Patrząc na to, ile wydarzyło się w Legii Warszawa podczas przerwy w rozgrywkach, trudno uwierzyć, że trwała tylko siedem tygodni. Ale jeszcze trudniej uwierzyć, że do tego wszystkiego doszło w najlepszym i najbogatszym polskim klubie ostatnich lat.
Odszedł przecież dyrektor sportowy Radosław Kucharski, którego Dariusz Mioduski jeszcze na początku grudnia bronił przed kibicami w twitterowej dyskusji. Idealny może nie był, bo rzadko odbierał telefon i zaniedbywał komunikację, ale właściciel klubu zapewniał, że jest za to fachowy i ma oko do piłkarzy. Wybrzmiało, że i tak nie ma lepszego kandydata na jego miejsce, bo rynek dyrektorów sportowych jest nadzwyczaj ubogi. Wizja - jak zwykle u Mioduskiego - była długofalowa. Dokładnie - dwudziestodniowa. Choinki nie zaczęły gubić igieł, a Kucharskiego już w Legii nie było.
Zastąpił go Jacek Zieliński, który w różnych rolach pracuje w klubie od prawie pięciu lat. Jeszcze w grudniu Mioduski nie widział alternatywy dla Kucharskiego, ale nagle znalazł ją w pokoju obok. Zieliński z mało prestiżowego szefa rozwoju karier indywidualnych i wypożyczeni awansował na najważniejsze stanowisko w klubie. Zaczął pracę od ponownych negocjacji z Markiem Papszunem, trenerem Rakowa Częstochowa, którego w listopadzie, godzinę przed meczem z Leicester City, Mioduski zapraszał do Legii w specjalnym wywiadzie. Wstępne ustalenia zostały poczynione już wcześniej. Ale Zieliński - w przeciwieństwie do Mioduskiego - miał wątpliwości. Efekt ich rozmowy był taki, że Papszun podpisał nowy kontrakt z dotychczasowym klubem. Niefortunny wywiad Mioduskiego stał się wywiadem wręcz kuriozalnym.
- Mogę potwierdzić, że chcemy się porozumieć ze szkoleniowcem i jego sztabem. Jeśli nie będzie możliwe zatrudnienie go zimą, to jesteśmy gotowi poczekać do końca sezonu. Uważam, że Marek Papszun przy odpowiednich warunkach do pracy, które w Legii są, jest obecnie najlepszym kandydatem by rozwinąć nasz zespół w najbliższych latach. Mam przekonanie, że charyzma, wiedza, doświadczenie trenera Papszuna bardzo pozytywnie połączy się z filozofią klubu. Wierzę też, że dołączenie trenera Papszuna będzie dla Legii Warszawa bardzo pozytywną zmianą, a on sam będzie potrafił wykorzystać w pełni potencjał naszego klubu, który ma dzisiaj warunki do rozwoju na poziomie czołowych europejskich marek - przekonywał właściciel Legii.
Legia zimowała w strefie spadkowej, ale zamiast się wzmocnić, straciła ważnych piłkarzy. Dwóch najdotkliwiej pobitych po meczu w Płocku, choć postawę przyjęło zupełnie inną, w pierwszym wiosennym meczu już nie zagrało. Luquinhas, który początkowo zdecydował się zostać w Legii i swoim hartem ducha tak zaimponował trenerowi Aleksandarowi Vukoviciowi, że został autorytarnie wybrany nowym kapitanem, lada moment zostanie sprzedany do New York Red Bulls. Natomiast Mahir Emreli po świętach w ogóle nie wrócił do Warszawy i poszedł z Legią na prawniczą wojnę, byle rozwiązać kontrakt. Wykorzystał skandaliczne zachowanie kibiców do szybkiego odejścia. Od kilku dni jest już piłkarzem Dinama Zagrzeb.
Na koniec Czesław Michniewicz, który w październiku został zwolniony, a na początku grudnia wskazany przed Mioduskiego jako w 90 proc. winny katastrofalnej sytuacji Legii, został selekcjonerem reprezentacji Polski. I kto wie, czy to nie on jest największym wygranym tego sezonu. Skompromitował się przecież prezes Legii, Kucharski zapłacił posadą, straciło wielu piłkarzy, a następca Michniewicza nie wytrzymał na ławce nawet dwóch miesięcy. Zdobył doświadczenie, ale i w CV sobie nabrudził. Tylko Michniewicz po serii porażek poszedł w górę - trenować najważniejszą drużynę w Polsce.
Pierwszy mecz Legii Warszawa po przerwie znakomicie wpisał się w ten wszechobecny brak logiki. Po wygranych w dobrym stylu sparingach przyszło bowiem spotkanie nad wyraz nieprzekonujące. Dwa celne strzały dały mistrzom Polski trzy gole, bo jednego sprezentował im Bartosz Kopacz, kierując piłkę do własnej bramki. Z nieudanego uderzenia Josue wyszła świetna asysta, którą wykorzystał Maciej Rosołek, a będący w świetnej formie Artur Boruc dość zaskakująco schował ręce i przepuścił strzał Patryka Szysza. Do tego najlepszy na boisku Josue zobaczył piątą żółtą kartkę i za tydzień nie zagra.
W sytuacji Legii najważniejsze oczywiście są punkty. W Lubinie wywalczyła trzy. I to może cieszyć kibiców zdecydowanie bardziej niż gra. Trudno jednak o poważniejsze wnioski. Z gabinetów idzie przykład, że w Legii to co aktualne dzisiaj, za tydzień może już dawno stracić ważność.