Raków najmocniejszy w historii. "To Lech musi czuć niepokój"

Kacper Sosnowski
Są liderami Ekstraklasy, po Puchar Polski mogą sięgnąć drugi raz z rzędu. - Znaleźliśmy się na tym balu trochę przypadkowo, przed sezonem nikt nie oczekiwał od nas walki o mistrzostwo, to byłoby abstrakcją - mówił w programie Sport.p Live trener Rakowa Częstochowa Marek Papszun. Ale jednocześnie przyznał, że przed zaplanowanym na 2 maja finałem Pucharu Polski to Lech Poznań może odczuwać dyskomfort.

Patrząc na liczby i statystyki - tak dobrze nie było nigdy. Nawet rok temu, gdy Raków Częstochowa zaskakiwał wszystkich walcząc o mistrzostwo. Wtedy jednak, jadąc na finał Pucharu Polski, był "zaledwie" trzecią ekipą w tabeli i właśnie tracił szanse wywalczenie tytułu mistrza kraju. W ówczesnym momencie Raków zdobywał średnio 1,85 punktu na mecz i strzelał półtora gola na spotkanie. Puchar Polski zgarnął w emocjonujących okolicznościach, a ligę skończył z wicemistrzostwem. To były wielkie, historyczne osiągnięcia, ale, jak widać, do swojego sufitu klub z Częstochowy wcale nie doszedł.

Zobacz wideo

"To jest najmocniejszy Raków, jaki miałem"

Po roku sytuacja Rakowa jest bowiem dużo lepsza. Częstochowianie mają wszystko w swych rękach. Są liderem ligi, zdobywają średnio 2,1 punktu na mecz, a do tego wbijają rywalom 1,8 gola na spotkanie. A sami tracą ich mniej niż przed rokiem.

- W tej swojej historii Raków nie grał wielu sezonów w Ekstraklasie, więc może tak być, że ta obecna drużyna jest najlepsza w dziejach. Jeśli chodzi o moją kadencję, to na pewno mogę przyznać, że to jest najmocniejszy Raków, jaki miałem - mówił Marek Papszun w poniedziałkowym programie Sport.pl Live.

Trener Rakowa dodał jednocześnie, że ten sukces i duża szansa na mistrzostwo, to wynik trochę nieoczekiwany. Raków wciąż jest drużyną, która pod pewnymi względami nie może się równać z największymi markami piłkarskimi w Polsce, choćby dlatego, że nie ma takiej infrastruktury czy akademii piłkarskiej.

- Znaleźliśmy się na tym balu trochę przypadkowo, choć z drugiej strony na to zapracowaliśmy. Przed sezonem nie zakładaliśmy i nikt nie oczekiwał od nas walki o mistrzostwo. Zresztą dla mnie to byłaby abstrakcja. Teraz wykorzystujemy swój moment, dobrze przygotowaną, dobrze dobraną pod kątem charakterologicznym drużynę. Drużynę ludzi głodnych sukcesu – oceniał szkoleniowiec.

Zbigniew BoniekBoniek uderza w Raków, mimo że został liderem. "W poważnej piłce nie do pomyślenia"

"To Lech musi czuć niepokój i dyskomfort"

Jego zespół ma dużą szansę na dublet, bo chociaż w walce o mistrzostwo, a także w finale Pucharu Polski Raków za rywala będzie mieć niezwykle mocnego Lecha, to trudno uznać to za złą wróżbę. Częstochowianie w tym sezonie tracili punkty z ekipami słabszymi, czy też znajdującymi się w drugiej części tabeli - Śląskiem Wrocław, Górnikiem Łęczna, czy Górnikiem Zabrze. Ale na tych najlepszych mają patent. Z Pogonią ugrali cztery punkty, wygrywając na wyjeździe. Z Lechem też zdobyli cztery, również wygrywając na stadionie rywala. Na bilans z "Kolejorzem" warto zresztą spojrzeć z szerszej perspektywy - z Lechem Raków nie przegrał od ponad dwóch lat. W tym czasie wygrał aż trzy z pięciu meczów.

Ostatnie mecze Rakowa z Lechem/Ostatnie mecze Rakowa z Lechem/ Graf. MK/KS

- Niepokoi mnie ta seria. Serie mają to do siebie, że kiedyś się kończą - uśmiechnął się Papszun, gdy przypomnieliśmy mu te statystyki. - Lech jest teraz najmocniejszą drużyną w Polsce, oprócz nas - tak pokazuje i tabela, i skład finału Pucharu Polski. To, że gramy z najsilniejszym z możliwych rywali niby nie jest dobrą informacją. Jednocześnie te dane pokazują, że to Lech musi czuć niepokój i dyskomfort, bo i w lidze i w pucharze w tych dwóch latach wygrać z nami nie potrafili. Ale teraz będzie nowa historia i jeden mecz. Boisko wszystko zweryfikuje.

Tegoroczny finał Pucharu Polski będzie też pierwszym tak wielkim finałem dla Rakowa. W poprzednim sezonie częstochowianie podnosili puchar na pustym stadionie w Lublinie. To był efekt pandemii koronawirusa. Teraz puchar powraca do Warszawy na Stadion Narodowy, a na trybunach będzie co najmniej 42 tysiące kibiców, bo tyle biletów sprzedało się do wtorku. 

- Z punktu widzenia zdobycia trofeum nie ma to znaczenia. W gablocie już puchar mamy, a zawodnicy na szyjach mają medale. Z punktu widzenia emocjonalnego - na pewno będzie różnica. Trudno porównywać praktycznie pusty stadion w Lublinie, do Stadionu Narodowego, na którym będzie kilkadziesiąt tysięcy osób. To będzie inny finał, ale znów będzie liczyć się w nim tylko zwycięstwo - oceniał Papszun.

Ostatnie mecze Rakowa z Lechem/Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl

Trener Rakowa na finał powinien mieć też dostępnych wszystkich najlepszych piłkarzy. Chociaż kibice z Częstochowy mogli martwić się, że w ostatnim czasie z powodu urazów nie grali tak kluczowi gracze jak Andrzej Niewulis czy Zoran Arsenić, to raczej jasne jest, że ta dwójka do Warszawy przyjedzie.

- Wszyscy zawodnicy, którzy są kontuzjowani, albo dochodzą do siebie po urazach, są zdeterminowani, by w finale wystąpić. Wiem, że Niewulis i Arsenić zrobią wszystko by 2 maja być do naszej dyspozycji. To dla nas wartościowi gracze, ale też liderzy zespołu. Trenują od początku tygodnia, mam nadzieję, że ten tydzień wystarczy, by ich dobrze przygotować do tego spotkania - zdradził Papszun.

Warto dodać, że ten największy sukces w historii i zgarnięcie najcenniejszych na polskim podwórku trofeów, może przyjść raptem trzy lata po świętowaniu awansu do ekstraklasy. Mówimy tu o klubie, który jeszcze pięć lat temu grał w drugiej lidze. Drużyna Papszuna działa w trybie turbo i działa bardzo dobrze. Sufit Rakowa wciąż się podnosi.

Więcej o: