Skorża odchodzi z Lecha, bo są sprawy ważniejsze od piłki nożnej. Kompromis niemożliwy

Dawid Szymczak
Maciej Skorża odchodzi z Lecha Poznań po największym sukcesie w karierze, ale w przeddzień szansy na spełnienie największego marzenia - gry w europejskich pucharach. To najlepiej pozwala wyobrazić sobie, jak poważne muszą być problemy, z którymi się zmaga i powstrzymać się od oceniania jego decyzji. Bo są sprawy ważniejsze niż piłka nożna.

Już kilkanaście dni temu sprawa wisiała w powietrzu. Skorża po zdobyciu mistrzostwa powiedział władzom Lecha Poznań, że coraz trudniej przychodzi mu godzenie życia prywatnego z zawodowym. Dostał wolne, miał przemyśleć, nad wszystkim się zastanowić. Oglądał jeszcze piłkarzy, których klub może ściągnąć na nowy sezon, ale myśli pochłaniały rodzinne problemy. W zeszłym tygodniu, podczas krótkiej rozmowy, sugerował, że przed nim bardzo ważne i trudne decyzje. Ale po chwili uciekł w piłkarskie tematy. I znów - jak przez cały sezon - nie dał po sobie poznać, że trapi go coś jeszcze, że piłka piłką, mistrzostwo mistrzostwem, ale prawdziwe wyzwania czekają w domu. W poniedziałek był już pewny i przekazał swoim szefom, którzy wciąż pracowali nad kompromisem, że żaden się nie sprawdzi, więc chce rozwiązać umowę. Wieczorem klub wydał w tej sprawie komunikat.

Zobacz wideo

- Niestety z przyczyn osobistych, życiowych nie mogę kontynuować swojej pracy w Kolejorzu. Nie była to łatwa decyzja, ale innej po prostu nie mogłem podjąć. Niestety, muszę w tym momencie zrezygnować z projektu Lech i z piłki nożnej w ogóle - tłumaczy w nim Skorża.

Reprezentanci Polski podczas analizy meczu Belgia - HolandiaMichniewicz show. Urządził kino plenerowe. I pokazał skład na Belgów

Przeprowadził Lecha Poznań przez niejeden sztorm. Maciej Skorża odchodzi z odbudowaną reputacją

Odchodzi, bo musi. W okolicznościach, których nikt nie mógł przewidzieć i w których sam nie chciałby się żegnać. Odchodzi jednak po największym sukcesie w karierze i po najbardziej wymagającym sezonie w życiu. Z medalem za mistrzostwo Polski na szyi i statuetką dla najlepszego trenera sezonu w ręce. Z poczuciem dobrze wykonanej pracy i odbudowaną reputacją, bo choć przed objęciem Lecha miał trzy mistrzowskie tytuły, to był niewiadomą. Nie było go w ekstraklasie ponad trzy lata, a ostatnie podrygi miał fatalne - nie wyszło mu konsumowanie mistrzostwa w Poznaniu i misja w Pogoni Szczecin. W kuluarach wracały wspomnienia, że nerwowy, nazbyt czepialski, zbyt surowy. Dwa lata temu w długiej rozmowie ze Sport.pl wyjaśniał jednak, jak zmieniła go praca z młodzieżówką Zjednoczonych Emiratów Arabskich i jak przydał mu się czas na przeanalizowanie wszystkich błędów. A że w analizie zawsze był mocny, to wyciągnął właściwe wnioski.

Ten sezon go przeczołgał. Najpierw musiał podnieść mentalnie piłkarzy zdruzgotanych jedenastym miejscem w poprzednim sezonie, później zmienić taktykę i przez cały sezon zarządzać najszerszą, ale i najbardziej gwiazdorską szatnią w historii Lecha. Zmarginalizował rolę Pedro Tiby, który w ostatnich latach kapitanował zespołowi. W kluczowych meczach sadzał na ławce rezerwowych reprezentanta Polski Tomasza Kędziorę, który jeszcze świeżo w pamięci miał mecze z Barceloną w Lidze Mistrzów. Nie zawsze znajdował miejsce dla reprezentanta Słowacji - Lubomira Satki, który był przyzwyczajony, że od niego zaczyna się ustalanie składu. A jednak żadna bomba przy Bułgarskiej nie wybuchła.

Skorża potrafił zarządzać emocjami piłkarzy, ale też panować nad swoimi. Słyszeliśmy, że po niektórych meczach Lecha "stary Skorża" by nie wytrzymał i nakrzyczał na wszystkich dookoła, a teraz zachowywał spokój. Pozbierał zespół po przegranym finale Pucharu Polski, zerwał z klubu łatkę przegrywa, rozgonił ciemne chmury znad Poznania. Wniósł charyzmę, zwycięską mentalność i codzienną rzetelność. Wymagał jej od siebie, ale też od innych. Bywał trudny, nie zmienił się przecież aż tak diametralnie, ale daleko mu było do bycia toksycznym. Nieaktualna jest już opinia, że to idealny trener na spokojne wody, gdy najłatwiej o uśmiech, dobre maniery i błyskotliwe żarty. Skorża przeprowadził Lecha przez niejeden sztorm. Dziś narracja jest inna: że to trener skrojony dla Lecha, bo mający dwa mistrzostwa z ośmiu w historii klubu po dwóch i pół roku pracy. Gdy będzie gotowy wrócić, nie odkopie się z ofert. Lech też ustawi się w kolejce.

Czesław Michniewicz i Grzegorz KrychowiakRodzinna tragedia Grzegorza Krychowiaka. Michniewicz: Jest już z nami

Maciej Skorża rezygnuje z walki o spełnienie piłkarskich marzeń. Arsene Wenger mówił mu: "Musisz mieć balans" 

Siedem lat temu też odchodził niespodziewanie, bo po wielkim sukcesie wylądował w głębokim dole. Płakało jednak za nim niewielu, bo zostawiał zespół w zgliszczach: w strefie spadkowej, przybity i w nieodwracalnym kryzysie. Sam Skorża po czasie doszukał się winy w sobie: że przelał na piłkarzy własne ambicje i po mistrzostwie jeszcze dokręcił im śrubę, by zakwalifikowali się do fazy grupowej europejskich pucharów, choć oni pragnęli odpocząć. On chciał więcej. Kto się ociągał, dostawał burę.

Dlatego tak fascynujące byłoby spoglądanie, jakie wnioski wyciągnął z tej lekcji. Europejskie puchary były tuż za rogiem. Za tydzień Skorża miał poznać rywala, wznowić treningi, przywitać nowych piłkarzy, pojechać do Opalenicy na obóz, by za miesiąc zagrać w pierwszej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów i znów spróbować spełnić największe marzenie. To Skorża dawał kibicom nadzieję, że się uda. To w nim szukali optymizmu. To z nim czuli się bezpiecznie. To on kojarzy im się z wygrywaniem. To on cieszył się wiarygodnością, jakiej nie ma w tym klubie nikt inny. To jemu po tym sezonie kibice byli najbardziej wdzięczni i tak po prostu go lubili. Stąd to współczucie, zrozumienie, ale też obawa, co dalej z zespołem. Kto to dokończy, kto nie zepsuje tego, co już zbudowane. Prezes Piotr Rutkowski zdradził w jednym z wywiadów, że już kilka miesięcy temu kazał Tomaszowi Rząsie, dyrektorowi sportowemu, rozglądać się za następnym trenerem. Ale był to raczej żart przekornie wypowiedziany, gdy Lech zajmował pierwsze miejsce. 

Skorża marzenie o grze w Europie musi jeszcze odłożyć, mimo że puchary od lat kręcą go najbardziej. Jeszcze do niedawna błyszczały mu oczy na samo wspomnienie spotkania Wisła Kraków - FC Barcelona, gdy zaprosił Pepa Guardiolę na herbatę, a ten podpytywał o Pawła Brożka. Albo nawet na myśl o towarzyskim meczu Legia Warszawa - Arsenal, gdy na nowo otwartym stadionie przy Łazienkowskiej uciął sobie pogawędkę z Arsenem Wengerem. Francuz powiedział mu wtedy: "Najważniejsze, żebyś zachował balans. Pracujesz w dużym klubie, więc zewsząd będziesz słyszał, że musisz wygrać. Wszyscy ci to będą mówić. A przecież ty wiesz, że masz wygrać. Nie musisz tego codziennie słuchać. To niepotrzebne, męczące. Musisz mieć balans".

Skorża pamięta lekcje dobrych nauczycieli. 

Więcej o: