Hit Lech - Legia, a kibice parsknęli śmiechem. "Kosiarka czy odkurzacz?"

Dawid Szymczak
Prawie 40 tys. kibiców na trybunach, transparent z podobizną Władimira Putina, niezwykłe spotkanie przyjaciół z Kijowa, a do tego gole i emocje do końca - mecz Lecha Poznań z Legią Warszawa (1:1) nie zawiódł. Spostrzeżeniami dzieli się Dawid Szymczak, dziennikarz Sport.pl.

Najważniejsze były rzuty wolne - najpierw Joao Amaral uderzył nad murem w poprzeczkę, po pół godzinie Lech Poznań wyszedł na prowadzenie po trafieniu Lubomira Satki, a jeszcze przed przerwą dzięki główce Rafaela Lopesa - również po dośrodkowaniu z rzutu wolnego - wyrównała Legia Warszawa. Lech ostatnią szansę na zwycięstwo też miał po rzucie wolnym. Nika Kwekweskiri w doliczonym czasie gry trafił jednak w słupek i remis utrzymał się do końca meczu. Dla kibiców Lecha jest niezwykle rozczarowujący, ale mimo to po meczu zapewniali piłkarzy: "Jesteśmy z wami!".

Zobacz wideo Byli reprezentanci Polski pod wrażeniem Glika. "Beton, stal. Przejdzie do historii"

Kibicowskie święto w Poznaniu. Głośno było nie tylko po golach, ale też przed bramkami

Zanim jednak padły bramki w meczu, głośno było przy bramkach autostradowych, kilkanaście kilometrów od stadionu. Gdy samochody przyozdobione w niebiesko-białe barwy stały w długich kolejkach, kibice machali szalikami przez okna, trąbili i śpiewali. Atmosferę wyjątkowego meczu czuć było już dwie godziny przed nim. I przed samym stadionem. Kibice Legii wchodzi na swój sektor, a miejscowi skandowali: „Gdzie macie finał?!", przypominając im o środowej porażce w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa. Po niej Legii pozostała już tylko walka o czwarte miejsce w ekstraklasie, które pozwoli grać w eliminacjach europejskich pucharów.

"Nie będziemy się dzisiaj rozwodzić. Lech Poznań - Legia Warszawa! Witam przy ulicy Bułgarskiej!" - powiedział stadionowy spiker 40 minut przed meczem. I słusznie, bo nie trzeba tłumaczyć wagi tego meczu. Na którym miejscu nie byłaby Legia, ile by w tym sezonie nie przegrała, jej przyjazd do Poznania jest świętem polskiej piłki. Pełny stadion, śpiewy na długo przed meczem, korki w mieście - wszystko mówi, że to spotkanie ważniejsze od innych.

Przed stadionem zaczepiam dwóch starszych kibiców. - Z chuliganki my już wyrośliśmy - uśmiechają się. - Lech ma osiem finałów do końca. Siedem ligowych i ten prawdziwy - Pucharu Polski. A Legia zawsze jest trudnym rywalem. Ile razy już tu przyjeżdżała bez formy i w kryzysie, a jednak wychodziliśmy ze stadionu smutni? - przestrzegają przed przesadnym optymizmem. - Spokojnie! Jak nie dzisiaj, to kiedy?! - odpowiadają wysiadający z autobusu kibice ze Wrześni.  

Robert Lewandowski cieszy się z gola z AugsburgiemRobert Lewandowski strzelił zwycięskiego gola. Ale cieszynka [WIDEO]

Tuż przed gwizdkiem kibice parsknęli śmiechem. "Kosiarka czy odkurzacz?"

Rozpoczęcie meczu niespodziewanie się przeciągało. Piłkarze zajęli już odpowiednie pozycje, gotowy był też sędzia. Stadion parsknął jednak śmiechem. - To jest kosiarka czy odkurzacz? - próbowali ustalić dziennikarze. Chodziło o zdalnie sterowany pojazd, który wwiózł piłkę na środek boiska. Miało wyjść efektownie, a wyszło śmiesznie. Dłużej czekać nie chciał kapitan Lecha Mikael Ishak, który w końcu zdjął piłkę ze stojaka rzucił ją Joao Amaralowi. 

Portugalczyk rozpoczął mecz, a już pięć minut później trafił w poprzeczkę z rzutu wolnego. Zanim jeszcze oddał strzał, Aleksandar Vuković, trener Legii, odwrócił się w stronę ławki rezerwowych, pokazał trzy palce i wzruszył ramionami, jakby miał wątpliwości czy bramkarz Richard Strebinger nie ustawił w murze za mało piłkarzy. W dalszej części meczu Serb i Maciej Skorża jeszcze wielokrotnie nerwowo gestykulowali i skakali wzdłuż bocznej linii, niekiedy wchodząc wręcz na boisko. Sędzia techniczny Sebastian Jarząbek miał z nimi sporo pracy, co tylko podkreślało wagę tego spotkania. Ale granicy żaden z nich nie przekroczył, więc obyło się bez żółtych kartek. W końcówce meczu, gdy Igor Charatin sfaulował Adriela Ba Louę, a sędzia Damian Sylwestrzak początkowo ukarał go żółtą kartką, wszyscy trenerzy i rezerwowi Lecha podbiegli do linii. Sędzia obejrzał powtórkę na monitorze i zmienił decyzję. Ukrainiec dostał czerwoną kartkę. 

Nie był to jednak koniec kontrowersji, bo w następnej akcji strzał Joela Pereiry prawdopodobnie został zablokowany ręką. Sylwestrzak skończył jednak mecz i powtórki nie obejrzał. Piłkarze Lecha prosili o to jeszcze po ostatnim gwizdku. O tej akcji żywo dyskutowali też siedzący nieopodal siebie komentatorzy TVP i Canal Plus. Po obejrzeniu tej akcji jeszcze raz, zbyli zgodni. Lechowi należał się rzut karny.

Lokomotiw Moskwa i mapa podróżyRosyjska drużyna ruszyła na mecz. Tysiąc kilometrów, a lotniska zamknięte

Transparent z podobizną Władimira Putina i antyputinowskie przyśpiewki

Działo się też na trybunach. Kibice Lecha i Legii obrażali się wielokrotnie - przed, w trakcie i po meczu, ale raz się ze sobą zgodzili. Gdy zaczęli antyputinowskie protesty. Najpierw odezwali się goście z Warszawy. Po kilku minutach podobne przyśpiewki wznieśli miejscowi. Ale mocniejszy od słów był transparent. Mijała 15. minuta meczu, był bezbramkowy remis, gdy kibice Legii rozwinęli przykrywający znaczną część ich sektora transparent z podobizną Władimira Putina. Prezydent Rosji, który pod koniec lutego podjął decyzję o rozpętaniu wojny w Ukrainie, miał na nim linę wokół szyi i koszulkę Spartaka Moskwa. Część kibiców Lecha Poznań zareagowała brawami. Oprawa - poza oczywistym przekazem - ma też znaczenie nieznane wszystkim kibicom. Otóż kibole Lecha utrzymują dobre relacje z kibolami Spartaka. Po około pięciu minutach transparent został zwinięty.

Niezwykłe spotkanie przyjaciół

O wojnie trwającej za wschodnią granicą można było sobie przypomnieć jeszcze raz - w 55. minucie. Wtedy na boisku w zespole Legii pojawił się Benjamin Verbić. To wieloletni przyjaciel Tomasza Kędziory z Lecha. Poznali się w Dynamie Kijów, przyjaźnią od lat, wzajemnie nazywają braćmi i razem uciekali z Ukrainy, gdy wybuchła wojna. Kędziora wrócił do Lecha, z którym w 2015 r. świętował mistrzostwo Polski. Verbić trafił do Legii. W sobotę pierwszy raz w życiu zagrali przeciwko sobie w ligowym meczu. Słoweniec wszedł na lewą stronę pomocy, czyli na wprost Kędziory, grającego na prawej obronie. Wielokrotnie na siebie wpadli i chodzi za sobą krok w krok. W 67. minucie, gdy Jesper Karlstrom zaczął kłócić się z Verbiciem, Kędziora wszedł w rolę mediatora. Skutecznie. Po chwili obaj rozeszli się bez większej złości.

Trudno uwierzyć, że Kędziora i Verbić spotkali się w Polsce, w tak ważnym meczu, w przeciwnych drużynach. Obaj mają bowiem umiejętności pozwalające grać w zdecydowanie lepszych zespołach niż Lech i Legia. Jeszcze niedawno, na jednej stronie, występowali w Lidze Mistrzów. I gdyby nie wojna, dalej by tak było. 

Gol Lopesa w meczu Lech Poznań - Legia WarszawaLegia zatrzymała Lecha. Czerwona kartka i kontrowersja w ostatniej akcji meczu [WIDEO]

Jak nie teraz, to kiedy? Lech Poznań silniejszy już nie będzie

Rację mieli kibice ze Wrześni, których spotkaliśmy przed stadionem. To absolutnie najważniejszy sezon dla Lecha od lat, więc można zapytać, kiedy to mistrzostwo, jeśli nie teraz? W 2022 r. ich klub świętuje sto lat istnienia, ale ważniejsza od rocznicy jest siła jego kadry. Prawdopodobnie - nie do powtórzenia w następnych sezonach.

Kadra była bardzo mocna już latem. Władze klubu nie oszczędzały i zbudowały zespół, w którym niemal na każdej pozycji gra dwóch wyrównanych piłkarzy. Ale najlepsi zawodnicy niespodziewanie dołączyli do drużyny zimą - najpierw Dawid Kownacki, wychowanek klubu, który musiał odbudować się po serii kontuzji w słabszej lidze niż 2. Bundesliga, a później - wskutek wojny w Ukrainie - Tomasz Kędziora, który w normalnych okolicznościach byłby zdecydowanie poza finansowym zasięgiem polskich klubów. I chociaż dyrektor sportowy Lecha - Tomasz Rząsa, za kulisami walczy, by obaj zawodnicy zostali w Poznaniu dłużej niż do lata, to szanse na to są minimalne. Kędziora albo wróci do Dynama, albo - jeśli sytuacja w Ukrainie nie pozwoli na grę w piłkę - odejdzie do zachodniej ligi. A Kownacki, który jest do Lecha wypożyczony, latem wróci do Fortuny Duesseldorf. Niemiecki klub w styczniu 2020 r. zapłacił za niego blisko 7 mln euro i wciąż liczy, że najdroższym piłkarzem w jego historii, pomoże w przyszłym sezonie wywalczyć awans. Obecność tych dwóch piłkarzy i jeszcze Barry’ego Douglasa, kolejnego mistrza sprzed siedmiu lat, przywołuje w kibicach dobre wspomnienia i potęguje wiarę w powtórzenie tamtego sukcesu. 

Ale takie mecze, jak ten z Legią, tę wiarę odbierają. Lech miał przewagę - oddał aż jedenaście strzałów więcej. Ba! Legia tylko raz uderzyła celnie. A jednak skończyło się remisem 1:1. Poznaniacy nie wykorzystali więc w pełni porażki Pogoni Szczecin z Wisłą Płock i zrównali się z nią w tabeli. Jeśli w niedzielę Raków Częstochowa wygra ze Śląskiem Wrocław powiększy przewagę nad peletonem do dwóch punktów.

I skoro Maciej Skorża zapowiadał, że jego zespół z Legią „może wygrać ciut więcej niż trzy punkty i dołożyć kolejną cegłę w murze pewności siebie", to stracił ciut więcej niż dwa punkty i uczynił mur pewności siebie jeszcze bardziej dziurawym.

Barcelona-WanderersGol Damiana Diaza bije rekordy popularności [WIDEO]

Więcej o: