Nowy trener Pogoni Szczecin traktuje piłkarzy jak 9-letnią córkę. "Czasem mylę czapeczki"

Dawid Szymczak
- Nie możesz być dobrym liderem, jeśli jesteś złym ojcem. Traktuję piłkarzy identycznie, jak córkę - mówi Jens Gustafsson, nowy trener Pogoni Szczecin, który z wykształcenia jest behawiorystą. "To urodzony lider, trenerski kameleon" - słyszymy. Jedno niepokoi: kulturowe różnice między Szwecją a Polską mogą szybko zmęczyć obie strony.

Zapatrzonych w siebie zawodników, którzy wracali po kontuzjach i marudzili, że grają za mało, zapraszał na stok w Yxbacken. Tam sobie rozmawiali, pili herbatę, grzane wino i jeździli na nartach. Gustafsson, który często wpadał na stok, przyspieszał pod górę i gdy był 20 metrów przed goniącymi go z językami po pas piłkarzami, odwracał się i tłumaczył, że w drużynie jest identycznie. Byli kontuzjowani, nie wrócili jeszcze do pełni sił, więc muszą uszanować, że mają przed sobą kogoś lepiej przygotowanego, kto szybciej dotrze na szczyt. 

Zobacz wideo Wisła nad przepaścią. Brzęczek: Jakbym nie był optymistą, to musiałbym zrezygnować z pracy

- Pracuję z młodym pokoleniem. Moi piłkarze dorastali w społeczeństwie, w którym wszystko działo się szybko. Chcą więc, by droga do sukcesu też była szybka. Dojrzewali w przekonaniu, że mogą osiągnąć, co tylko chcą. Nie są przyzwyczajeni, że coś może zajmować więcej czasu i kosztować sporo pracy. Widzą szczyt i za chwilę chcą go zdobyć. Są na dole, a już chcą być na górze. To dobre, ale muszą wiedzieć, jak wymagająca jest droga - tłumaczył Gustafsson w "Hallandsposten". - Obrazowo najłatwiej im to wytłumaczyć. Zawodnik, który dopiero wrócił do zdrowia i trenuje od dwóch tygodni, nie może od razu zastąpić kolegi, który jest w lepszej formie od niego. Każdy piłkarz musi wiedzieć, że najważniejsze jest dobro drużyny. On musi dostosować się do niej, a nie na odwrót - dodał. 

Bob Marley z kolegami z zespołu Wailers w londyński parku w drodze na meczBob Marley doznał kontuzji i odmówił amputacji. A potem błąd lekarza i zgon

Behawiorysta

Nowy trener Pogoni w piłkarzach widzi ludzi. I to z ludzi przede wszystkim chce rozwijać, bo wierzy, że wtedy będą też lepszymi piłkarzami. W przypadku trenerów trudno zdefiniować, czym jest talent. A jednak o Gustafssonie od dawna mówili, że utalentowany. Tak bardzo, że w przyszłości zostanie selekcjonerem Szwecji. O to zarządzanie ludźmi i interpersonalne umiejętności chodziło najbardziej. Ma studia z nauk behawioralnych, obejmujących psychologię, socjologię i pedagogikę. Zanim zaczął trenować, był ekspertem ds. kadr w Försäkringskassan, czyli w państwowym ubezpieczycielu, a później pracował w największej w Szwecji agencji rekrutacyjnej. Słowem: był ekspertem od ludzi, zanim zaczął być specjalistą od piłki.

"To facet, z którym chcesz pójść na piwo. Urodzony lider" - mówi o nim Piotr Piotrowicz, polski trener mieszkający w Szwecji. Sam Gustafsson zadbał o to, by jego znakiem rozpoznawczym w świecie piłki było właśnie wyjątkowe podejście do piłkarzy. W wywiadach lubił opowiadać, że zawodnicy muszą rozwijać się przede wszystkim jako ludzie, bo jeśli będą lepszymi ludźmi, staną się też lepszymi piłkarzami. Liderem był od małego. Jak w szkole wybierali samorząd, to stawał na jego czele, a później organizował debaty, jak powinna nazywać się nowa stołówka. Nie chciał autorytarnie podejmować tak ważnych decyzji. Gdy sam grał w piłkę w drugiej lidze, był kapitanem, wciąż poprawiającym ustawienie kolegów. Ze środka obrony podpowiadał im, jak rozegrać akcję i w jaki sposób zabezpieczyć się przed kontratakiem rywali. Taki trener w krótkich spodenkach. 

Dorastał w szatni, bo jego ojciec Tommy, w Szwecji lepiej znany pod pseudonimem "Gyxa", najpierw był piłkarzem, a później trenerem. Zabierał syna do pracy, bo ten nigdzie nie bawił się lepiej niż na boisku. A gdy wracali do domu, czekała na nich mama, Anna-Lena, kierowniczka ds. zasobów ludzkich. To ona powtarzała Jensowi, że trzeba wierzyć w ludzi, a on do dziś się tego trzyma i przyjmuje, że piłkarze mają zawsze dobre intencje, więc musi tylko odpowiednio nimi kierować. To zupełnie jak córką, dziewięcioletnią Doris. Może im coś nie wyjść, ale przecież się starają, więc ich komplementuje. A czasem - jak przed córką - przyznaje się do błędu. W domu może nie trafić z wyborem odpowiedniej czapeczki na spacer, a w pracy wymyślić złą taktykę na mecz. Ale on też - intencje ma dobre. Gustafsson uważa, że nie możesz być dobrym liderem, jeśli jesteś złym ojcem. - Rodzicielstwo silnie wiąże się z przywództwem - przekonuje. Jako swoją największą zaletę podaje "humanistyczne podejście". Szwed stara się nie denerwować. - Gniew jest przejawem własnego stresu. Krzyk może dać ci krótkoterminowy wynik. Ale jest cienka granica między uzyskaniem dobrego efektu w krótkim czasie a utratą zaufania w dłuższej perspektywie - uważa. 

Warta może pozbawić Lecha mistrzostwa i spuścić Wisłę. Warta może pozbawić Lecha mistrzostwa i spuścić Wisłę. "Zrobimy wszystko, aby zwyciężyć"

Działacze byli zadowoleni z Jensa Gustafssona. Zgadzały się wyniki i sporo zarabiali na wychowankach 

Już mając 20 lat wiedział, że zostanie trenerem. Za bardzo kochał piłkę, by robić coś innego, a jednocześnie był za słaby, żeby grać na najwyższym poziomie. Ale karierę w drugoligowych klubach ciągnął jeszcze przez ponad 10 lat. - Ale już wtedy myślałem, jak trener. Miałem szczęście, bo trafiałem na naprawdę dobrych fachowców, od których mogłem się uczyć - mówi. Zaczął od trenowania siedemnastolatków w Halmstads BK i szło mu tak dobrze, że działacze już po półtora roku - w 2011 r. dali mu do prowadzenia pierwszy zespół, który walczył wtedy o utrzymanie w najwyższej lidze. Gustafsson nie dokonał cudu, ale wszyscy - od piłkarzy, przez dyrektorów, po kibiców - dobrze o nim mówili, więc został w klubie i już w następnym sezonie wrócił do elity. Potem znów balansował między pierwszą a drugą ligą, ale ostatecznie utrzymał się po barażach. W kolejnym roku ustabilizował zespół w środku tabeli Allsvenskan, a dobre wyniki i bardzo odważna gra jego zespołu (Halmstads strzelał bardzo dużo goli, ale też dużo tracił) spodobała się szwedzkiej federacji. Gustafsson po ponad 3 latach pożegnał się z Halmstads. 

Z młodzieżową reprezentacją pracował jednak tylko kilka miesięcy, bo prawdopodobnie liczył, że w skomplikowanej strukturze juniorskich kadr szybko przedrze się do tej najważniejszej - U-21. Na jego nieszczęście, Hakan Ericson wywalczył z nią mistrzostwo Europy, więc z medalem na szyi swobodnie rozsiadł się w swoim gabinecie. Gustafsson czuł, że stać go na lepszą pracę. Zaraz po odejściu z federacji, zgodził się być asystentem Andreasa Alma w AIK Sztokholm, a gdy jego szef został pogoniony przez klubowe władze, odszedł zaraz po nim. 

I tak zaczęła się najbardziej udana przygoda w jego trenerskiej karierze. 1 czerwca 2016 r. przejął IFK Norrköping, dopiero co koronowanego mistrza Szwecji, który został bez trenera, bo Janne Anderssona wezwała reprezentacja. Prowadzi ją zresztą do dzisiaj. Gustafsson nie chciał wiele po nim zmieniać. Mówił w wywiadach, że chce kontynuować jego dobrą pracę. Tyle że po sensacyjnym mistrzostwie najważniejsi piłkarze zostali rozkupieni przez zamożniejsze kluby. Norrköping przeszło podobną drogę, jak angielskie Leicester, które też najpierw ledwo się utrzymało, a już sezon później wygrało Premier League. Jasnym było, że obronienie mistrzostwa przez Norrköping, mimo obiecującego początku, jest właściwie niemożliwe. Gustafsson skończył na dobrym 3. miejscu. W kolejnym sezonie spadł na 6. pozycję, a jeszcze w kolejnym wywalczył wicemistrzostwo, z zaledwie dwoma punktami straty do AIK. Później był jeszcze przegrany finał Pucharu Szwecji i kolejne przyzwoite miejsca w tabeli.

Działacze byli zadowoleni, bo nie dość, że zgadzały się wyniki, to jeszcze sporo (prawie 30 mln euro) zarobili na zdolnych wychowankach: Jordan Larsson odszedł do Spartaka Moskwa, Arnór Sigurdsson do CSKA, Pontus Almqvist di Rostowa, a Niclas Eliasson do Nimes. Brawa dla Gustafssona powinny być tym głośniejsze, że  w klubie był jednocześnie trenerem i dyrektorem sportowym odpowiedzialnym za transfery. Szwedzkie media doceniały, że chociaż niemal co okienko z Norrköping odchodzili kluczowi piłkarze, to Gustafsson wprowadzał kolejnych, przerabiał taktykę i dalej utrzymywał zespół w czołówce. I o ile poza boiskiem jego metody uchodziły w Szwecji za wyszukane, to w grze stawiał na prostotę. 

- Dopasowuje pomysł do zespołu, a nie piłkarzy do pomysłu. Jak ma wysokiego napastnika, to gra tak, żeby wykorzystać jego atuty. Jak ma obok niskiego, ale zwinnego i szybkiego, to zaczyna grać więcej po ziemi. Preferuje te prostsze formacje, jak 4-4-2 czy 4-2-3-1, by piłkarze jak najlepiej się w nich odnajdywali i wiedzieli, co mają robić - charakteryzuje Piotrowicz. 

Małą klubową tradycją stało się jednak przeplatanie dobrych wyników w lidze i słabych w eliminacjach europejskich pucharów. Norrköping odpadał kolejno w 2. rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów z Rosenborgiem, w 2. rundzie kwalifikacji Ligi Europy z litewskim FK Trakai i w 3. rundzie kwalifikacji Ligi Europy z Hapoelem Beer Szewa. Po czterech i pół roku z Gustafssonem władzom klubu zaczęło brakować trofeum. One nie chciały dłużej czekać, a on wciąż mówił o rozwoju i długofalowym procesie. Rozstali się w zgodzie. Ale blogerzy kibicujący Norrköping wytknęli: "Jens Gustafsson bardzo dużo opowiada o rozwijaniu zespołu i zawodników. Nie lubi natomiast rozmawiać o zdobywaniu trofeów".

Wojciech Kamiński"Brakowało pieniędzy na zwykłe USG". Koszykarska Legia z dna weszła na sam szczyt

Nenad Bjelica nie podał mu ręki. "Nie szanuje kultury"

To dość wymowne słowa. Wygląda na to, że Pogoń Szczecin, która po pięciu latach pożegna się z Kostą Runjaiciem, znalazła kolejnego ciekawego trenera. Jeśli Gustafsson dostaje czas, osiąga dobre wyniki, a gdy przejmuje poukładany zespół z rąk dobrego trenera, niczego nie komplikuje i nie niszczy jego pracy. Daje też szanse młodym piłkarzom i umie się z nimi obchodzić. Po jego przyjściu atmosfera w zespole też powinna być dobra, choć piłkarze początkowo mogą być zaskoczeni metodami Szweda. Dariusz Adamczuk, dyrektor Pogoni, podkreślał  z kolei na klubowej stronie, że postawił na Gustafssona, bo jest przekonany do stylu gry, który preferuje. Determinację klubu potwierdza też załatwienie tego transferu: wykupienie go ze szwedzkiej federacji. Wydaje się, że Gustafsson - maratończyk, nie sprinter, całkiem nieźle pasuje do Pogoni, która daje trenerom czas. 

Ale są też wątpliwości. Pogoń - trzecia w poprzednim sezonie i prawdopodobnie trzecia również w tym - myśli już o następnym kroku, który miałaby zrobić z pomocą Szweda. To krok w stronę trofeów. Tymczasem takich trenerów, jak Gustafsson Jose Mourinho zwykł wrzucać do grupy "zero tituli", czyli niezdolnych do zdobywania trofeów. Pozostaje jeszcze bariera językowa, która może osłabić największy atut nowego trenera. Wątpliwe, że Gustafsson będzie potrafił zbudować w Polsce tak pogłębione relacje i tak zadbać o psychologię, jak robił to po szwedzku ze Szwedami. - Widziałem wywiady Gustafssona udzielane po szwedzku i po angielsku. Różnica jest bardzo duża - mówi Piotrowicz. 

- Myślę też o tych ludziach. W szwedzkiej mentalności zakorzeniona jest bardzo skrupulatna organizacja pracy. Aż do bólu. Stosowanie się do schematów i rytmu pracy, który jest bardzo konkretny. To nie jest niemiecki ordnung, ale taki spokój organizacyjny. W Polsce lubimy improwizować i podejmować decyzje pod wpływem impulsu, niekiedy na ostatnią chwilę. W Szwecji, żeby podjąć ważną decyzję, trzeba się cztery razy spotkać, wszystko omówić, wyciągnąć wnioski i na koniec jeszcze raz zapytać wszystkich o zdanie - opowiada Piotrowicz. 

- Wszystko zależy oczywiście od osobowości człowieka, bo raptusy też się w Szwecji zdarzają, ale cały system, w którym Szwedzi się wychowują, ma duży wpływ na ich pracę. Widać to nawet na przykładzie nowinek wprowadzanych w futbolu. W Polsce VAR pojawił się błyskawicznie. W Szwecji od paru lat dyskutują, zastanawiają się i obserwują, czy warto. Nie potrafię sobie wyobrazić, że w Polsce Gustafsson pracowałby w podobny sposób. Po paru miesiącach te wszystkie spotkania i narady mogłyby okazać się męczące - twierdzi polski trener od lat mieszkający w Szwecji. 

Obawy są tym bardziej zasadne, że w Hajduku Split, ostatnim klubie, w którym pracował Gustafsson, odprawili go już po pół roku. Pierwszy zagraniczny klub zrezygnował z niego po 17 meczach, z których 9 wygrał, 3 zremisował i 5 przegrał. Kluczowe było to, że pierwsza porażka przytrafiła mu się w derbach z NK Osjiek, po których Nenad Bjelica, były trener Lecha Poznań, pracujący w Osjieku, nie podał Gustafssonowi ręki, bo "ten Szwed nie szanuje kultury, nie wie, w jak ważnym klubie pracuje i jakie są wobec niego oczekiwania". Nie wiadomo, co konkretnie Bjelica miał na myśli, ale prawdopodobnie pokłócił się z Gustafssonem podczas meczu o boiskowe sprawy. Kto pamięta Bjelicę z Poznania, ten wie, że zdarzało mu się pewne problemy wyolbrzymiać. 

Druga porażka była równie dotkliwa. I znów - jak w Norrköping - chodziło europejskie puchary. W 2. rundzie Ligi Konferencji Hajduk przegrał aż 1:4 z kazachskim Tobył Kostanaj i mimo jednobramkowej przewagi z meczu u siebie, odpadł z rozgrywek. Później nieco odkuł się w lidze, wygrywając cztery mecze z rzędu, ale gdy w październiku Hajduk znów zaczął się potykać, Szwed został zwolniony. Chorwaccy dziennikarze pisali wprawdzie, że latem klub dość znacząco się zmienił, ale to w ogóle nie usprawiedliwiało wpadki z Kazachami. Narzekali też, że Gustafsson był chwilami zbyt chłodny i racjonalny w działaniu. Chorwaci widzieli w tym brak pasji. Ich temperamenty były zupełnie inne. Kibice naciskali na jego zwolnienie. - Bilet do Sztokholmu kosztuje 1225 kun. Dam 1500! Masz na kanapkę i leć! - pisał jeden z kibiców na klubowym forum.

Gustafsson do sprawy podchodzi inaczej, choć sugeruje, że nie wszystkie metody działające w Szwecji, wypaliły w Chorwacji. - Fantastycznie było stanowić część tak dużego klubu, jak Hajduk Split, z tak wieloma pasjonatami i w innej kulturze. Sprawdzenie mojego przywództwa w takim środowisku było bardzo rozwijające. To coś, co będę nosił ze sobą przez całe życie. Już teraz widzę inspiracje, które pomogą mi stać się lepszym trenerem - mówił na odchodne. Podróże kształcą, jeśli wyciąga się wnioski. Sparzenie się w Chorwacji, może pomóc Gustafssonowi w Polsce.

Więcej o: