Szaleńcza walka o ekstraklasę. Wielkie odrodzenie. "To nie przypadek"

Paweł Matys
- Gramy dobrze i nie wygrywamy przypadkowo. Oczywiście wiemy, że mnóstwo pracy przed nami i mamy dużą pokorę. Czeka nas mnóstwo wojen, by uratować dla Kielc ekstraklasę - mówi Paweł Golański, dyrektor Korony, która wiosną jest czwartym najlepszym zespołem ligi.

Piłkarze Korony Kielce są na trzecim od końca, spadkowym miejscu w ekstraklasie, ale jednocześnie są też rewelacją rundy wiosennej. W 2023 roku są - razem z Piastem Gliwice - czwartą drużyną ekstraklasy. Wywalczyli 14 punktów, więcej zdobyły tylko najmocniejsze zespoły ligi: Raków Częstochowa, Legia Warszawa i Lech Poznań. W dodatku Korona ma serię czterech zwycięstw z rzędu przed własną publicznością (2:1 z Cracovią, po 1:0 z Lechią Gdańsk i Wisłą Płock oraz 2:1 z Radomiakiem). Co ważne, na grę kielczan można patrzeć z dużą przyjemnością, bo Korona potrafi grać nie tylko skutecznie, ale odważnie, z rozmachem, polotem, efektownie dla oka. Nic dziwnego, że na Suzuki Arenę przychodzi coraz więcej kibiców. Mecz z Radomiakiem oglądało ponad 10 tysięcy widzów. 

Zobacz wideo "Polski Thomas Mueller". Lewandowski wreszcie będzie miał partnera

Paweł Matys: Ledwie 13 punktów w 17 meczach jesienią. I aż 14 w zaledwie ośmiu meczach wiosną. Co się stało z Koroną?

Paweł Golański, dyrektor sportowy Korony Kielce: To proste - teraz większą uwagę przywiązujemy do naszego stylu gry. Zauważyłem, że w polskich drużynach często koncentrujemy się na stylu gry rywala. Kamil miał wizję by skupić się na sobie, zastosował własny styl.

Jesienią było do nas dużo zastrzeżeń, jeśli chodzi o intensywność, sprinty. Teraz jest zupełnie co innego. Jeśli Dominick Zator ma w meczu 17 sprintów, jest to bardzo budujące. Tylko z Wisłą Płock mieliśmy mniej przebiegniętych kilometrów. We wszystkich pozostałych meczach byliśmy drużyną, w której lepiej biegaliśmy. Fizycznie dajemy radę.

Wszystkie transfery na razie wypaliły. Niektórzy się dziwili, jak udało się sprowadzić takich piłkarzy do Korony.

- Transfer Zatora nie był oczywisty, bo przyszedł z ligi kanadyjskiej. Mimo, że został wybrany do najlepszej "11" sezonu w Kanadzie, to nie trafił do MLS. Tam nie jest łatwo się znaleźć, bo w tej lidze występują piłkarze z wielkimi nazwiskami lub młodsi, którzy mogą dać jeszcze więcej jakości. Zator był proponowany do wielu klubów z polskiej ekstraklasy i I ligi. Nikt nie podjął poważnych rozmów, oprócz nas. Śledziłem go mocno przez cztery miesiące i uznałem, że warto pozyskać. Zator ma polskie korzenie i przyjazdu do Polski nie traktuje jako "jakoś to będzie", ale jako życiową szansę. Jest bardzo ambitny, pracowity i to, co mi się spodobało, to że oznajmił, że chce trafić do reprezentacji. To był jego plan i udało się zrealizować. Niesamowicie emocjonalnie podszedł do powołania. Jak mu gratulowałem, było sporo emocji, łzy.

Stylem gry trochę przypomina mi trochę ciebie z najlepszych lat.

- Na pewno ma duże możliwości biegowe. To wytrzymałościowo-szybkościowy profil zawodnika. Przerasta mnie tym, że biega na dużej intensywności, ma mnóstwo sprintów. Podobieństwo do mnie jest takie, że bardzo dużo lubi grać do przodu. Co ciekawe, Zator był ściągany jako środkowy obrońca, ale jak zobaczyliśmy go w Turcji z trenerem Kamilem Kuzerą, to stwierdziliśmy, że docelowo to prawy obrońca. Ma wszystko, by grać na boku. Szkoda go postawić na środku i nie wykorzystać potencjału ofensywnego.

Po drugiej stronie obrony wiele ofensywie daje Rumun Marius Briceag.

- Mocno zabiegaliśmy o jego transfer. Szukaliśmy obrońcy z dużym potencjałem ofensywnym. Praktycznie w każdym meczu stwarza sobie czy kolegom sytuacje podbramkowe. Nie było łatwo go pozyskać, bo miał ważny kontrakt z Cluj, a klub nie chciał oddać, bo był podstawowym piłkarzem. Dużo było walki o niego, ale on pokazał determinację. Rozmawiałem z nim i zadeklarował, że zrobi wszystko, by do nas trafić, naciskał włodarzy na transfer. Inny piłkarz podszedłby do tego tak: mam 30 lat, zostanę w klubie, mam półtora roku kontraktu. Wiem, że rozmawiał z Deaconu [środkowy pomocnik Korony - red.], jak funkcjonuje klub, jaka jest infrastruktura, atmosfera. I wybrał nas, mimo że nasza sytuacja przed meczem z Legią była bardzo skomplikowana. Mało kto dawał szansę na utrzymanie, wielu postawiło krzyżyk.

Kolejny dobry transfer to Nono. Jego statystyki w Hiszpanii w ostatnim sezonie były słabe - tylko dwa gole i asysta w aż 27 meczach. W Kielcach jest filarem ofensywy.

- La Liga 2 to jednak jest dobry poziom. Piłkarze z tej ligi rzadko trafiają do Polski. Nono miał oferty z La Ligi 2, Grecji i Cypru, ale nie chciał tam iść. Przyszedł do nas i daje dużo jakości. Airam Cabrera [były napastnik Korony - red.], z którym często rozmawiam, zaproponował mi go. Jego umiejętności piłkarskie, potencjał fizyczny są niesamowite. Pojawiło się jednak pytanie, czemu nie grał przez cztery miesiące i został na lodzie. Kontuzja czy coś jest z nim nie tak? Patrząc na jego mecze na wideo, stwierdziliśmy, że to jest pan piłkarz i potwierdził to na treningach. Nie było widać, że miał przerwę. To też pokazuje jego profesjonalizm. Też miałem w karierze sytuację, że przez trzy miesiące trenowałem indywidualnie i jak sobie przypomnę mój ówczesny stan fizyczny, a teraz spojrzę na Nono, to jest to przepaść. Hiszpan wszedł w trening i wyglądał normalnie, a ja potrzebowałem dwóch tygodni, by do siebie dojść.

Wątpliwości były też przy Godinho, bo trudno jest pozyskać piłkarza z MLS. Zastanawiało mnie też, czemu chce przyjść z MLS do przedostatniej drużyny w Polsce, choć miał kilka innych ofert. O co w tym wszystkim chodzi, czy tu jest jakiś haczyk? Dał jednak jasną deklarację, że chce wrócić do Europy. Dobrze, że Godinho nie trafił do innych polskich klubów na testy, a my podjęliśmy szybką decyzję.

Ja też zdaję sobie sprawę, w którym miejscu łańcucha transferowego jesteśmy. Nie możemy konkurować z klubami o większym budżecie. Chcieliśmy Haska, który trafił do Wisły Płock. Finanse spowodowały, że nie mieliśmy jak do niego się zbliżyć, nie było nas na niego stać. My musimy działać sprawnie, szybko, by nikt nas nie ubiegł, nie zobaczył w Kielcach i dał np. 10 tysięcy więcej.

Godinho zamyka nam aż trzy pozycje, bo to wszechstronny piłkarz. Stał się ważną postacią na boisku i szybko odnalazł się w szatni. A nie jest to wcale takie proste. Sprowadziliśmy przecież piłkarzy różnych narodowości. Są trzy nacje, kultury, charaktery i patrząc na ich zachowanie, jak przeżywają, jak są zdeterminowani, to dla mnie jako dyrektora, jest to bardzo budujące. W swojej pracy bardzo mocno bowiem zwracam uwagę na charakter. Nigdy nie wsadzę do szatni trenerowi Kuzerze piłkarza, który ma super potencjał, ale nie pasuje charakterem. Nie raz rezygnowałem z piłkarza w dobrej formie i z wysokimi umiejętnościami piłkarskimi, gdy wiedziałem, że jak np. nie gra, to potrafi brudzić. Mogliśmy teraz np. sprowadzić prawego obrońcę ze Słowacji, który miał świetne CV, ale ma duże problemy, pożycza pieniądze w klubach, jest zadłużony, nie do końca skoncentrowany na piłce. Tak jak Hlousek, którego też mi proponowano do Korony, jak jeszcze nie wiedziałem, że ma takie problemy. Każdy ma prawo zabłądzić, ale jak dyrektor nie ma takich informacji, to potem może to być problem.

Absolutnie nieoczywistym transferem był Kacper Kostorz, który nie grał w Pogoni Szczecin. W Kielcach zdobył już dwa gole, w tym zwycięskiego z Radomiakiem.

- W Pogoni nie był brany pod uwagę do grania. Mieliśmy problem z Bartkiem Śpiączką, który odszedł z klubu. Miałem kilka nazwisk napastników z zagranicy, ale większość była nieprzygotowana do gry. Nie mieliśmy czasu, by miesiąc budować nowego piłkarza. Kacpra chciałem już pół roku temu, ale Pogoń nie chciała go puścić. Na razie ma bardzo mało minut, ale dwa razy trafił do siatki. My widzieliśmy, że on zrobi wszystko, by pokazać, że jest klasowym zawodnikiem.

Za chwilę będziesz miał rocznicę dwóch lat pracy w Koronie. Teraz to najlepsze okienko transferowe jakie miałeś?

- Nie lubię oceniać po ośmiu meczach, ale na tą chwilę wygląda bardzo obiecująco. To zasługa piłkarzy, ale też trenera Kuzery, który potrafił do nich dotrzeć. Z moim doświadczeniem piłkarskim wiem, że jak przychodzi się do nowego klubu i czuje się wsparcie trenera, to zawsze jest łatwiej. Myślisz sobie wtedy: "chłop we mnie wierzy, to ja muszę mu to oddać na boisku". Kamil dał to wszystkim zawodnikom, chwała mu za to. Czas rozliczenia okienka przyjdzie jednak w czerwcu.

We wcześniejszych okienkach transferowych bywało różnie. Były transfery zupełnie nietrafione - np. Lukas Zarandia. Bardzo chciał go poprzedni trener Leszek Ojrzyński, a ja widziałem, że jest klasowym piłkarzem. Nie poukładał sobie jednak tego wszystkiego w głowie, miał problemy z nadwagą, ciągnęliśmy go za uszy, nie karaliśmy go, próbowaliśmy wyciągnąć z bagna, ale się nie dało. Oprócz niego nie wypalili np: Maciej Bartniczuk czy Mateusz Lewandowski. Potem poszli do innych klubów ekstraklasy i w nich grają. 

Oprócz tegorocznych najlepszym twoim transferem jest Miłosz Trojak?

- Tak. Miłosz nie był znaną postacią, miał tylko 10 meczów w ekstraklasie, ale wiedziałem, że ma ogromny potencjał. Pokazuje go w każdym meczu. Jeśli grałby w Legii, Lechu czy Pogonii, to byłby w orbicie zainteresowań trenera reprezentacji Polski. Łatwiej się dostać do kadry z wielkich klubów niż z Korony. Sam to przerabiałem. Musiałem mieć dobry cały sezon, by trafić do reprezentacji. Za kadencji Pawła Janasa zagrałem 26 bardzo dobrych meczów w lidze, ale nie dostałem powołania. Po przyjściu Leo Beenhakkera okazało się, że jest w Kielcach gość, którego warto sprawdzić.

Być może z Trojakiem będzie tak, że Santos go zobaczy i powie: "kurde, to jest chłopak, który jest bezkompromisowy, silny, szybki, świetnie wyprowadza piłkę". Chwała prezesowi Łukaszowi Jabłońskiemu, że znalazł pieniądze na pozyskanie Trojaka. Paradoksem jest, że gdyby nie uraz Piotra Malarczyka, to Trojak grałby na pozycji defensywnego pomocnika. Okazało się jednak, że to idealny środkowy obrońca.

Dużym wygranym jest również Kamil Kuzera, bo w listopadzie krytyków jego zatrudnianie było mnóstwo.

- Znam doskonale Kamila z boiska i tam się paliło. Zanim pomyślał, była reakcja. Teraz imponuje mi i piłkarzom swoim opanowaniem, spokojem. Kiedy się wkurzy, to potrafi pocisnąć z tematem, bo ma charyzmę, charakter. Swoim opanowaniem, merytoryką, przygotowaniem, pokazał, że jest gotowy, by być dobrym trenerem. Drużyna też mu ufa, a w piłce nożnej jest to jeden z kluczy jeżeli chodzi o dobry wynik.

Co ważne - trener może wziąć moje sugestie, przemyślenia, ale finalnie, to on podejmuje ostateczną decyzję. Podoba mi się też to, że Kamil dużo rozmawia ze swoimi asystentami, analizuje ich zdanie. My mamy świadomość i czyste sumienie, że nikt nam nie jest w stanie zarzucić, że sprawy pozasportowe, decyzje zza biurka, decydują o tym, kto gra. Ani prezes, ani prezes rady nadzorczej, ani ja, nie poszliśmy do trenera i nie daliśmy mu kartki z sugestią jak powinniśmy zagrać. Miałem okazję grać w Bukareszcie, gdzie właściciel George Becali przychodził i mówił np. sobie: Golańskiego lubię, to niech gra (śmiech) i dawał kartkę trenerowi ze składem. My piłkarze o tym wiedzieliśmy i trener już nie był dla nas autorytetem. Musisz mieć jaja i powiedzieć: "hola, hola, to ja jestem szkoleniowcem i biorę odpowiedzialność za wyniki". 

Pamiętam, jak zatrudnialiśmy Kamila, to mówiło się, że to kolejne kolesiostwo, bo znamy się z boiska i pewnie się nie uda. Teraz jednak nie jesteśmy przypadkowym zespołem, praca poszła w dobrym kierunku. Gramy dobrze i nie wygrywamy przypadkowo. Oczywiście wiemy, że mnóstwo pracy przed nami i mamy dużą pokorę. Czeka nas mnóstwo wojen, by uratować dla Kielc ekstraklasę.

Wierzę w ten zespół, że droga którą obraliśmy, jest słuszna. Świat należy do ludzi odważnych, ambitnych. Nie będę jednak po udanym otwarciu wiosny, mówił, że jesteśmy nie wiadomo jakim zespołem. My robimy swoją robotę. Może przyjdzie czas, że usiądziemy i powiemy: walczymy o miejsca 1-8. Chciałbym dożyć takiego momentu. Mamy jeszcze dużo meczów, ale jesteśmy w grze.

Po nieudanej rundzie jesiennej, podobno trener Leszek Ojrzyński mówił, że Korona nie ma tak klasowych piłkarzy, by uratować ekstraklasę.

- Nie chcę komentować tych słów, bo nie o to chodzi, by wyciągać pewne rzeczy. Letnie transfery były konsultowane z trenerem, wiedzieliśmy kogo chcemy ściągnąć.

Z Radomiakiem Korona przegrywała 0:1 i nic sobie z tego nie zrobiła. Nie było załamania, a całkowita dominacja i zwycięstwo 2:1. Można było mieć ciarki, jak w końcówce tej części kibice kapitalnie dopingowali tak grający zespół.

- Ja jeszcze dodam, że to były derby, arcyważny mecz. To też jest coś, że bardzo mnie buduje jako dyrektora. Widzimy, że kibice przychodzą na stadion, wierzą w wygraną. To jest coś pięknego, co mnie nakręca i chce się w tym uczestniczyć. Pamiętam jak przyszedłem w 2021 roku, to na meczu było 3 tys. widzów. Patrzyłem na trybuny i widziałem duży problem. Widziałem też jak słabo wygląda to na boisku, ile pracy nas czeka, ile musimy ściągnąć piłkarzy. To było przygnębiające. Usiadłem i myślałem: "Czy to się uda?"

Z drugiej strony nie baliśmy się jednak odważnie powiedzieć: chcemy wrócić do ekstraklasy. To nie było tak, że przyszedł sobie Golański i palnął głupotę o awansie. Nie, bo to naprawdę był nasz cel. W 2022 roku zrobiliśmy trzy awanse: oprócz ekstraklasy, do III ligi, do U-19. To jest powód do dumy. Ojców sukcesu jest dużo, ale w momencie jak zaczynało się chrzanić, jak spadaliśmy w tabeli, to już ojców nie było, tylko narracja: znowu spierdzieliło się wszystko, nie zależy im. Nie zgadzałem się z tym, bo cały czas chcieliśmy się utrzymać. To że wyznaczyliśmy sobie wcześniej cel: 10-12 miejsce, to nic dziwnego, bo wiedziałem, że zespół stać na to. Nie jestem minimalistą, by interesowało mnie tylko 14.,15. pozycja. Nigdy bym tak nie powiedział, bo nie jest to zgodne z moim charakterem. Byliśmy personalnie gotowi na środek tabeli, ale życie brutalnie napisało zupełnie inny scenariusz.

Teraz wreszcie zaczęliście grać w piłkę, ładnie dla oka. Okazało się, że można.

- To jest kolejny aspekt, z którego jestem zadowolony. My mamy cel - utrzymanie. Gdybyśmy mieli teraz 19 punktów i bardzo ładnie grali w piłkę, to co by nam powiedzieli: "Co z tego? Gdzie oni są?" Co nam po ładnej grze, jak spada się z ligi. To musi iść w parze. Na tę chwilę nas się fajnie ogląda i są wyniki. Najważniejsze, że my atakujemy większą ilością zawodników, wchodzimy często w pojedynki jeden na jeden. Jesienią graliśmy bezpiecznie, szybko próbowaliśmy transportować piłkę na połowę rywali i kończyło się to stratami. Teraz więcej uwagi na treningach poświęcamy na tworzeniu tzw. trójkątów i grę piłką. 

Oczywiście nie było też tylko różowo. Po przegranym 1:5 meczu z Wartą Poznań w głowach piłkarzy i sztabu była konsternacja. Przerabialiśmy to już na styczniowym obozie z Banikiem Ostrawa. Widziałem pracę chłopaków, zapieprzali aż miło było popatrzeć i nagle w przedostatnim sparingu przegraliśmy z Banikiem 0:5. Usiedliśmy ze sztabem i powiedzieliśmy sobie: "Kur.., panowie, co teraz?" Mogliśmy wtedy wszystko wywrócić do góry nogami i powiedzieć, że jest źle. Przeanalizowaliśmy jednak to na spokojnie i trener Kuzera szedł cały czas tą samą drogą. Najważniejsze było przekonać piłkarzy, powiedzieć im: "spokojnie, nie panikujmy, bo takie rzeczy mogą zdarzyć się w lidze".

Jechałem do Poznania z dużym optymizmem. Po meczu wsiadłem do auta i siedziałem w nim 15 minut. Nie mogłem ruszyć, miałem mętlik w głowie, pytałem siebie: jak to jest możliwe? Byliśmy naładowani, wygraliśmy grając w "10" z Lechią Gdańsk, a dostaliśmy takiego dzwona. Trzeba było pozbierać zespół, ale na szczęście się udało. To też zasługa super atmosfery. Wiedzieliśmy, że zespół jest zbity na boisku, w internecie, więc ich nie dobijaliśmy. Jakbyśmy to zrobili, to może nie zdobylibyśmy potem w dwóch meczach domowych sześć punktów, ale zero. Jestem przekonany, że w Poznaniu był wypadek przy pracy. Lepiej raz przegrać 1:5, a nie pięć razy po 0:1.

A jak w ogóle odnajduje się w roli dyrektora sportowego?

- Nie jest łatwo, bo ta praca to olbrzymia odpowiedzialność. Będąc piłkarzem, mogłem się bić. Nawet jak miałem słabszy dzień, zrobiłem wślizg, poszarpałem się i wiedziałem, że dałem z siebie wszystko. Teraz będąc dyrektorem sportowym, jakby ktoś mnie nagrał podczas oglądania meczów, to robię z pięć kilometrów. Nie jestem w stanie wysiedzieć, chodzę cały czas. Jak rozmawiałem na kursie z Tomkiem Rząsą, Jackiem Zielińskim, Stefanem Majewskim, to mówili, że może przyjdzie to z wiekiem, doświadczeniem. Na razie jestem wulkanem emocji, który ciągle chciałby coś zmienić. Trudno się jednak dziwić. Do Korony mam olbrzymi sentyment. Grałem siedem lat, powołany zostałem do kadry, zadebiutowałem w ekstraklasie. Cieszę się z obecnej roli, jestem szczęśliwy, bo piłka nożna to całe moje życie.

Czemu nie zostałeś trenerem?

- Mój charakter, wybuchowość nie byłoby dobrze odbierane. Nie sądzę, by byłby to dobry ruch.

Gdzie masz najlepsze kontakty?

- Rumunia, bo tam grałem, Bałkany, Stany Zjednoczone, Kanada, Hiszpania. Nie jest jednak łatwo, bo nie mamy aż tak rozwiniętego skautingu. Nie jest jednak potrzebne obserwować np. Ligue1 czy Serie A, bo stamtąd piłkarza nie ściągnę. Mecz Napoli - Juventus oglądam sam dla siebie pod kątem fajnej piłki, a nie transferu.

Co chciałbyś osiągnąć w roli dyrektora sportowego?

- Wiem, gdzie są duże braki w Koronie. Chciałbym by do pierwszej drużyny trafiło trzech, czterech wychowanków, byśmy sprzedawali piłkarzy, by klub zaczął zarabiać. To jest w naszej głowie, chcemy iść tą ścieżką. Potrzeba jednak czasu. Nie zapominajmy, gdzie była Korona dwa lata temu, jakim byliśmy klubem, jak byliśmy postrzegani. Przychodząc do klubu, zrobiliśmy dokładną analizę kadry. Wracając do kwietnia 2021 roku, jak podpisywałem umowę, zostało zaledwie sześciu piłkarzy: Marceli Zapytowski, Adrian Sandach, Jacek Kiełb, Jacek Podgórski, Marcin Szpakowski i Jakub Łukowski. Świadczy o tym, jaka nastąpiła przebudowa.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.