Legia oparta tylko na jednym piłkarzu. Aż strach pomyśleć, gdzie by teraz była

Bartłomiej Kubiak
Po raz pierwszy w tym sezonie ekstraklasy Legia Warszawa wygrała dwa mecze z rzędu. Mistrzowie Polski punkty wciąż jednak tylko ciułają i to toporne ciułanie widać było w poniedziałkowym, wygranym 1:0 meczu ze Śląskiem Wrocław. Legia zwyciężyła, bo znów błysnął Josue - najważniejszy, najlepszy w tej chwili piłkarz drużyny, który wynik potrafi odmienić jednym genialnym zagraniem.

To była 70. minuta meczu ze Śląskiem w Warszawie. Josue najpierw przechwycił bezpańską piłkę w środku pola, odegrał ją do Ernesta Muciego, który od razu podał mu ją z powrotem. Portugalczyk cały czas miał podniesioną głowę, rozglądał się i zanim znowu miał piłkę przy nodze, już wiedział, co chce z nią zrobić. Cały czas obserwował, że z prawej strony boiska ucieka Dino Stiglecowi i biegnie do przodu Paweł Wszołek. Josue wykonał długie, idealne podanie i skrzydłowy Legii - lobując bramkarza Śląska Michała Szromnika - strzelił zwycięskiego, jak się okazało - gola dla walczących o utrzymanie mistrzów Polski.

Zobacz wideo Obidziński punktuje władze Legii. "Spirala upadku. Kompletne odklejenie"

Aleksandar VukovićVuković ze specjalną dedykacją dla ambasadora Polski w Kijowie. Ale nie był jedyny

Josue, czyli piłkarz nieprzeciętny

Wszołek wiedział doskonale, że największa w tym zasługa właśnie Josue. Ściskał się z innymi piłkarzami, ale patrzył daleko w kierunku Portugalczyka, który sam odwrócił się jeszcze na chwilę w stronę ławki rezerwowych i spojrzał na trenera Aleksandara Vukovicia, jakby chciał od niego specjalnych podziękowań.

I Josue tych podziękowań się doczekał, bo Vuković na pomeczowej konferencji nazwał go nieprzeciętnym piłkarzem. Ale Serb docenił też innych legionistów - m.in. właśnie Wszołka za to, że umiał ze spokojem wykorzystać to genialne kilkudziesięciometrowe podanie od Josue.

A to niestety akurat w Legii normą nie jest, bo wystarczy spojrzeć w statystyki, by zobaczyć, że Josue takich podań na otwartą przestrzeń w lukę między obrońcami i poza zasięgiem bramkarza rywala ma w Legii najwięcej. Do meczu ze Śląskiem aż 52. Dla porównania drugi z legionistów - choć nie liczymy Patryka Sokołowskiego, który na Łazienkowską trafił z Piasta dopiero zimą - ma ich raptem 21 (dane za Wyscout). I jest to Mateusz Wieteska, a więc środkowy obrońca. Albo jak go nazywa obecny selekcjoner, a były trener Legii Czesław Michniewicz: nowoczesny środkowy obrońca, rzadki przypadek w naszej lidze, który siłą rzeczy ze względu na pozycję na boisku nie ma w trakcie meczu aż tylu okazji, by z linii obrony zagrywać takie piłki do atakujących.

Josue jako środkowy pomocnik ma tych okazji więcej. Kłopot w tym, że w tym sezonie mało kto z tych jego podań - z wyczuciem, dokładnych i w tempo - korzysta. Tak było też w poniedziałek ze Śląskiem, kiedy Wszołek raz skorzystał, ale też raz takie podanie zmarnował - w 75. minucie, kiedy nie trafił w bramkę. I tak też było w poprzednich meczach, choćby dwa tygodnie temu w Niecieczy, kiedy dobrego podania od Josue nie wykorzystał Tomas Pekhart, a Legia zremisowała wtedy 0:0.

"Cieszę się, że kibice doceniają mój występ"

Josue to w tej chwili najważniejszy piłkarz Legii. Trudno sobie wyobrazić drużynę bez niego. I kibice doceniają jego wkład w zespół. Kiedy w poniedziałek Portugalczyk w doliczonym czasie schodził z boiska (zmieniał go Lirim Kastrati), dostał z trybun brawa. - Cieszę się, że kibice doceniają mój występ, ale najważniejsze, że zdobyliśmy trzy punkty. One są w tej chwili dla nas bardzo ważne. To trzecie zwycięstwo z rzędu. Pewna nowość, ale mam nadzieję, że będziemy dalej walczyć i pracować, dzięki czemu odniesiemy kolejne - powiedział Josue po meczu ze Śląskiem.

Te zwycięstwa to faktycznie pewna nowość, bo Legia ostatni raz trzy mecze z rzędu wygrała w połowie września, kiedy na inaugurację fazy grupowej Ligi Europy pokonała na wyjeździe Spartak Moskwa (1:0), później w ekstraklasie u siebie Górnika Łęczna (3:1), a na koniec na wyjeździe Wigry Suwałki w 1/32 Pucharu Polski (3:1). A już zupełną nowością są dwa zwycięstwa z rzędu w samej ekstraklasie, bo takiej serii - choć brzmi to teraz absurdalnie - aktualny mistrz Polski w tym sezonie nie miał ani razu.

Polak podpisał kontrakt z Ajaksem Amsterdam. Niespodziewany transferPolak podpisał kontrakt z Ajaksem Amsterdam. Niespodziewany transfer

- Jestem pewien, że ta drużyna może grać lepiej - deklarował Vuković w grudniu, kiedy przychodził do Legii, by ratować sezon. Później już aż tak odważnych deklaracji nie składał. Trochę się z nich nawet wycofywał. Szczególnie w lutym, zaraz po przerwie zimowej, kiedy po porażce z Wartą Poznań (0:1) i bezbramkowym remisie z Bruk-Betem próbował wszystkich uświadomić, że jego drużyna do samego końca sezonu będzie bić się o utrzymanie.

Odważne deklaracje Vukovicia zniknęły, bo przede wszystkim nie pomagali ich podtrzymać piłkarze. I nadal specjalnie nie pomagają, bo w tej chwili gra Legii - która po zwycięstwie ze Śląskiem po blisko trzech miesiącach wygrzebała się ze strefy spadkowej i zajmuje 13. miejsce w tabeli - opiera się przede wszystkim na przebłyskach Josue. Tak było w meczu ze Śląskiem - grze mistrzów Polski przyglądaliśmy się dokładnie, czekaliśmy na jakiś inny pomysł w grze, szukaliśmy punktu zaczepienia, czegokolwiek, co świadczyłoby o pozytywnej przemianie zespołu, ale poza wspomnianą asystą Portugalczyka i golem Wszołka trudno było te pozytywy znaleźć.

Legię żegnała przeraźliwa cisza

Kiedy w poniedziałek legioniści schodzili do szatni na przerwę przy wyniku 0:0, nawet nie żegnały ich gwizdy, a przeraźliwa cisza. Kiedy wracali na drugą połowę, usłyszeli z trybun znaną przyśpiewkę, że "mistrzem Polski jest Legia". Tylko że Legia jak mistrz nie gra od początku sezonu. I aż strach pomyśleć, gdzie byłaby teraz w tabeli, gdyby nie Josue, który w tym roku asystował przy golu na 1:0 w meczu z Zagłębiem (3:1), przy zwycięskim golu z Wisłą Kraków (2:1) i teraz ze Śląskiem. A do tego sam strzelił gola i zaliczył asystę z Górnikiem Łęczna (2:0) - w arcyważnym ćwierćfinałowym meczu Pucharu Polski, czyli w rozgrywkach, które w tej chwili są dla Legii równie ważne - o ile nie ważniejsze niż liga - bo ich wygranie daje w przyszłym sezonie kwalifikacje do Ligi Konferencji Europy.

- Teraz każdy mecz jest dla nas jak finał rozgrywek, z takim nastawieniem powinniśmy wychodzić na boisko. W piątek czeka nas kolejne takie spotkanie przeciwko Górnikowi Łęczna. Jedziemy tam znowu zagrać kolejny finał i znowu zdobyć trzy punkty. Kluczem musi być walka i skupienie na wspólnym celu. Jasne, że chcemy grać ładnie, ale dziś liczą się przede wszystkim punkty. I tak należy myśleć do końca sezonu - mówi Josue.

I Legia tak na razie myśli - krok po kroku, ciuła punkty w lidze. Schody jednak dopiero się zaczną, bo po piątkowym meczu z Górnikiem Łęczna i wtorkowym zaległym z Bruk-Betem czekają ją spotkania już nie ze słabeuszami, a ze ścisłą czołówką: Rakowem (19 marca), Lechią (2 kwietnia), znowu z Rakowem (5 kwietnia, półfinał PP) i Lechem (10 kwietnia).

Więcej o: