Absurdalna decyzja władz Radomiaka. Banasik dla Sport.pl: Za długo się znamy

Bartłomiej Kubiak
- Mostów nie palę, za długo się znamy. To była decyzja zarządu i ją akceptuję - mówi w rozmowie ze Sport.pl Dariusz Banasik, który w poniedziałek przestał być trenerem Radomiaka. Beniaminka i rewelacji rundy jesiennej, który mimo słabszych wyników na wiosnę na cztery kolejki przed końcem zajmuje siódme miejsce w tabeli, a decyzja o zwolnieniu Banasika wydaje się absurdalna.

Bartłomiej Kubiak: Walizki już spakowane?

Dariusz Banasik: Jeszcze nie. Właśnie oglądam mecz Wisły Kraków z Wisłą Płock [z trenerem Banasikiem rozmawialiśmy w poniedziałek wieczorem].

Zobacz wideo Nie ma komu sędziować meczów Legii. "To ryzykowanie ich karier"

Dariusz BanasikJak Banasik stał się zakładnikiem własnego sukcesu. "To dziwi, wręcz szokuje"

Pytam, bo być może wcale nie trzeba ich pakować - Radomiak poinformował, że zaproponował panu pracę w innej roli.

- Tak, rozmawiamy o tym.

Co to za rola?

- Miałbym zostać doradcą do spraw sportowych. Ale czy nim zostanę - nie wiem. Wiadomo, że chciałbym być trenerem. To zawód, w którym czuję się najlepiej i chciałbym pracować. Teraz na pewno też chciałbym trochę odpocząć i dopiero określić się, co będę dalej robił. Ale daliśmy sobie trochę czasu - nie podjąłem jeszcze decyzji, więc zobaczymy, jak to wszystko się potoczy.

Zaskoczyło pana to zwolnienie?

- Chyba nie. Trochę się spodziewałem. Albo inaczej: czułem, że mogę zostać zwolniony, bo jeśli na boisku nie idzie, pewne ruchy można przewidzieć. Domyślałem się tego. To po prostu taki zawód, że jak nie masz wyników, musisz liczyć się z tym, że stracisz pracę.

Ale pan wyniki miał - jesienią zdobył 35 punktów, kończył rok na trzecim miejscu w tabeli. Teraz, na cztery kolejki przed końcem sezonu, Radomiak zajmuje siódme miejsce w tabeli. To jak na beniaminka z tak skromnym budżetem i bez odpowiedniej infrastruktury wynik ponad stan.

- Nie stawia pan tutaj pytania i sam sobie trochę odpowiada. To może ja zapytam: - A jak oczekiwania wobec mnie były takie, że wiosną, w kolejnej rundzie, też zdobędziemy 35 punktów?

Przecież to absurd.

- Ja nie wiem, tylko pytam. A w zasadzie to odsyłam do władz klubu z tym pytaniem, bo to one znają odpowiedź. Ja wiem tylko, że rozstajemy się w zgodzie. Mostów nie palę, za długo się znamy. To była decyzja zarządu i ją akceptuję. Wiem też, jakie są realia i że prawie cztery lata w jednym klubie to długo, a nawet bardzo długo. I można też na to spojrzeć w ten sposób.

Dariusz BanasikNajlepszy trener zwolniony po najlepszym sezonie w historii. Królowie nonsensu z Radomia

Albo w ten, że gdyby teraz bił się pan z Radomiakiem o utrzymanie, a nie zajmował bezpieczne miejsce w tabeli, to wcale by do tej zmiany nie doszło.

- Kto wie, może tak by było? Już się tego nie dowiemy. Ale powtarzam: ja się na nikogo nie obrażam. Klub miał prawo podjąć taką decyzję. Jak i każdą inną. Sam pamiętam jak przed laty, kiedy jeszcze pracowałem przy Łazienkowskiej, Jan Urban pod koniec 2013 roku został zwolniony, mimo że zajmował z Legią pierwsze miejsce w tabeli. Taki to już czasem nasz los. Taka praca.

Kiedy dowiedział się pan o zwolnieniu?

- W niedzielę. Spotkaliśmy się z władzami klubu, rozmawialiśmy dwie godziny. To była spokojna rozmowa. Nikt w nikogo krzesłem nie rzucał. A ja sam też jeszcze przed spotkaniem spodziewałem się, że może ono potoczyć się w tym kierunku, czyli mojego zwolnienia.

Ale jeszcze w czwartek mówił pan, że czuje poparcie zarządu. Takie poparcie - wiem to choćby z Legii - zazwyczaj źle się kończy.

- I teraz też się skończyło. Ale powtarzam: tak to już w piłce jest, nie ma co się obrażać. Ja za dużo przeszedłem w tym zawodzie, by się tego nie domyślać. A tym bardziej, by się z tego powodu denerwować. Pracowałem na wszystkich szczeblach. Najpierw z dziećmi i młodzieżą, później w Młodej Ekstraklasie, a jeszcze później w trzeciej, drugiej i pierwszej lidze, skąd trafiłem na ten najwyższy szczebel. Ktoś mi nawet ostatnio powiedział, że nie wie, czy w Polsce jest drugi taki trener, który przeszedł aż taką drogę jak ja.

Na pewno mało jest takich trenerów, którzy po zwolnieniu cieszą się nadal aż taką sympatią kibiców.

- Cały czas dostaje telefony, SMS-y, nawet jakieś filmiki z tych fajnych chwil, które przeżyłem z Radomiakiem. To wszystko jest bardzo miłe.

Piątkowe spotkanie z Cracovią też rozpoczęło się od tego, że kibice na trybunach skandowali pana nazwisko.

- Tak było. Już im za to dziękowałem, ale chciałbym to teraz zrobić jeszcze raz. Te cztery lata w Radomiaku to był dla mnie fantastyczny czas. Myślę, że dla nich też, bo udało nam się coś przez ten czas zbudować. Najpierw wygrzebaliśmy się z drugiej ligi, a później po 36 latach awansowaliśmy do ekstraklasy. Jest co wspominać.

To piątkowe wsparcie z trybun też nie było przypadkowe, bo w środowisku od kilku tygodni mówiło się, że może pan zostać zwolniony. Nie docierały do pana te plotki?

- Docierały, ale starałem się od tego izolować, skupić na pracy. Tym bardziej że mieliśmy większe problemy - czy to z kontuzjami, czy z kartkami - niż czytanie internetu i zastanawianie się nad tym, czy to, co o mnie się pisze, to jest prawda czy nieprawda.

Jedno zwycięstwo i tylko osiem punktów w 11 meczach na wiosnę wielkiej chluby nie przynosi. Co w tym roku stało się z Radomiakiem, gdzie był problem?

- To złożony problem, bo pojawiły się kontuzje - przede wszystkim poważna Damiana Jakubika. Ale też mniejsze urazy, kartki. Próbowaliśmy różnych systemów. Oprócz tego mieliśmy też kłopoty z treningami, bo nasze boisko - delikatnie mówiąc - nie było w dobrym stanie i to w pewnym momencie też stało się dla nas bardzo uciążliwe. Do tego doszła też sama dyspozycja, bo nie ma co ukrywać, że zdrowi piłkarze też wpadli w dołek. Jak byli w pierwszej rundzie na fali, tak w drugiej z tej fali spadli. Kiedy wydawało się, że znowu się na nią wspinamy, w końcówce meczu ze Śląskiem (0:0) nie uznano nam bramki. Później przyszły kolejne trzy remisy z rzędu, z czego ten ostatni - z Jagiellonią (2:2) - zremisowaliśmy na własne życzenie, bo prowadziliśmy 2:0 i w pięć minut daliśmy sobie wbić dwie bramki. I to też był nasz kłopot - koncentracja, a w zasadzie jej brak. Ale nie chciałbym już teraz o tym mówić, bo po pierwsze problem był złożony, a po drugie - sezon jeszcze trwa. Mam nadzieję, że drużyna w tych czterech ostatnich meczach pokaże się z lepszej strony. Że ta zmiana trenera to też będzie dla niej bodziec.

Czy Luis Fernandez uderzył Damiana Michalskiego po meczu Wisły Kraków z Wisłą Płock?Gorąco po meczu w Krakowie. Piłkarzowi Wisły puściły nerwy [WIDEO]

Pan pod koniec roku sam odważnie mówił, że Radomiak na wiosnę może być jeszcze silniejszy.

- Jestem ambitnym człowiekiem i trenerem. W każdym zespole, w którym byłem, zawsze mierzyłem wysoko. I teraz też tak było. Jeżeli jesienią wygrywaliśmy mecze z Legią czy Lechem, mieliśmy serię sześciu zwycięstw rzędu, też nie mogłem mówić, że walczymy o utrzymanie. To byłoby zwyczajnie źle odebrane. Przede wszystkim wewnątrz drużyny, gdzie takimi słowami mógłbym zabić entuzjazm, który widziałem w tej szatni.

To nie była rozbita szatnia?

- Nie, nigdy. Nawet teraz - gdy te wyniki były gorsze - nie było sytuacji, że coś w tej szatni nie działało. Trzymała się razem.

Pożegnał się pan już z piłkarzami?

- Jeszcze nie było czasu. Tak myślę, że może pojadę na najbliższy mecz [Radomiak w piątek gra na wyjeździe z Górnikiem]. Ale to jeszcze skonsultuję z trenerem Mariuszem Lewandowskim, by to pożegnanie zrobić w taki momencie, by w żaden sposób nie zaburzać jego pracy.

Co dalej, wraca pan do Warszawy?

- Tak, na swoją Białołękę. Na pewno - jak już mówiłem na wstępie - chciałbym trochę odpocząć. Wynagrodzić te ostatnie lata swojej żonie i dwóm córeczkom, które za mną bardzo tęskniły, bo widywaliśmy się średnio raz w tygodniu.

A co dalej? Zobaczymy. Los trenera bywa przewrotny. W zeszłym sezonie Czesław Michniewicz też zdobywał z Legią mistrzostwo Polski, a w kolejnym - kilka tygodni po awansie do europejskich pucharów - stracił pracę, by za kilka miesięcy zostać selekcjonerem reprezentacji Polski i awansować z nią na mistrzostwa świata. W tym zawodzie nigdy niczego nie można być pewnym. Ale często koniec jest szansą na nowy, jeszcze lepszy początek.

Więcej o: