"Kryzys? Jaki kryzys?". Legia już nie jest pośmiewiskiem. Nie tylko słabeusze

Bartłomiej Kubiak
"Kryzys? Jaki kryzys?" - mogą teraz zapytać w Warszawie, w Legii, która do niedawna była pośmiewiskiem całej ligi, ale w sobotę nie przegrała siódmego meczu z rzędu. Wywalczyła na wyjeździe remis z faworyzowanym i bijącym się o mistrzostwo Polski Rakowem Częstochowa (1:1).

Przewaga w strzałach (pięć do trzech), w posiadaniu piłki (56 proc.), w liczbie podań (181 do 167), w liczbie celnych podań (76 proc. do 68 proc.), w dryblingach (13, z czego 10 udanych do pięciu i dwóch udanych). W pierwszej połowie w zasadzie przewaga we wszystkim poza jednym - tym najważniejszym - czyli w bramkach. W sobotę Legii wystarczyła jedna akcja, by tuż przed przerwą strzelić gola i prowadzić w Częstochowie z Rakowem 1:0.

Zobacz wideo Michniewicz dotrzymał słowa. Wielki nieobecny reprezentacji Polski [SPORT.PL LIVE #16]

Quincy Promes trafił do siatki z rzutu karnego, ale gol nie został uznany!Już się cieszył z gola. Potem sędziowie spojrzeli na nogi. Kuriozalny karny [WIDEO]

Zaczęło się od odbioru Jurgena Celhaki, który wyprzedził w środku pola Giannisa Papanikolaou i zagrał na skrzydło do Macieja Rosołka. A ten w pole karne, gdzie z piłką minął się rezerwowy napastnik Rafael Lopes, który zmienił poobijanego Tomasa Pekharta, ale całą akcję zamykał jeszcze Paweł Wszołek. To on w 45. minucie pokonał Vladana Kovacevicia i od razu zaczął biec w kierunku ławki rezerwowych.

Wszołek po strzelonym golu był uśmiechnięty, ale też zdezorientowany. Zresztą jak chyba wszyscy, bo nic nie zapowiadało tej bramki. Legia wcześniej była głównie zamknięta na własnej połowie, momentami cofnięta do bardzo głębokiej defensywy. Ale przy tym także cierpliwa. I właśnie ta cierpliwość, w połączeniu ze skuteczną grą w obronie, w sobotę się opłaciła - dała Legii cenny punkt na trudnym terenie.

"Gramy z tą Legią co zawsze"

- Podchodzimy do tego meczu realistycznie. Gramy z liderem, najlepiej punktującą drużyną w lidze, która w sobotę będzie zdecydowanym faworytem - powtórzył w piątek Vuković. Jeszcze raz, bo trener Legii zdejmował presję ze swoich piłkarzy od razu po wtorkowym zwycięstwie z Bruk-Betem (4:1), kiedy też był pytany o sobotni mecz i też wskazywał, że to bijący się o mistrzostwo Polski Raków nawet nie tyle jest faworytem, ile właśnie zdecydowanym faworytem.

Marek Papszun w ostatnich dniach uciekał od roli faworyta. - Spokojnie, przed nami nowe rozdanie. Runda wiosenna, gdzie Legia idzie równo z nami. Co prawda rozegrała jeden mecz więcej, ale 16 zdobytych punktów to dużo. Dlatego uważam, że gramy z tą Legią co zawsze, czyli z aktualnym mistrzem Polski - przypomniał trener Rakowa przed samym meczem, kiedy gorzko śmiał się, że kryzys w Legii przyszło mu w tym sezonie niestety obserwować tylko z daleka. Jesienią, kiedy co prawda wygrał przy Łazienkowskiej 3:2, ale Legia nie była wówczas w aż tak głębokim dołku, w jaki wpadła później. I teraz, kiedy z tego dołka już zdołała się wygrzebać.

Cezary KucharskiCezary Kucharski przekazał dobre wieści. Przełom. "Po 41 dniach"

Ale Legia cały czas była zagadką

Dziewięć meczów - sześć zwycięstw, dwa remisy i porażka. To dorobek Legii z tego roku. Drużyna Vukovicia w poprzednich tygodniach topornie ciułała punkty w lidze, ale we wtorek, w zaległym meczu 5. kolejki z Bruk-Betem, w końcu zdominowała rywala. W końcu potrafiła zagrać skutecznie w obronie, ale też z polotem w ataku, wbić rywalowi dopiero po raz drugi w tym sezonie w jednym meczu aż cztery gole. - Sami jesteśmy ciekawi, w którym miejscu teraz jesteśmy - słyszeliśmy przed meczem z Rakowem przy Łazienkowskiej, gdzie nikt nie zapominał o tym, że Legia w ostatnich tygodniach w lidze rozgrywała mecze tylko z ligowymi słabeuszami.

- To w ogóle jest niesamowite, że kalendarz ligowy ułożył się tak, że od pierwszego meczu w tym roku z Zagłębiem Lubin aż do wtorkowego z Bruk-Betem - włączając w to Puchar Polski i spotkanie z Górnikiem Łęczna - graliśmy z drużynami walczącymi o życie. Takimi, które nie odpuszczają nawet przez sekundę. To były mecze nie o trzy, a o sześć punktów. Teraz ta presja będzie na nas mniejsza, bo choć mierzyć będziemy się z zespołami o większym potencjale piłkarskim, to pod kątem psychologicznym czekają nas zupełnie inne spotkania. Począwszy od tego sobotniego z Rakowem - zaznaczył Vuković.

Zwycięski gol Piaseckiego w meczu Wisła Płock - Śląsk WrocławŚląsk przerwał fatalną passę. Odwrócił losy meczu po golu w doliczonym czasie [WIDEO]

W sobotę jego drużyna - zgodnie z przewidywaniami - okazała się zespołem słabszym pod względem jakości piłkarskiej, ale nadrabiała charakterem, walecznością, koncentracją i dobrą organizacją w defensywie. A zaraz po przerwie nawet zaskakująco dobrą grą ataku, bo wtedy wydawało się, że to prędzej Legia strzeli drugiego gola, niż Raków wyrówna. - Zabrakło lepszych decyzji i rozegrania. A później popełniliśmy błąd, który nakręcił naszych rywali - mówił Vuković o początku drugiej połowy i sytuacji z 69. minuty, kiedy sędzia Szymon Marciniak podyktował dla Rakowa rzut karny po faulu Mateusza Wieteski.

To właśnie ten faul sprawił, że Legia z Częstochowy wywozi tylko punkt. Ale chyba lepiej napisać, że to "aż" punkt, bo przed sobotnim meczem drużyna Vukovicia była zagadką. Nikt do końca nie wiedział, czy w pierwszym starciu z zespołem z ligowej czołówki - które teraz przed Legią, bo w najbliższych tygodniach zagra z Lechem, Pogonią czy Lechią - będzie w stanie potwierdzić to, co pokazywała z zespołami z dolnej części tabeli.

No i potwierdziła. "Kryzys? Jaki kryzys?" - mogą teraz zapytać w Warszawie, w Legii, która do niedawna była pośmiewiskiem całej ligi, ale w sobotę nie przegrała siódmego meczu z rzędu. Wywalczyła na wyjeździe remis z bijącym się o mistrzostwo Polski Rakowem, o którym już chyba też nikt teraz nie napisze, że 5 kwietnia będzie wyraźnym faworytem, kiedy znowu zagra z Legią o finał Pucharu Polski.

Więcej o: