Lech Poznań ruszył w pogoń. Van den Brom oszukał przeznaczenie

Latem wydawał się człowiekiem z przypadku, ale w trakcie rundy jesiennej John van den Brom udowodnił wartość swoją oraz drużyny. Holenderski szkoleniowiec wyciągnął Lecha z letniego kryzysu i po raz pierwszy od 12 lat poznaniacy zagrają wiosną w europejskich pucharach. Ta droga była jednak wyboista. - Nie możemy w jednym miesiącu klepać się po plecach i razem świętować, a miesiąc później wyzywać się i słuchać, że mamy wy... jeżdżać z tego klubu - mówił bramkarz Filip Bednarek podczas niedawnego spotkania z mediami.

Był początek sierpnia, a kibice zamiast na urlop do ciepłego kraju wybrali się do wietrznej Islandii na pierwszy mecz trzeciej rundy kwalifikacji Ligi Konferencji Europy. Lechici mierzyli się z Vikingurem Reijkjavik. Półamatorską drużyną, która zdobyła mistrzostwo tego kraju. "Kolejorz" przegrał tamto spotkanie 0:1 i był o krok od jednej z największych kompromitacji w swojej historii, bo tak trzeba by było nazwać odpadnięcie z drużyną, której zawodnicy łączą pracę piłkarza z dodatkowym etatem.

Zobacz wideo Oto przyszły bramkarz reprezentacji Polski. "Ma charakter, poczucie własnej wartości"

Rewanż w Poznaniu toczył się dramatycznych okolicznościach. Gospodarze prowadzili 2:0, lecz w ostatniej akcji doliczonego czasu gry stracili bramkę na 2:1. Część kibiców zaczęła opuszczać stadion, gdyż zapomniała, że UEFA zniosła już zasadę bramek na wyjeździe i remis w dwumeczu oznacza dogrywkę. W niej "Kolejorz" strzelił dwa gole i awansował do następnej fazy, lecz przez blisko dwa kwadranse dodatkowego czasu gry piłkarze oraz zarząd musieli wysłuchać obelg pod swoim adresem. Po końcowym gwizdku rozgoryczeni fani zbierali się pod stadionem, aby porozmawiać z zawodnikami. Nikt nie spodziewał się, że dwa miesiące po zdobytym mistrzostwie Polski przez Lecha, będą miały miejsce takie sytuacje.

Kilka dni temu podczas spotkania zorganizowanego dla mediów Filip Bednarek odniósł się do tamtych wydarzeń z sierpnia. – Każdy z nas wie, czym jest gra w Lechu Poznań. Ludzie kochają skrajności. Myślę, że skrajnością jest mistrzostwo Polski i jest nią na pewno stanie pod bramą i czekanie na nas po meczu z Vikingurem. Może czasem potrzeba szarości, żeby przetrzymać ten trudny moment i uwierzyć w nas, a nie wyzywać, że do niczego się nie nadajemy - ocenił. 

Zastąpić ulubieńca

Na początku sezonu każdy kibic brałby w ciemno sytuację, w której obecnie znajduje się zespół mistrza Polski. Szóste miejsce w lidze z realną szansą na awans wiosną, gdyż Lech do podium traci jeden punkt, a do wicelidera, Legii Warszawa, tylko o trzy więcej. Warto też pamiętać, że "Kolejorz" ma mecz zaległy z Miedzią Legnica. Dodatkowo niebywale istotna jest ich dobra dyspozycja w Europie, gdyż po raz pierwszy od 12 lat, Lech wyszedł z grupy w europejskich pucharach i na wiosnę zagra w fazie pucharowej Ligi Konferencji Europy.

Początek sezonu oraz obraz spotkania z Vikingurem zwiastował jednak, że koniec Johna van den Broma w Poznaniu jest bliski. W mediach mówiono o złym przygotowaniu fizycznym zespołu, a z zakulisowych doniesień można było wywnioskować, że warsztat Holendra jest rozczarowujący. Zwłaszcza pod kątem taktycznym, a zapowiadany był jako trener z innego piłkarskiego świata. W końcu nieczęsto do ekstraklasy trafiają trenerzy z poważnymi markami ligi holenderskiej oraz belgijskiej w CV.

Kontekst początku pracy van den Broma w Poznaniu jest jednak szalenie ważny, gdyż trafił na Bułgarską w ekstremalnie trudnym momencie dla klubu. Po zakończeniu rozgrywek 2021/2022 kibice oraz zespół zostali osieroceni. 6 czerwca Lech poinformował, iż Maciej Skorża, autor największych sukcesów „Kolejorza" w XXI wieku, przestaje pełnić funkcję trenera pierwszej drużyny z powodów rodzinnych. Władze były postawione pod ścianą, gdyż zawodnicy rozpoczynali przygotowania do nowego sezonu pięć dni później, a równo miesiąc po odejściu szkoleniowca mistrz Polski miał zmierzyć się w pierwszej rundzie eliminacji Champions League z Karabachem Agdam.

Rzucony na głęboką wodę

Van den Brom szkoleniowcem Lecha został 20 czerwca, więc miał dwa tygodnie na poznanie zespołu oraz przygotowanie go do pierwszego meczu w pucharach. Sytuacja była utrudniona z uwagi na urlopy piłkarzy. Większość z nich miała tylko nieco ponad dwa tygodnie odpoczynku, ale byli do dyspozycji sztabu już od początku przygotowań. Jednak niektórzy z nich dołączyli do drużyny dużo później, praktycznie równo z nowym trenerem. Było to spowodowane obecnością na czerwcowych zgrupowaniach reprezentacji jeszcze po sezonie ligowym. Na kadry pojechali Michał Skóraś, Filip Marchwiński, Lubomir Satka, Jesper Karlstrom oraz Nika Kvekveskiri.

Istotny zwłaszcza był brak trójki zagranicznych piłkarzy, gdyż „Kolejorz" w tamtym momencie borykał się z problemami kadrowym na pozycji środkowego obrońcy – dostępny był tylko Antonio Milić – oraz środkowego pomocnika, numeru „sześć" i „osiem". Tam po odejściu Pedro Tiby i przy nieobecności Szweda oraz Gruzina, pozostał jedynie Radosław Murawski. A przecież zespół po sezonie, oprócz Portugalczyka, opuścili również Dawid Kownacki, Jakub Kamiński, Tomasz Kędziora, Mickey van den Hart oraz Mateusz Skrzypczak. Później do tego grona dołączył Dani Ramirez. W tym okresie w klubie zaszło za wiele zmian w jednym momencie, głównie personalnych z zawodnikami oraz trenerem.

Pierwsze spotkanie w sezonie z Karabachem było kluczowe w perspektywie gry w europejskich pucharach, gdyż wyeliminowany zespół w dwumeczu „spadał" od razu do Ligi Konferencji Europy i aby dojść do fazy grupowej musiał przebrnąć przez trzech rywali. Przed tym pojedynkiem zespół został wzmocniony jedynie Arturem Rudko – choć, jak się później okazało, Ukraińca nie można było określić takim mianem, gdyż prezentował się bardzo słabo – a także Afonso Sousą (30 czerwca) oraz Gio Citaiszwilim (1 lipca).

Plaga kontuzji w obronie przy dwóch stoperach w kadrze

Tym samym zarząd nie ułatwił pracy nowemu szkoleniowcowi, który w dodatku na początku sezon musiał radzić sobie z serią kontuzji w formacji defensywnej. Cały czas niedostępny z powodu kontuzji mięśnia przywodziciela był Bartosz Salamon, a swoje problemy zdrowotne mieli również Lubomir Satka oraz Antonio Milić. Chorwat na skutek urazu opuścił cztery pierwsze kolejki ligowe, w których „Kolejorz" zdobył w nich tylko jeden punkt. Van den Brom musiał na pozycji stopera regularnie wystawiać debiutującego 19-letniego Maksymiliana Pingota w parze z bocznymi obrońcami czy też środkowego pomocnika Nikę Kvekveskiriego. To, co było największym atutem poznaniaków w mistrzowskim sezonie, czyli organizacja w defensywie, szybko przerodziło się w duży problem z uwagi na braki kadrowe.

– Patrząc przez pryzmat całego roku, to był emocjonalny rollercoaster. Uważam, że ktoś nam wmówił, że po mistrzostwie Polski nastąpił trudniejszy okres. Oczywiście, przegrywaliśmy mecze, ale to, z jaką obelgą się to spotkało, było za grube. Nie możemy w jednym miesiącu klepać się po plecach i razem świętować, a miesiąc później wyzywać się i słuchać, że mamy wy... jeżdżać z tego klubu - podsumowywał Bednarek dla TVP Sport.

Ten początek sezonu w ekstraklasie cały czas rzutował na jej tabelę oraz miejsce w niej "Kolejorza". Warto sobie uświadomić, że Lech od powrotu do składu Milicia, fundamentalnej postaci defensywy zespołu poprzedniego szkoleniowca, przegrał w lidze raptem jedno spotkanie – niedawno z Rakowem Częstochowa. Tak wygląda tabela ekstraklasy od piątego meczu pod wodzą van den Broma, gdy do dyspozycji wrócił Milić. Cały czas należy pamiętać, iż Lechici łączyli zmagania ligowe z pucharowymi. (źródło: 90minut.pl)

Tabela Ekstraklasa 90 minutTabela Ekstraklasa 90 minut screen http://www.90minut.pl/tabela.php

Tło innych pucharowiczów

Rezultatów „Kolejorza" w tym sezonie nie możemy porównać do żadnego z krajowych rywali przez ich kontekst. Możemy to zrobić jedynie do poprzednich ekip, które podczas rundy jesiennej łączyły grę w lidze z pucharami. Lech zakończył obecny rok na szóstym miejscu – w 16 meczach zgromadził 28 punktów (średnio 1,75 na mecz). Jak ten wynik wygląda na tle pucharowiczów z poprzedniej dekady? Liczba meczów w rundzie jesiennej różni się z uwagi na terminarz oraz model rozgrywek:

  • 21/22 – Legia Warszawa – 17. miejsce, 15 punktów (18 meczów)
  • 20/21 – Lech Poznań  - 5. miejsce, 29 punktów (18 meczów)
  • 16/17 – Legia Warszawa – 3. miejsce, 35 punktów (20 meczów)
  • 15/16 – Legia Warszawa – 2. miejsce, 40 punktów (21 meczów)
  • 15/16 – Lech Poznań – 6. miejsce, 28 punktów (21 meczów)
  • 14/15 – Legia Warszawa – 1. miejsce, 38 punktów (19 meczów)
  • 12/13 – Legia Warszawa – 1. miejsce, 43 punkty (21 meczów)
  • 11/12 – Legia Warszawa – 2. miejsce, 33 punkty (17 meczów)
  • 11/12 - Wisła Kraków – 6. miejsce, 27 punktów (17 meczów)
  • 10/11 – Lech Poznań – 11. miejsce, 19 punktów (15 meczów)

Nieprawdą jest, iż polskie zespoły zawsze nie radziły sobie z graniem co trzy dni. Przykładem tego jest Legia Henninga Berga, lecz w tamtym okresie ułatwieniem była regularna, coroczna, gra w pucharach. W pewnym momencie europejskie puchary nam odjechały, czego skutkiem były dwa ostatnie lata w wykonaniu Lecha Dariusza Żurawia oraz Legii Czesława Michniewicza.

Największą wadą Lecha jest Raków. A przeszkodą był czas

Van den Brom osiągnął ten wynik z dość wąską kadrą i na pewno słabszą jakościowo niż w poprzednim, mistrzowskim, sezonie. Nie zastąpiono Jakuba Kamińskiego, który latem odszedł do Wolfsburga, a jako lewoskrzydłowy był motorem napędowym całego zespołu. W pewnym sensie zrobił to inny wychowanek Michał Skóraś, który pod wodzą Holendra poczynił bardzo duży progres i załapał się do kadry na mundial, ale mimo to Lech momentami cierpiał z powodu dyspozycji swoich skrzydłowych, gdyż władze nie wzmocniły odpowiednio zespołu. Następcą odchodzącego "Kamyka" miał być Kristoffer Velde, w którym pokładano duże nadzieje. Norweg do klubu przyszedł już w styczniu, ale nie okazał się wystarczająco dobrym piłkarzem. W dodatku notuje spore wahania formy.

/Mecz pilki noznej Polska - Holandia w WarszawieAfera wokół meczu Polska - Chile. Bilety nawet dwa razy droższe

Jak się jednak okazało największą trudnością dla van den Broma był czas. Sporo mu zajęło dobre poznanie zespołu, popełniał spore błędy personalne, jak stawiania na Artura Rudkę. Między innymi błędy ukraińskiego bramkarza kosztowały poznaniaków porażki na początku sezonu czy odpadnięcie z Pucharu Polski. Ale jednocześnie ten miecz miał drugi koniec w postaci umiejętnego rotowania dostępnymi graczami. Dzięki temu nie zostali oni „zajechani" fizycznie, jak miało to miejsce w przypadku przygody Dariusza Żurawia z „Kolejorzem" w Europie, mimo iż poznaniacy przez cztery miesiące zagrali 32 spotkania. To było to doświadczenie oraz wiedza, które miał zagwarantować szkoleniowiec z innej półki i sprostał oczekiwaniom. - Oczywiście mogliśmy grać jeszcze lepiej, bo po drodze straciliśmy trochę niepotrzebnych punktów. Ale moim zdaniem z tego okresu możemy jednak wyciągnąć więcej pozytywnych rzeczy na kolejną rundę i sporo z tego czasu czerpać w przyszłości - powiedział Nika Kvekveskiri.

W futbolu najważniejszy jest kontekst. Z perspektywy wszystkich wydarzeń z ostatniego półrocza, rundę jesienną w wykonaniu Lecha i pracę van den Broma można ocenić dobrze. A może nawet bardzo dobrze, biorąc pod uwagę sytuacje z początku sezonu, gdy na mistrzów Polski spadły wszystkie „plagi egipskie", z odejściem zasłużonego trenera włącznie.

„Kolejorz" wyszedł z grupy Ligi Konferencji i na wiosnę ciągle będzie w grze - nie tylko w Europie, ale także o najwyższe miejsca w ekstraklasie. Zajęcie pozycji w czołowej trójce i awans do eliminacji europejskich pucharów jest obowiązkiem, a to pozwoli na pewną stabilność wynikową oraz dalszy rozwój klubu. W Polsce, ale także na arenie międzynarodowej. Mistrzostwo Polski uciekło raczej na dobre, gdyż przewaga Rakowa wynosi aż 13 punktów, ale jest to jedyna rysa na wizerunku Lecha w rundzie jesiennej.

Więcej o: