Najlepszy piłkarz ekstraklasy mocno się zmienił. "Nie wiem, jak długo będę grał w Polsce"

Jakub Seweryn
- Musiałem dojrzeć, szczególnie pod względem mentalnym, i zrozumieć, czego potrzebuję, by być w jak najlepszej dyspozycji. Gdybym się nie zmienił, to dziś być może nie grałbym już w piłkę - mówi w rozmowie ze Sport.pl Ivi Lopez, gwiazdor walczącego o mistrzostwo Rakowa Częstochowa, który rozgrywa najlepszy sezon w swojej karierze.

Ivi Lopez przed przyjściem do Rakowa występował w Levante - strzelał Realowi Madryt na Santiago Bernabeu i grał na Camp Nou z Barceloną. W czołowej lidze świata był jednak tylko jednym z wielu, natomiast w Polsce 27-letni obecnie Hiszpan jest absolutną gwiazdą ekstraklasy i liderem zespołu walczącego o mistrzostwo Polski. Jego dorobek w tym sezonie we wszystkich rozgrywkach to 19 goli i 12 asyst, a Raków prowadzi w ligowej tabeli i za kilka dni zagra w finale Pucharu Polski.

Zobacz wideo "Boruc był pierwszym polskim sportowym celebrytą. To była bardzo trudna rola"

Jakub Seweryn: Czy rozmawiam z najlepszym piłkarzem w ekstraklasie?

Ivi Lopez: Oj, nie mi to oceniać. Niech czynią to inni. Zobaczymy, czy zdobędę ten tytuł na koniec sezonu, czy nie, na razie wiem, że w tej lidze jest naprawdę dużo dobrych zawodników. Ja powiem tyle, że na pewno chcę być najlepszy.

Ale 19 goli i 12 asyst w jednym sezonie to wynik, który pozwala na takie stwierdzenie. Jest imponujący.

- Oczywiście, tym bardziej, że wiem, jak trudno było mi to osiągnąć. Coś takiego zdarza mi się dopiero po raz pierwszy w karierze. Ale najważniejszy jest zespół – bez kolegów i sztabu szkoleniowego bym tego nie dokonał. Oni mi bardzo pomagają, a ja staram się pomóc drużynie moimi golami.

I jak dobrze pójdzie, za cztery tygodnie możesz być liderem mistrza Polski.

- To byłaby wspaniała nagroda. Wraz z całym zespołem zrobię wszystko, by tak się stało. Zostały tylko trzy, ale bardzo trudne mecze. Zdajemy sobie z tego sprawę.

Co twoim zdaniem jest największą siłą Rakowa?

- Myślę, że jest to zaangażowanie i poświęcenie każdego z nas dla drużyny i celu, do którego wspólnie dążymy. Wszyscy idziemy w jednym kierunku, nie ma u nas choćby jednej osoby, która nie byłaby skoncentrowana na naszym celu. Tworzymy świetną grupę i to jest naszym dużym atutem.

A trener Marek Papszun?

- Oczywiście też! To, jak pracuje z całym zespołem, jest naszą podstawą do osiągania dobrych wyników. Czujemy jego zaufanie, a to jest w futbolu wszystkim.

I to jest kluczowe w trudnych momentach? Choć jesteście najlepszym zespołem wiosny w ekstraklasie, to jednak trudnych chwil wam nie brakowało. Większość spotkań rozstrzygacie na swoją korzyść jednym golem, jak chociażby ostatni mecz z Górnikiem Łęczna, gdy przy wyniku 2:0 wydawaliście się kontrolować spotkanie, a kontaktowy gol dla gości sprawił, że końcówka była bardzo nerwowa. Czy nie za dużo ryzykujecie w ten sposób?

- W każdym przypadku najważniejsze są zwycięstwa. Wszystkie mecze w ekstraklasie są naprawdę trudne, niezależnie od tego, czy grasz z zespołem z czołówki, czy ze strefy spadkowej. Wszyscy grają na podobnym poziomie i każdy może sprawić problemy każdemu. Zobaczmy na mecz Lecha ze Stalą Mielec – tam Stal strzeliła gola już w 2. minucie i Lech musiał odrabiać straty.

Zawsze chcemy strzelić jak najwięcej goli, ale nie zawsze to się udaje. A to bramkarz rywala dobrze broni, a to piłka nie chce wpaść do bramki rywala, czasami to nam brakuje dokładności. To nie jest takie proste. Najważniejsze jest jednak to, że udaje nam się wygrywać i wówczas sposób, w jaki to się dzieje, nie ma większego znaczenia. Nieważne, czy się wygra 1:0 czy 5:0. Ważne jest by wygrać, bo w piłce nożnej liczą się zwycięstwa i nie bez powodu to my jesteśmy liderem.

Raków wygrał i wrócił na fotel lidera. Wielkie nerwy w końcówceRaków wygrał i wrócił na fotel lidera. Wielkie nerwy w końcówce

Nie ma wątpliwości, że jesteś liderem Rakowa, ale czy nie irytuje cię trochę to, że w zdecydowanej większości meczów jesteś zmieniany przez trenera w drugiej połowie i te kluczowe końcówki cię omijają?

- W naszej drużynie jest wielu dobrych zawodników, a trener ściąga mnie z boiska z powodu zmęczenia, nie ma żadnej innej przyczyny. Bardzo przeżywam każdy mecz, daję z siebie wszystko i z pewnością chciałbym być na boisku od pierwszej do ostatniej minuty, ale wiem też, że moi koledzy także są dobrzy i potrafią wnieść dużo do drużyny. Zdaję sobie sprawę, że mogą z ławki dać zespołowi więcej niż ja, gdy jestem zmęczony, więc nie jest to dla mnie problem.

Rozegrałeś ponad 40 meczów w La Liga i ponad 60 w drugiej lidze hiszpańskiej. Dlaczego w ogóle zdecydowałeś się przenieść do Polski?

- Czasami, szczególnie gdy jesteś młody, nie wszystko idzie po twojej myśli. Wskoczyć i utrzymać się na najwyższym poziomie w Hiszpanii jest niezwykle trudno. Zresztą nie tylko w Hiszpanii. To utrzymanie się na szczycie jest najtrudniejsze, trzeba wszystko robić dobrze i poświęcić wiele rzeczy, które mogłyby w tym przeszkodzić. Gdy jesteś młody, nie zawsze też to tak postrzegasz. Musiałem dojrzeć, szczególnie pod względem mentalnym, i zrozumieć, czego potrzebuję, by być w jak najlepszej dyspozycji. Gdybym się nie zmienił, to dziś być może nie grałbym już w piłkę.

Naprawdę? To dlatego po naprawdę dobrym sezonie w Levante w Primera Division (29 meczów, cztery gole, trzy asysty) nie udało ci się utrzymać na tym poziomie?

- To był naprawdę świetny rok, ale na koniec pojawiły się problemy z nowym trenerem Paco Lopezem, które nie zakończyły się dla mnie dobrze. Szczerze mówiąc, nie lubię do tego wracać, bo staram się żyć teraźniejszością. To już było, zostawiam to za sobą.

Marc Gual w kapitalnym stylu zadebiutował w Jagiellonii BiałystokBohater Jagiellonii wyrwał się z piekła. "Uciekaliśmy 27 godzin"

Twój kolega, Marc Gual z Jagiellonii, powiedział mi, że opuścił Hiszpanię, bo chciał grać w najwyższej klasie rozgrywkowej oraz być ważnym zawodnikiem dla drużyny i w skali ligi. Czy ty także kierowałeś się taką motywacją?

- Nie, ze mną było trochę inaczej. Levante mnie po prostu nie chciało, byłem wypożyczany do czterech drugoligowych klubów przez dwa lata. Niewiele mi wychodziło, dochodziły do tego kontuzje... Podjąłem decyzję o opuszczeniu Hiszpanii, licząc na to, że w nowym otoczeniu będzie mi szło lepiej. I rzeczywiście tak się stało, w Polsce jestem bardzo szczęśliwy!

Czyli możemy się spodziewać, że będziesz grał i czarował w Polsce jeszcze przez kilka lat?

- Nie mogę tego zadeklarować. Jestem tu bardzo szczęśliwy, bez dwóch zdań, ale nie wiem, jak długo jeszcze będę grał w Polsce. Na własnej skórze przekonałem się, jaki może być futbol.

A chociaż jesteś w stanie powiedzieć, że w przyszłym sezonie będziesz grał w Rakowie?

- Jest za wcześnie, by to powiedzieć na 100 procent, ale kontrakt w Rakowie mam do 2024 roku i koncentruję się tylko na tym, by dawać z siebie wszystko temu klubowi. Nie myślę o transferze, chcę zakończyć sezon w dobrym stylu, najlepiej z dwoma trofeami. Zobaczymy, co się wydarzy później.

Marzysz jeszcze o grze w La Liga? Przy takiej formie nie wydaje się to niemożliwe.

- Wiadomo, jestem Hiszpanem, a liga hiszpańska jest bardzo dobra, ale to nie jest tak, że tylko czekam na to, aż zgłosi się po mnie jeden z klubów z La Liga. To byłaby fajna opcja, ale nie mam jakiejś obsesji na tym punkcie, gdyż w Polsce żyje i gra mi się naprawdę bardzo dobrze. Przeżywam tu niezapomniane chwile, na które pracujemy całym zespołem. Praca drużyny Rakowa w ostatnich dwóch sezonach jest niewiarygodna. Zaskakujemy całą Polskę, bo ani dwa lata, ani rok temu nikt nie spodziewał się, że dojdziemy do tego miejsca, w którym obecnie jesteśmy. A stać nas na coś jeszcze większego.

Grałeś już na Camp Nou, a na Santiago Bernabeu strzeliłeś nawet gola dla Levante. W poniedziałek zagrasz na Stadionie Narodowym w finale Pucharu Polski. Czy gra na takich stadionach jest czymś wyjątkowym?

- W Polsce większość stadionów jest dużych i naprawdę ładnych, ale gra na takim obiekcie, jak Stadion Narodowy, gdzie występuje reprezentacja Polski, wywołuje dodatkowe emocje. W dodatku to będzie bardzo ciekawy mecz, bo w tym finale zagramy z zespołem, z którym także walczymy o mistrzostwo Polski. Czeka nas bardzo trudny pojedynek, ale będziemy walczyć do upadłego, aby obronić puchar, który zdobyliśmy przed rokiem.

W ekstraklasie wyróżnia się wielu Hiszpanów – oprócz ciebie można wyróżnić chociażby Jesusa Imaza czy Jesusa Jimeneza, którzy podobnie jak ty są gwiazdami tej ligi. Macie jakiś swój sekret?

- Wielu hiszpańskich zawodników przyjeżdża do Polski, by się sprawdzić i spróbować swoich sił poza Hiszpanią. Nie każdy może trafić do silniejszej ligi zagranicznej, a ekstraklasa jest naprawdę fajna i atrakcyjna. Jest na dobrym poziomie, dużo gra się z kontrataku i zawodnikom ofensywnym łatwiej jest się w niej wykazać. Jesus Jimenez zapracował na transfer do MLS, Jesus Imaz jest obecnie kontuzjowany od kilku miesięcy, ale jestem przekonany, że jeszcze pokaże swoją wielką jakość i być może jemu także uda się przejść do lepszego klubu.

- Ekstraklasa bardzo mi się podoba ze względu na styl gry, jaki tu panuje. Futbol jest bardzo bezpośredni, każdy zespół dąży do strzelenia bramki, jak tylko nadarzy się okazja. Tu nie ma gry na 0:0, każdy wychodzi na boisko, żeby wygrać.

Wisła KrakówKabaret w Krakowie, Wisła pogrążona. Mariusz Jop może się tylko uśmiechnąć

Wspomniałem o Marcu Gualu. Razem mieliście w drugoligowych rezerwach Sevilli znakomity sezon 2016/17, gdy obaj strzeliliście po 14 goli i dołożyliście do tego po kilka asyst. Dobrze się znacie?

- Nie rozmawiam z nim codziennie, ale w Sevilli Atletico tworzyliśmy naprawdę świetny duet. Spisywaliśmy się znakomicie i mieliśmy też bardzo dobry zespół. Czasami nawet za nim tęsknię, tak dobrze nam się grało. Do dzisiaj pozostajemy w kontakcie, mamy nawet grupę na Whatsappie. To coś wyjątkowego.

Marc z pewnością ma wszystko do tego, z powodzeniem grać w ekstraklasie. W pierwszych dwóch meczach strzelił dwa bardzo efektowne gole. Pytanie jednak, czy tu zostanie na dłużej. Życzę mu dużo szczęścia, może być tu bardzo ważnym zawodnikiem.

Przed Rakowem być może najważniejsze cztery mecze w historii klubu, więc czas na trudne pytanie. Czy jesteście faworytem do zdobycia dubletu? Nie tak wiele was od tego dzieli.

- Cóż, w finale Pucharu Polski szanse rozkładają się 50 na 50. To będzie bardzo wyrównany mecz. I jednocześnie bardzo ciekawy, bo zarówno my, jak i Lech Poznań, z pewnością będzie chciał grać w piłkę, ofensywnie, bo taki jest styl obu drużyn. Ten, który będzie skuteczniejszy, sięgnie po puchar.

W lidze jesteśmy o tyle w lepszej sytuacji, że udało nam się pokonać Lecha w Poznaniu i dzięki temu to my jesteśmy liderem. Ale i my, i oni mamy przed sobą po trzy bardzo trudne spotkania. Zobaczymy, kto na koniec okaże się lepszy. Myślę, że zadecydują szczegóły, ale mamy wszystko w swoich rękach.

Na koniec coś innego – esport, bo podobno masz swój projekt esportowy. Wolisz esport czy jednak piłkę nożną?

- Zdecydowanie piłkę! Esport jest tylko moim hobby, a mój projekt został obecnie nieco wstrzymany. Ale w przyszłym roku wrócimy do gry.

Więcej o: