Trenował legendarny polski klub. Przeżywa dramat. "Nie ma za co żyć"

Petro Kuszłyk, były trener Widzewa Łódź, od zeszłego roku szuka pracy. Kilka miesięcy temu wyrażał chęć powrotu do Polski. - Może znajdzie się jakiś klub w pierwszej lub drugiej lidze, który byłby zainteresowany moją osobą - powiedział w rozmowie z "Przeglądem Sportowym". Wiele wskazuje na to, że poszukiwania spełzły na niczym. Dziennikarz Andrzej Klemba opisał jego obecną sytuację. "Nie ma za co żyć" - napisał.

Petro Kuszłyk to ukraiński trener piłkarski, który w przeszłości pracował w polskich klubach. W 2000 roku przez pięć miesięcy prowadził Widzew Łódź, wcześniej był zatrudniony w Granacie Skarżysko-Kamienna, AviI Świdnik, ZKS-ie Tłoki Gorzyce i Hetmanie Włoszczowa.

Zobacz wideo Probierz o depresji w futbolu: To jest bardzo duży problem w piłce

Petro Kuszłyk kiedyś trenował Widzew Łódź. Teraz szuka pracy. "Może ktoś uzna, że warto pomóc człowiekowi"

W czerwcu Kuszłyk udzielił wywiadu "Przeglądowi Sportowemu", w którym przyznał, że jest w trudnej sytuacji finansowej i w związku z tym poszukuje pracy. - Popracowałbym jeszcze jako trener ze dwa - trzy lata. Chętnie wróciłbym do Polski. Może znajdzie się jakiś klub w pierwszej lub drugiej lidze, który byłby zainteresowany moją osobą - powiedział.

Wygląda na to, że poszukiwania nie okazały się owocne. Nowe wieści w tej sprawie przekazał dziennikarz Andrzej Klemba. "Zadzwonił do mnie trener Kuszłyk. Nie ma za co żyć, szuka pracy w Polsce" - napisał. Dodał, że ukraiński trener nie obawia się nowych wyzwań. "Ma 72 lata, ale mówi, że siły jakby miał 20 lat mniej" - czytamy.

Więcej podobnych treści sportowych znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Na jego wpis zareagował dziennikarz Żelisław Żyżyński. "Trener Kuszłyk, świetny facet. Może ktoś uzna, że przyda mu się trener z doświadczeniem piłkarskim i życiowym, porozmawia i uzna, że warto pomóc człowiekowi a przy okazji swojej drużynie, akademii?" - odpowiedział.

Petro Kuszłyk o problemach z wypłatami. "Gdzie nie pójdę, to nie ma pieniędzy"

W trakcie kariery Kuszłyk często nie otrzymywał wynagrodzenia na czas. Problemy w tej kwestii napotkał także za czasów pracy w Widzewie. - Prezes (Andrzej - red.) Pawelec wyjechał do Włoch i przestał płacić, a ja odszedłem - powiedział. Później musiał dochodzić sprawiedliwości przed sądem. - Dwa-trzy razy z synem do Warszawy jeździłem, by załatwiać sprawy przed sądem polubownym, ale się udało. Zwrócili mi wszystko, tylko nie dostałem premii za wygrane mecze - dodał.

Po opuszczeniu z Widzewa i wyjeździe z Polski Kuszłyk był w kilku klubach, ale i tam pojawiały się problemy z terminowymi wypłatami. - Pracowałem w Wołyniu Łuck, Zakarpacie wprowadziłem do ekstraklasy. Pieniądze były albo i nie. Tam i w Łucku pod względem pieniędzy było tak na trzy z plusem, a czasem na czwórkę, czyli jakoś płacili, ale z opóźnieniami - zdradził. Podobnie było w litewskim FK Jonava, gdzie zatrudniono go w zeszłym roku. - Gdzie nie pójdę, to nie ma pieniędzy - gorzko podsumował.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.