Największe zaskoczenie ekstraklasy. Przemiana gwiazdy Lecha Poznań

Żaden piłkarz ekstraklasy tak bardzo nie przerósł oczekiwań, jak Joao Amaral. Dla mistrzowskiego Lecha był kluczowy: strzelił 14 goli, przy ośmiu asystował. Kolejne trzy bramki zdobył w Pucharze Polski. A były przecież obawy, czy w ogóle zechce się zaangażować i nie będzie szukał kolejnej ucieczki z Poznania. To opowieść o tym, jak ważne w futbolu są detale.

Klub ten sam, piłkarz ten sam, a jednak wszystko w drugiej przygodzie Joao Amarala w Lechu Poznań jest inne. Nastawienie, sukcesy, wpływ na zespół, współpraca z trenerem. Portugalczyk nie był najlepszym zawodnikiem tego sezonu w ekstraklasie. On sam przyznaje, że to wyróżnienie należy się Iviemu Lopezowi. Być może nie był nawet najlepszym piłkarzem Lecha, bo trudno porównać wkład Bartosza Salamona, Jespera Karlstroema, Mikaela Ishaka czy właśnie Amarala. Ale niezwykłe jest to, że jednym z liderów mistrzowskiego zespołu został zawodnik, co do którego latem nie było nawet pewności, że będzie częścią drużyny. Amaral, wychodząc z trzeciego szeregu, pociągnął zespół do tytułu, strzelił honorowego gola w finale Pucharu Polski i przez cały sezon grał tak dobrze, że kibice jeszcze długo będą gdybać, jak skończyłby się finał z Rakowem Częstochowa, gdyby nie zaczął meczu na ławce rezerwowych. Ale w jego życiu tak już jest, że na wszystko, co najlepsze, trzeba poczekać.

Zobacz wideo Lech Poznań może stracić kluczowych piłkarzy przed LM. "Po takim sezonie stali się atrakcyjni"

W Lechu Poznań analizowali, dlaczego Joao Amaralowi za pierwszym razem nie wyszło. Nie chodziło o piłkę

W najtragiczniejszym scenariuszu jego historia mogła potoczyć się podobnie jak ta Karlo Muhara, o którym w Poznaniu już mało kto pamięta, bo kojarzy się z fatalnym okresem Lecha. On też latem wracał z wypożyczenia, też miał złą opinię u kibiców, ale mimo to Maciej Skorża jemu też chciał się przyjrzeć. Wiadomo było, że Amaral ma znacznie wyższe umiejętności niż Chorwat i nie był jednoznacznie skreślany, jednak część kibiców i pracowników klubu wciąż widziała w nim kłamczucha, który wymyślił ckliwą historię o rodzinnych kłopotach i argumentował wyjazd do Portugalii chęcią bycia przy ciężarnej żonie, ale już będąc na miejscu, powiedział rodzimym mediom, że nie mógł dogadać się z Dariuszem Żurawiem - "trenerem z rezerw", co podkreślił w wywiadzie. Niby odszedł w pokoju, a jednak niesmak pozostał. Łatki po pierwszym pobycie w Lechu jeszcze nie odpadły: niezbyt pracowity, niezbyt zaangażowany i za delikatny na fizyczną ekstraklasę. Skorża znał je wszystkie. I sam miał wątpliwości, czy Amaral będzie odpowiednio zaangażowany.

Protest kibiców Legii WarszawaStadion Legii najpierw opustoszał, później zapłonął. Kibice mają dość

Amaral zmył się z Poznania po półtora roku przeciętnej gry. Miał kilka przebłysków, całkiem niezłe statystyki (11 goli i 7 asyst w trzy rundy), ale spodziewano się po nim większej regularności. W 2018 r. przychodził do Lecha w bardzo trudnym momencie. Atmosfera była Zespół dopiero co potknął się na ostatniej prostej sezonu i przegrał mistrzostwo, prezes Piotr Rutkowski obiecywał na słynnej konferencji prasowej, że nigdy się nie podda, Ivan Djurdjević zastąpił Nenada Bjelicę i miał dodać zespołowi charakteru. Przekonanie przy Bułgarskiej było wówczas takie, że wystarczy zmienić trenera na wychowanka, który rozumie klub i wzmocnić jego drużynę dwoma-trzema porządnymi zawodnikami, by lada moment świętować sukces. Amaral wraz z Pedro Tibą mieli być właśnie tymi brakującymi elementami. W natychmiastowej aklimatyzacji miał im pomóc mówiący po portugalsku Djurdjević i fakt, że pod rękę z rodakiem wejście do zespołu zapowiadało się na znacznie łatwiejsze. Nie wszystko jednak pomagało. Klub - oskarżany zewsząd o brak ambicji - zawyżał kwotę transferu Amarala z około 400 tys. do ponad miliona euro i sam lansował go na gwiazdę.

Mimo delikatnego zawodu, nie można jednoznacznie stwierdzić, że pierwsze podejście Amarala do Lecha było nieudane. Niezły był początek z golem i dwoma asystami w pucharowym meczu z Szachciorem Soligorsk i wejście do ligi, wbrew obawom kolegów z zespołu, którzy widzieli na treningach, jak świetna technika Amarala ginie przy ostrych obrońcach. Po kilku meczach, w których strzelał i asystował, Portugalczyk stwierdził nawet, że w Polsce ma zaskakująco dużo czasu na podjęcie decyzji, bo nikt go nie atakuje. I tyle co zdążył to powiedzieć, zaczęły się kłopoty. Coraz częściej znikał. Grywał na różnych pozycjach: jako drugi napastnik, ofensywny pomocnik i skrzydłowy, ale niezależnie od tego, zdarzały się mecze, w których kompletnie nie było go widać. Odszedł Djurdjević, wpadł Adam Nawałka, a krótko po nim Dariusz Żuraw. Im słabiej grał Lech, tym słabiej wypadał Portugalczyk. Żuraw coraz częściej zostawiał go na ławce, dlatego kibice nie płakali, gdy zimą 2020 r. Amaral powiedział, że odchodzi. Trener też nie miał z tym problemu i po wywiadzie Portugalczyka stwierdził tylko, że niezły z niego aktor. Sam Amaral był sfrustrowany wynikami klubu i rolą, którą odgrywał. Prawdą o jego odejściu było zarówno to, że chciał być przy żonie, jak i to, że miał nie po drodze z Żurawiem. W Lechu analizowali, co poszło nie tak. Wyszło, że Amaral pierwszy raz opuścił ojczyznę, w Poznaniu był sam, bo nie zabrał ze sobą rodziny, a kontaktu z Tibą też nie złapał tak genialnego, jak wszyscy zakładali. Dlatego bywał rozkojarzony i czasami sprawiał wrażenie nieobecnego, co miało irytować Żurawia. 

Artur BorucArtur Boruc wymachuje szablą na "Żylecie". Legia szykuje pożegnanie

Joao Amaral spełnia marzenia w Lechu Poznań

Latem powrotowi Amarala towarzyszyło mnóstwo wątpliwości. W Opalenicy Skorża odbył z nim długą rozmowę o piłce i wszystkim innym. Chciał wiedzieć, z jakim nastawieniem pomocnik wrócił do Poznania. Ale pierwszy sygnał, że traktuje Lecha poważnie przyszedł już wcześniej: przeprowadzał się z żoną i dzieckiem. Pierwsze wrażenie na Skorży też zrobił dobre, a później tylko potwierdził je na boisku. Wbrew pozorom trenerzy nie cmokali z zachwytu nad tym, co robił z piłką, ale nad jego zachowaniem, gdy zespół ją tracił. Amaral pierwszy ruszał do pressingu. I to tak, że korkami rwał trawę. Biegał jak szalony, byle pokazać, że mu zależy. Był wygranym okresu przygotowawczego i wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie na solidnie obsadzonej pozycji ofensywnego pomocnika. 

Kluczowe było to, że Skorża podszedł do niego bez uprzedzeń i dał uczciwą szansę. A później wymyślił jeszcze idealną pozycję dla niego - tuż przy silnym Mikaelu Isaku, blisko bramki, w centrum boiska, wokół zawodników lubiących grać kombinacyjnie. Amaral dostał swobodę, wielokrotnie podczas meczów wchodził w rolę skrzydłowych i napastnika. Zamieniał się z nimi pozycjami i wykorzystywał swoje największe atuty: ruchliwość, techniczną wprawę, wyczucie, gdzie spadnie piłka i wszechstronność, która pozwala mu rozgrywać piłkę, wchodzić w drybling i wykańczać akcje. Wszystkie 14 goli strzelił z gry. Nie pomagał sobie rzutami karnymi. Dziś trudno pojąć, jak Żuraw mógł sadzać tego piłkarza na ławce. Tyle że to podejście niezbyt sprawiedliwie, bo Amaral nie tyle jest innym piłkarzem, co innym człowiekiem. Spokojniejszym, bardziej wyluzowanym i skoncentrowanym na grze. Ma u boku najbliższą rodzinę, zaprzyjaźnił się z Joelem Pereirą i Pedro Rebocho. Na boisku otaczają go znacznie lepsi piłkarze, a Lech częściej wygrywa. 

Ta przemiana dziwi trochę mniej, gdy spojrzy się na całą karierę Amarala. Opóźnioną i nie podręcznikową. Dorastał kilkadziesiąt kilometrów od Porto, gdzie Jose Mourinho zwycięstwem w Lidze Mistrzów rozbudzał wyobraźnie nastoletnich chłopców. Ale Amaral marzenia o wielkiej karierze przeplatał z małymi marzeniami o pełnym talerzu. Rodzina była biedna, utrzymywana przez mamę. Joao miał trzynaście lat, gdy zatrudnił się w fabryce produkującej etykiety na wina. Kończył pracę o godz. 19 i pędził na trening. Pracował całe nastoletnie życie. Nie zawsze miał czas na szkołę. Gdy grał w III lidze, wciąż pracował jako barman i kelner. Dopiero mając 25 lat podpisał pierwszy profesjonalny kontrakt i mógł skupić się tylko na graniu w piłkę. Rok później pierwszy raz w życiu wybrał się na wakacje. Następnego lata pierwszy raz wyjeżdżał grać za granicę. Ale dopiero w tym sezonie spełnia marzenia - gra w wielkich meczach, przy pełnych stadionach i czuje się prawdziwym piłkarzem. Wreszcie jest też mistrzem Polski. Gdy sędzia zakończył ostatni mecz w tym sezonie, pierwszy wbiegł na murawę, by cieszyć się z kolegami. Trofeum odbierał - pamiętając o korzeniach i całej drodze - owinięty portugalską flagą.

Jakub Błaszczykowski przed meczem Wisła Kraków - Warta PoznańJakub Błaszczykowski wyszedł do kibiców Wisły i oświadczył: Zaje*****

Więcej o: