Przyczyna kompromitacji Legii jest oczywista. A to nie koniec. Nadciąga piekło

Dominik Senkowski
Legia Warszawa zmierza prosto do piekła. Widmo prawdziwej kompromitacji, jaką byłby spadek z ekstraklasy, coraz poważniej zagląda piłkarzom w oczy. W stolicy musi zabrzmieć alarm, jeśli Dariusz Mioduski nie chce zapisać się na trwałe w historii klubu.

W sobotnim meczu dwóch drużyn ze strefy spadkowej ostatnia Termalica Brut-Bet Nieciecza zremisowała z przedostatnią Legią 0:0. Poziom spotkania oddawał pozycje obu drużyn w ligowej tabeli, a remis nikogo nie ucieszył. Oba zespoły zrobiły kolejny krok w stronę spadku z ekstraklasy.

Zobacz wideo "Jestem przekonany, że Vuković posprząta bałagan w Legii"

Przyczyna kompromitacji Legii jest oczywista - chaos w gabinetach

Legia zawodzi od początku sezonu, ale jesienią można było to tłumaczyć koniecznością występów w europejskich pucharach. Koniecznością, bo dla polskich drużyn rywalizacja w Europie zdaje się być przekleństwem. Mają zbyt wąskie kadry, by występować na kilku frontach. W poprzednim sezonie przekonał się o tym Lech, dziś brutalnie przekonuje się Legia.

Oczywiście nasze drużyny mogłyby budować szersze kadry, ale tego potrzeba odpowiednich specjalistów wśród osób odpowiedzialnych za zarządzanie. Właściciel i prezes Legii Dariusz Mioduski zreflektował się i pod koniec grudnia zwolnił krytykowanego dyrektora sportowego Radosława Kucharskiego. Zrobił to jednak zdecydowanie za późno. 

Kadencję Kucharskiego trudno jednoznacznie oceniać, ale ostatnie letnie okno transferowe było w wykonaniu Legii dramatyczne. Lirim Kastrati, Igor Kharatin, Lindsay Rose, Joel Abu Hanna, Yuri Ribeiro, Mahir Emreli, Mattias Johansson - żaden z nich nie potwierdził, że zasługuje grę w barwach mistrza Polski. Do tego nie brakuje głosów, że i sam Mioduski powinien oddać fotel prezesa człowiekowi z większym doświadczeniem w tej roli.

Jerzy Brzeczek, trener Wisły KrakówJerzy Brzęczek o przyszłości Błaszczykowskiego: On o to walczy

Brakuje wzmocnień

Kucharskiego zastąpił Jacek Zieliński, który przy Łazienkowskiej zajmował się niemal wszystkim i pewnie sam był zaskoczony, że w końcu Mioduski dał mu większą władzę. Moment zmiany dyrektora był jednak fatalny - tuż przed rozpoczęciem zimowego okna transferowego. Efekt? Brak oczekiwanych wzmocnień, których drużyna potrzebuje dziś jak tlenu. Przyszli jedynie Paweł Wszołek i Richard Strebinger. Wszołek wrócił z Unionu Berlin, gdzie praktycznie nie grał. Tego typu transfer od kilku tygodni wydawał się naturalny.

Czas ucieka, a Legia jest kadrowo bardzo słaba. Wydaje się nieprzygotowana do walki o utrzymanie. Zimą straciła dwóch ważnych piłkarzy - Mahir Emreli odszedł do Dinama Zagrzeb, Luqinhas do New York Red Bull. Z klubu odeszło dwóch bardzo cennych piłkarzy. Brak Emreliego jeszcze bardziej osłabił konkurencję w i tak przeciętnym ataku Legii. Brak Luqinhasa to zaś cios w samo serce zespołu. Brazylijczyk był głównym odpowiedzialnym za kreowanie gry. Pod jego nieobecność tę rolę musiał przejąć Josue. Wychodzi mu to raz lepiej, raz gorzej, ale wszyscy mają świadomość, że 31-letni Portugalczyk w żadnej poważniej lidze w Europie nie zrobiłby już kariery.

Transfer z desperacji

Legia szuka po omacku. Najnowszy przykład to Richard Strebinger, który do Legii dołączył w niedzielę. To 29-letni austriacki bramkarz, który większość kariery spędził w Rapidzie Wiedeń. Grał też w Niemczech w niższych ligach w drugich drużynach Herthy Berlin, Werderu Brema czy w Jahnie Regensburg.

Dwa lata temu Streibinger doznał poważnej kontuzji głowy i musiał występować w kasku. Trzy lata temu miał też problemy z sercem. Ostatni mecz rozegrał we wrześniu 2021. Potem pauzował z powodu kontuzji pleców. Czy kogoś dziwi, że Rapid chciał się pozbyć takiego zawodnika?

Legia jest zdesperowana. Artur Boruc został zawieszony i nie zagra w najbliższych spotkaniach. A młodsi następcy - Cezary Miszta i Kacper Tobiasz - nie dają żadnej gwarancji spokoju w bramce. Stąd pomysł ze sprowadzeniem podatnego na kontuzje Strebingera.

Co dalej?

Legia straciła Emreliego i Luqinhasa na własne życzenie. To dwa piłkarze, którzy najmocniej oberwali po niedawnym ataku pseudokibiców na legijny autokar. Po tym incydencie nie chcieli już zostać w Warszawie. W sobotę po meczu z Termaliką sympatycy mistrzów Polski ponownie dali upust swojej złości. "Czy przypomnieć wam szmaciarze o rozmowie w autokarze?" – skandowali fani do piłkarzy po skończonym meczu.

Trudno też powiedzieć, że Aleksandar Vuković na stanowisku trenera daje nadzieję na lepszą przyszłość. Po powrocie na ławkę Legii Vuković ograł Zagłębie Lubin (dwa razy), przegrał z Radomiakiem, Wartą (oba mecze u siebie) oraz zremisował bezbramkowo z Termaliką na wyjeździe. Szału nie ma.

A nadchodzą kolejne trudne spotkania. W następnej kolejce rywalizacja w stolicy z Wisłą Kraków, która także jest zamieszana w walkę o utrzymanie (15. miejsce, dwa punkty więcej od Legii). Kilka dni później legionistów czeka ćwierćfinał Pucharu Polski z Górnikiem Łęczna. To jedyna droga dla zawodników Legii, by w przyszłym sezonie występować w eliminacjach europejskich pucharach. Tylko jak myśleć o Europie, gdy piłkarzom mistrzów Polski coraz poważniej zagląda w oczy widmo spadku - prawdziwej kompromitacji?

Klęska Legii byłaby historyczna. Jeszcze jesienią zwycięstwa ze Spartakiem czy Leicester, teraz stołeczny zespół zmierza prosto do piekła, jakim będzie dla niego spadek z ekstraklasy. Legia jest jedyną drużyną piłkarską, która po wojnie nigdy nie spadła z najwyższej ligi. Dariusz Mioduski zapisałby się na trwałe w historii klubu jako ten, który doprowadził do takiego tąpnięcia. By tak się nie stało, w Warszawie musi rozbrzmieć w końcu syrena alarmowa.

Więcej o: