Symbol spadku Wisły Kraków? Nie tego spodziewali się po Brzęczku

Dawid Szymczak
Nikt nie domyśliłby się, że za reprezentację Polski sprzed dwóch lat i obecną Wisłę Kraków odpowiada ten sam trener. Niebo a ziemia. W kadrze Jerzy Brzęczek miał punkty, ale był nudny i przeostrożny. Wisła za to gra z polotem, ale na koniec płacze, bo przegrywa i zbliża się do spadku.

Akurat w poniedziałek, przeciwko Wiśle Płock, wypadł dziesiąty mecz Wisły Kraków z Jerzym Brzęczkiem na ławce. Był symboliczny: świetne widowisko i rozpacz na koniec, bo w kolejce, w której wszyscy zagrali dla Wisły Kraków, ta na koniec sama zrobiła sobie krzywdę. 

Zobacz wideo Lewandowski zmieni klub? Borek: Bayern milczał, a Pini Zahavi podróżował po Europie

Symboliczny mecz pełen wstydu

A już było tak dobrze: w piątek Zagłębie Lubin przegrało z Górnikiem Zabrze, w sobotę Śląsk Wrocław skompromitował się z Bruk-Betem Nieciecza, Jagiellonia Białystok przegrała w Gliwicach z Piastem, a w niedzielę Stal Mielec nie zdobyła punktów z Lechem Poznań. Wyobrażamy sobie Jerzego Brzęczka siedzącego cały weekend w fotelu i z uśmiechem odhaczającego kolejne porażki wszystkich rywali, z którymi jego Wisła będzie walczyła o pozostanie w ekstraklasie.

I widzieliśmy też Brzęczka przy ławce trenerskiej w poniedziałek, gdy po dwunastu minutach oparł ręce na biodrach i głęboko westchnął, patrząc jak Wisła Płock strzela gola na 2:0. Na przerwę schodził żwawym krokiem, przegrywając 1:3. Dokonał zmian, wstrząsnął zespołem, rozhulał ofensywę i na kwadrans przed końcem remisował 3:3. Miał cenny punkt. Ale miał też na boisku Elvisa Manu, który grał wprawdzie bardzo dobrze i strzelił kontaktowego gola, ale w 96. minucie, gdy sędzia zbierał się do zakończenia meczu, wrócił w swoje pole karne i w kompletnie niewytłumaczalny sposób wystawił rękę nad głowę i odbił piłkę niczym bramkarz. Ten prawdziwy - Paweł Kieszek - był na miejscu, w bramce, raptem pięć metrów za Manu. Po co więc odbijał piłkę? Sędzia podyktował rzut karny, a Wisła Płock strzeliła czwartego gola i wygrała. 

Jeśli Wisła Kraków spadnie, ręka Manu będzie symbolem tego spadku. Wyląduje na czarnych stronach wiślackiego albumu tuż obok samobójczego gola Mariusza Jopa, który 12 lat temu pozbawił Wisłę mistrzostwa Polski. Swoją drogą powinny też tam trafić zdjęcia rozwścieczonych kibiców, którzy rzucali w cieszących się rywali czym tylko się dało, Luisa Fernandeza, który po meczu uderzył przeciwnika i Jakuba Błaszczykowskiego ostentacyjnie oklaskującego pracę arbitra. Bo to nie mniejszy wstyd. 

Dariusz BanasikNajlepszy trener zwolniony po najlepszym sezonie w historii. Królowie nonsensu z Radomia

W kadrze nie podobał się pragmatyczny Brzęczek? W Wiśle Kraków daliby się za taką grę pokroić

Gdyby włączyć losowy mecz reprezentacji Polski, z czasów, gdy prowadził ją Brzęczek, a zaraz potem zaprosić na mecz jego Wisły, nigdy nie domyśliłby się, że za oba zespoły odpowiada ten sam trener. Pamiętamy przecież listę zarzutów do Brzęczka-selekcjonera i argumenty, którymi się bronił. Eksperci i kibice narzekali, że kadra jest nudna, że w ataku nic się nie dzieje, że jest aż nadto ostrożna, a przeciwko silnym drużynom wręcz zlękniona. Brzęczek odpowiadał: reprezentacja punktowała, awansowała na Euro, w eliminacjach traciła niewiele goli, była dobrze zorganizowana, piłkarze wiedzieli, co mają robić i grali odpowiedzialnie. Miał też wszelkie podstawy, by stwierdzić, że jego stabilizacja dałaby na mistrzostwach lepszy wynik niż eksperymenty Paulo Sousy.

Tymczasem Wisła za jego kadencji największe grzechy popełnia właśnie w obronie. Dosłownie z każdego meczu wyciągnęlibyśmy po kilka sytuacji, w których obrońcy popełniali szkolne błędy - źle się ustawiali, nieodpowiedzialnie rozgrywali piłkę albo patrzyli jeden na drugiego zamiast grać. Ale wystarczy obejrzeć ostatnie spotkanie, by zrozumieć, jak poważny jest problem. Już samo to, że zespół, który stoi pod ścianą, po dwunastu minutach kluczowego meczu przegrywa 0:2, dużo mówi o koncentracji.

A co w takim razie o determinacji Fernandeza mówi jego zachowanie przy pierwszej bramkowej akcji? Wraca pod pole karne, ale najwyraźniej tylko po to, by zobaczyć z bliska strzał Piotra Tomasika. Nie doskakuje, nie próbuje blokować. Patrzy na lecącą w stronę bramki piłkę, patrzy na Michała Frydrycha, który rzuca się, by ją odbić, a gdy ta wpada do siatki, odwraca się na pięcie. Dwie minuty później jest jeszcze gorzej: czterech piłkarzy Wisły stoi przy bliższym słupku, a za ich plecami Łukasz Sekulski ma kilometry wolnej przestrzeni i spokojnie strzela gola. Kolejnego - na 3:1 strzela w bardzo podobnych okolicznościach. 

Gdy Brzęczek został trenerem Wisły na pierwszej konferencji dostał kilka pytań o styl gry. Były podszyte obawą, że Wisła, która z Adrianem Gulą szukała ofensywnego spełniania i miała grać efektownie, teraz przestawi wajchę i będzie do bólu pragmatyczna. Zapowiadał to zresztą ówczesny dyrektor sportowy Tomasz Pasieczny, mówiąc, że liczą się przede wszystkim punkty. Sam Brzęczek tłumaczył natomiast, że przypięcie mu łatki "trenera defensywnego" jest niesprawiedliwe, bo kiedy mógł - czy w reprezentacji, czy wcześniej w Wiśle Płock - atakował. Niewielu spodziewało się, że kibice Wisły za pragmatyzmem Brzęczka zatęsknią. W meczach Wisły nie brakuje emocji, dobrze się je ogląda, bo zespół Brzęczka, wzmocniony Manu i Citaiszwilim, gra efektownie. Na koniec jednak kibice płaczą nad punktami, bo brakuje w tym wszystkim solidnej gry z tyłu. 

Patrząc tylko na wyniki i grę drużyn Brzęczka można by pomyśleć, że jako selekcjoner miał zupełnie inne priorytety niż jako trener. Ale patrząc głębiej, widać, że wciąż nie narzucił w Wiśle swoich standardów. Wisła jest niekonsekwentna, chwiejna i nieprzewidywalna. Nie zagrała jeszcze w pełni dobrego meczu. Ma dobre pół godziny, a później beznadziejny kwadrans. Słabą pierwszą połowę i dobrą drugą. Lepiej wygląda w ofensywie, ale wciąż gubi się w grze pressingiem. Walczy i śmielej atakuje, ale później zawala w obronie. To nie przypadek, że pierwszy raz w tym sezonie Wisła Płock, której do niedawna największą bolączką były wyjazdowe mecze, strzeliła cztery gole.

Robert LewandowskiLewandowski był w szoku i nie ogarniał, co się dzieje. "Naczynia miałeś do zmywarki włożyć"

Jerzy Brzęczek punktuje gorzej od Adriana Guli i gorzej od trzynastu zespołów w ekstraklasie 

Powrót każdego selekcjonera do ligowej rzeczywistości jest wyczekiwany i przykuwa uwagę. Zestaw pytań zawsze jest podobny: czy wraca lepszy, czego się nauczył, co nowego wniesie i jak w ogóle się odnajdzie. A przy Brzęczku obejmującym Wisłę sprawa miała jeszcze jeden bardzo ważny kontekst - były selekcjoner rzucał się na pomoc siostrzeńcom - braciom Błaszczykowskim, którzy rządzą Wisłą. Sytuacja była trudna, okoliczności ciekawe, bo były wielki klub miał walczyć o utrzymanie, a były selekcjoner o dobre imię i własną reputację. Po pracy z kadrą dla przeciętnego kibica był nieudacznikiem. Gdy wracał do ekstraklasy, pisaliśmy, że choć nie był dobrym selekcjonerem, to wciąż jest wyróżniającym się w Polsce trenerem. Nie obawialiśmy się, że po zejściu z międzynarodowych salonów zacznie zadzierać nosa, bo nigdy tego nie robił. Przewidywaliśmy, że będzie miał w szatni autorytet i że skorzysta na tym, że nikt nie będzie patrzył na styl gry jego zespołu, bo skoncentruje się na liczeniu punktów. I tylko z tym liczeniem przestrzeliliśmy, bo na razie - po dziewięciu meczach ligowych i jednym Pucharu Polski - nie bardzo jest co dodawać. Wisła tylko raz wygrała, cztery razy przegrała i pięć razy zremisowała. Z 13. miejsca w tabeli spadła na 16., czyli do strefy spadkowej. Były selekcjoner punktuje z Wisłą gorzej od poprzednika - Adriana Guli (0,89 pkt na mecz vs 1,0).

To paradoks, że Brzęczek, który przede wszystkim miał dać punkty, daje niemal wszystko, ale nie punkty. Odkąd jest trenerem Wisły mniej punktów zdobyły tylko cztery - będące w beznadziejnej formie - zespoły: Górnik Łęczna, Śląsk Wrocław, Radomiak Radom i Stal Mielec. Brzęczka można po części usprawiedliwiać trudną sytuacją, jaką zastał w Wiśle, brakiem okresu przygotowawczego, naprędce przebudowaną drużyną (Citaiszwili był 20.(!) zakontraktowanym piłkarzem w tym sezonie), a także szeroko pojętym pechem: kontuzjami kluczowych obrońców, niesłusznie nieuznanym golem z Lechem Poznań, dwiema poprzeczkami i słupkiem w meczu z Piastem Gliwice czy wspominanym już kuriozalnym karnym Manu. Przy odrobinie szczęścia, Wisła mogłaby mieć przynajmniej pięć punktów więcej i znacznie bezpieczniejszą sytuację w tabeli.

"Aby zostać sędziami FIFA, musiałyśmy uprawiać z nim seks". Oskarżony działacz ma się dobrze

Mimo wszystko po byłym selekcjonerze spodziewaliśmy się lepszego powrotu do ekstraklasy. Przed Wisłą trudny terminarz: derby z Cracovią, mecz u siebie z Jagiellonią, wyjazd do Radomia i domowe spotkanie z Wartą Poznań. Jeśli Brzęczek spadnie, może mieć większego kaca niż po rozstaniu z kadrą. Na pocieszenie - Śląsk Wrocław popełnia równie duże błędy w obronie i nie widać tam - ani w Zagłębiu Lubin - takiej ikry jak w Wiśle. W ofensywie ani Stal Mielec, ani Śląsk, ani Zagłębie nie gra od Wisły lepiej. Jest też powiedzenie, że pech i szczęście na końcu się równoważą. I jeszcze jedno - że nadzieja umiera ostatnia. Ale na dziś to Wisła ma z tego grona najmniej punktów.

Więcej o: