. W Lechu nikt nie założył, ile punktów musi zdobyć zespół w trzech ligowych meczach do końca roku i jakim wynikiem musi zakończyć się spotkanie z Arką Gdynia w Pucharze Polski, by zimą zmieniać trenera. Musiałoby dojść do tragedii.

Więcej o:
Copyright © Agora SA