Wielki transfer polskiego piłkarza. Nikt nie powie o nim złego słowa

Dawid Szymczak
Kiedyś grał w korkach po kolegach, bo na własne nie było go stać. Dziś Lech Poznań dostaje za niego miliony euro, a on sam rozdaje buty młodszym piłkarzom. Zakompleksiony chłopak z biednej śląskiej rodziny zmienił się w przebojowego skrzydłowego, który ruszy na podbój Bundesligi. Jakub Kamiński ma 19 lat i nikt w Polsce nie powie o nim złego słowa.

- Ostatnio przyjechał do Wronek z piernikami. Lata temu nauczyłam go piec i co roku przed świętami je przygotowywaliśmy. Dużo wtedy rozmawialiśmy. Później zabierał ciasto do siebie na Śląsk i w domu piekł je dla rodziców. Teraz sam zrobił je dla mnie - mówi Teresa Dąbrowska, od ponad 20 lat opiekująca się młodymi piłkarzami Lecha Poznań

Zobacz wideo "Nie chcę, żeby taki człowiek był selekcjonerem reprezentacji Polski. To go dyskwalifikuje"

- Jestem od wszystkiego. Dbam o chłopców. Bywam ich psychologiem, czasami jestem wychowawczynią, czasami korepetytorką. Od Kuby nigdy nie usłyszałam "Nie chce mi się". Żadnych problemów nie stwarzał. Słuchał, jak się do niego mówiło. Powtarzałam: "Myśl o przyszłości. Odkładaj pieniądze. Podchodź do nich roztropnie i otaczaj się właściwymi ludźmi, którzy będą chcieli dla ciebie dobrze". Dzisiaj innym chłopakom stawiam go za wzór. U niego zawsze głowa szła w parze z nogami. To wzór na sukces. A na wzorach się znam, bo jestem matematykiem.

- Zadzwonił do mnie po podpisaniu kontraktu. Cieszył się. Ja też się cieszyłam. Dumna jestem. Jak syna go traktuję - mówi kobieta, którą Kamiński w jednym z wywiadów nazwał "drugą mamą".

Kibice oglądają mecz Polska - Słowacja podczas Euro 2020Jest kraj, gdzie skoki ogląda więcej ludzi niż w Polsce. Zaskakujące wyniki oglądalności

Zamiast telefonu dla siebie, prezent dla brata 

Kamiński trafił do akademii Lecha w 2015 r. Miał 13 lat. W rodzinnym domu się nie przelewało. W torbie przywiózł nowe korki kupione za niecałe 200 złotych. Profesjonalne potrafią kosztować kilka razy więcej i jego nowi koledzy już takie mieli. Inne na sztuczną murawę, inne na naturalną. Jedne z wkręcanymi korkami, drugie "lanki". Do gry w deszczu i na suche boisko. Te Jakuba Kamińskiego rozkleiły się po pół roku. Na nowe nie było go stać. Ale koledzy zmieniali korki, gdy pojawiał się nowy model, a nie gdy się zniszczyły, więc starsze zostawiali dla niego. Lubili go. A on był wdzięczny. Dzisiaj to Kamiński oddaje swoje korki piłkarzom z akademii. 

Kiedyś spóźnił się na zbiórkę, choć trener wysyłał do wszystkich zawodników zbiorczą wiadomość, że wyjeżdżają wcześniej. Gdy udzielił Jakubowi reprymendy, okazało się, że ten nie ma telefonu. Za pierwsze pieniądze otrzymane ze stypendium też go nie kupił. Odłożył na prezent dla brata.

- Długo był zamknięty w sobie i walczył z kompleksami. Niezbyt chętnie się odzywał, zawsze wszystko mu pasowało. Jakkolwiek złe nie byłyby warunki podczas jakichś przygotowań, on się do nich dostosował. Brał, co dali i skupiał się na pracy. Był grzeczny, dobrze wychowany. Dopiero z czasem się otworzył. Podczas meczu kadry do lat 17 pierwszy raz usłyszałem, że się na coś zdenerwował i przeklął. Aż z trenerami popatrzyliśmy na siebie: "To Kamyk zna takie słowa?! Co tu się dzieje?". Śmialiśmy się. Na boisku, jak w życiu: nikomu nie odpyskował, nikomu nie oddał, z nikim się nie pokłócił - opowiada trener Przemysław Małecki, pracujący obecnie w Legii Warszawa, który pierwszy raz spotkał się z Kamińskim w akademii Lecha Poznań, a później powoływał go do reprezentacji Polski do lat 16 i 17.

- Do wielu osób będziesz dzwonił? - pyta Małecki. - Jak znajdziesz kogoś, kto powie o nim coś złego, będę bardzo zdziwiony. 

Legia Warszawa daje 700 tysięcy euro za wymarzonego piłkarza! Jest reakcja klubuLegia Warszawa daje 700 tysięcy euro za wymarzonego piłkarza! Jest reakcja klubu

Nawet w Lechu Poznań byli zawodnicy zdolniejsi od Jakuba Kamińskiego

Na początku stycznia dwóch młodych polskich piłkarzy zostało sprzedanych za około 10 milionów euro. 19-letniego Kamińskiego kupił Wolfsburg, a rok młodszego Kacpra Kozłowskiego z Pogoni Szczecin - Brighton. Ich drogi do silnych lig są jednak zupełnie inne.

Kozłowski, gdzie się nie pojawiał, był najlepszy. W młodzikach, juniorach, rezerwach i kolejnych młodzieżowych reprezentacjach. Trenerzy zgodnie przyznawali: z takim talentem nie pracowali nigdy wcześniej. Odważnie wszedł też do pierwszej drużyny Pogoni. Kamiński nawet w Lechu nie był uznawany za najzdolniejszego w swoim roczniku. 

- Grał w jednej drużynie z Filipem Marchwińskim. Razem przyjeżdżali też na zgrupowania reprezentacji. I trzeba to powiedzieć jasno: Marchwiński miał większy talent. On pod tym względem wyróżniał się na tle europejskim. Gdyby podczas naszych meczów z Portugalią czy Holandią Filip przebrał koszulkę i zagrał z nimi, nie miałby problemów. Sądzę wręcz, że wciąż by się wyróżniał - przyznaje Małecki. 

- W kadrze co pół roku robiliśmy takie wewnętrzne rankingi Top 5 naszych piłkarzy, bez podziału na pozycje. Marchwiński zawsze był pierwszy, za jego plecami Nicola Zalewski, a później Kuba Kamiński. W reprezentacji do lat 17 Marchwiński strzelił bodaj 14 goli. Kolejny zawodnik - Michał Rakoczy - miał tych goli sześć. Taka była różnica.

- Ale oczywiście widzieliśmy w Kamińskim potencjał. Miał bardzo dobrą dynamikę, był inteligentny i pojętny taktycznie. Ale on wygrywa przede wszystkim charakterem: pracowitością, pokorą, niezłomnością. Dojrzałością przerasta wszystkich rówieśników. Trudne momenty wpłynęły na to, jak silny ma charakter - dodaje były selekcjoner rocznika 2002. 

W sporcie często łatwiej atakować z drugiego lub trzeciego miejsca niż bronić pozycji lidera, jednocześnie dźwigając sporą presję. Dzisiaj to Kamiński został sprzedany do bundesligowego klubu i latem opuści Poznań, a Marchwiński jest rezerwowym Lecha. Małecki uważa jednak, że w przypadku Kamińskiego brak tak dużych oczekiwań nie miał większego znaczenia. - Ma wielką odporność psychiczną. My robiliśmy te rankingi i porównywaliśmy piłkarzy na własny użytek. Sami zawodnicy też często w swoich głowach tworzą podobne rankingi, co nie zawsze im pomaga. Ale wydaje mi się, że Kuba nigdy się na tym nie skupiał. Nie patrzył, kto w danym momencie jest od niego lepszy. Nie gonił Marchwińskiego, bo w ogóle nie interesowało go to, co dzieje się dookoła. Skupiał się na swojej pracy. 

Do gry Kamińskiego nie było większych zastrzeżeń już w poprzednim sezonie, który Lech skończył na rozczarowującym siódmym miejscu. W tym jednak przebojowy skrzydłowy stał się jednym z liderów zespołu, który na półmetku sezonu prowadzi w tabeli. W 19 meczach ekstraklasy strzelił sześć goli, a przy pięciu asystował. - Chcieliśmy żeby brał odpowiedzialność za grę ofensywną. Zależało nam, żeby jak najlepiej wykorzystać jego dynamikę i przebojowość. Doszły do tego liczby. Ale u Kuby tak naprawdę nic się nie zmieniło. Nie gwiazdorzy. Schodzi z treningu jako jeden z ostatnich, bo musi jeszcze po starszych piłkarzach piłki pozbierać i sprzęt poznosić - opowiada Maciej Kędziorek, asystent Macieja Skorży, trenera Lecha.

Jak Lech Poznań przekonał Jakuba Kamińskiego?

"Ma zaledwie 12 lat, niespełna 160 cm wzrostu i 40 kg wagi, a już chce go Lech Poznań i Legia Warszawa. W cieniu gigantów ustawia się połowa klubów ekstraklasy. W Szombierkach liczą się z tym, że w czerwcu chłopak wyjedzie z Bytomia" - pisał w 2014 r. "Super Express". 

Lech wdrażał wtedy projekt konsultacji dla młodych zawodników z całej Polski, którzy wyróżniali się w swoich kadrach wojewódzkich. Zapraszał ich do Poznania co kilka tygodni i - jeśli byli wystarczająco dobrzy - przekonywał do przeniesienia na stałe.

- To był nasz autorski pomysł. Rodzice i zawodnicy w pierwszej kolejności poznawali wartości i cele Akademii Lecha Poznań. Pierwsza konsultacja dla licznej grupy miała miejsce w czerwcu 2014 roku i zaczęła się w sali konferencyjnej na stadionie Lecha - mówi Marcin Salamon, trener akademii Rakowa Częstochowa, który pracując w szkółce Lecha, odpowiadał za proces selekcyjny rocznika 2002.

- Pierwsze zajęcia zawierały zarówno elementy ćwiczeń, które cechowały nasz model gry i związany z nim model treningu, jak i grę, w trakcie której mogliśmy zaobserwować zawodników w swobodniejszym dla nich środowisku. Celem była możliwość porównania zawodników w części treningowej, która wymagała koncentracji, umiejętności adaptacji i stopniowej progresji. W tej części Kuba zaprezentował się poprawnie. Gra właściwa, która kończyła pierwszą konsultację, była w jego wykonaniu już na niższym poziomie. Charakterystyka gry u dwunastoletnich chłopców, którzy w większości przypadków po raz pierwszy mieli okazję ze sobą zagrać, skutkuje tym, że przeważają działania indywidualne i nie wszyscy mogą pokazać pełnię swoich umiejętności. Kuba podczas tej konsultacji w grze końcowej rzadko był pod grą. Trening wraz z grą zostały nagrane i przeanalizowane. Wniosek? Kuba potrzebuje czasu, żeby zafunkcjonować w nowym środowisku.

Były selekcjoner polskiej kadry o pozycji Krychowiaka: Wycofałbym go do obronyPiłkarze już zdecydowali. Chcą go na selekcjonera. "Jest skuteczny"

- Kolejna konsultacja była dwudniowa. Chcieliśmy sprawdzić, jak chłopcy spędzają czas wolny, jak radzą sobie poza boiskiem i czy odnajdą się w internacie we Wronkach. Kuba ze wszystkim poradził sobie świetnie: na treningach wyróżniała go szybkość, a poza boiskiem dyscyplina i dobre wychowanie. Jak był czas na regenerację, to odpoczywał. W pokoju był porządek. 

- W gierce dało o sobie znać jego wszechstronne przygotowanie. Rodzice byli akrobatami. Tata wykładał na katowickiej AWF, mama również była trenerką. Kuba w dzieciństwie chodził z nimi na treningi, dlatego gdy dostał wysokie dośrodkowanie, nie bał się uderzyć piłki przewrotką. Padła piękna bramka - wspomina Salamon.

- Po drugiej konsultacji odrzuciliśmy sześciu piłkarzy, a 12 zapraszaliśmy na kolejne konsultacje, turnieje i zgrupowania. Mieli stopniowo poznawać nowe środowisko, by w momencie transferu nie iść w nieznane. Kuba formalnie trafił do nas w 2015, ale tak naprawdę funkcjonował w akademii na zasadzie tych konsultacji już rok przed transferem. Znał wszystkich kolegów, nasze zasady i całą filozofię pracy we Wronkach.

Po drodze nastolatek ze Śląska odwiedzał też inne czołowe akademie. - Nie chcieliśmy iść na skróty i mieć Kuby tu i teraz. Pozwalaliśmy mu odwiedzać inne kluby, by miał porównanie i podjął świadomą decyzję - zapewnia Salamon. Rywalizacja o zdolnego piłkarza toczyła się między Lechem a Legią. Dopiero na ostatniej prostej, gdy Jakub był już przekonany do Lecha, do gry wszedł Górnik Zabrze. Ale piłkarza decyzji nie zmienił.

Pomogli kibice Legii Warszawa

Na wybór Kamińskiego wpływ mieli za to kibice Legii, którzy podczas testów zaatakowali rodziców młodych piłkarzy. Legia zaprosiła wtedy kilkunastu chłopców ze Śląska. Jeden z rodziców obserwujących trening miał na sobie czapkę lub plecak z herbem Górnika Zabrze. Gdy kibice to zauważyli, doszło do awantury. Wystraszeni rodzice podjęli solidarną decyzję, że odpuszczają kolejny dzień testów i wracają do siebie. Mama Jakuba Kamińskiego też solidnie się wystraszyła. W Lechu nie dość, że były lepsze warunki infrastrukturalne, było też spokojniej i bezpieczniej.

"Nowy Mourinho" chce prowadzić reprezentację Polski. Były trener Chelsea

"Młodym piłkarzom częściej brakuje determinacji niż sprawności albo umiejętności technicznych. Kuba pod tym względem jest wręcz unikatowy"

To mama kontaktowała się z trenerami, jeździła na mecze i chodziła na wywiadówki. Płakała ze wzruszenia, gdy syn zadebiutował w Lechu. Pierwszego meczu w kadrze już nie doczekała. Zmagała się z chorobą alkoholową. Zmarła w marcu 2020 r. przed ważnym dla Jakuba spotkaniem z Górnikiem. Klubem, który ma w sercu i na meczach którego podawał w dzieciństwie piłki. Koledzy i trenerzy nie wiedzieli, z jaką tragedią się zmaga. Zagrał dla niej. Dopiero gdy schodził z boiska, popłynęły mu łzy.

- Kuba jest bardzo silnym człowiekiem. Nie dał po sobie poznać, że w jego życiu wydarzyło się coś tak trudnego. Niedługo przed meczem nasz rzecznik prasowy o wszystkim mi powiedział. Uznałem, że skoro Kuba nic nie mówił i chciał zagrać, to mu na to pozwolę i zachowam się, jakbym o niczym nie wiedział. Cały zespół dowiedział się już po meczu - opowiada Dariusz Żuraw, który trenował wtedy Lecha.

- W lutym 2014 r. mieliśmy obóz w Żaganiu. Dostałem informację, że Kuba dotrze tam z rodzicami innych chłopców, którzy jechali ze Śląska. Ale i tak do wszystkich wysłałem plan zgrupowania. My wyjeżdżaliśmy z Poznania o godz. 7:30. Przed szóstą byłem już na stadionie. Wchodząc, zobaczyłem, że na sofach przy recepcji śpią Kuba i jego mama. Portier powiedział mi, że przyjechali o drugiej w nocy i zapytali, czy mogą się tutaj przespać, bo rano jadą na obóz. Wyszła cała ich determinacja. Z rodzicami tamtych chłopców się nie dogadali, ale skoro dali nam słowo, że będą na obozie, to wsiedli w pociąg i w nocy dotarli do Poznania, skąd wspólnie pojechaliśmy na obóz - opowiada Marcin Salamon. 

- To mówi wszystko o charakterze Kuby. Dzisiaj młodym chłopcom trenującym piłkę częściej brakuje determinacji niż sprawności albo umiejętności techniczno-taktycznych. To mentalność bardzo często decyduje, kto idzie wyżej i gra profesjonalnie, a kto zostaje na poziomie amatorskim. Kuba pod tym względem jest wręcz unikatowy. Nie było przeszkód, które mogłyby odebrać mu marzenia - podkreśla Salamon.

- Dobrze, że to akurat jemu się wiedzie. Zasłużył na to - uważa Małecki, który miał rację z tym, że żaden z naszych rozmówców nie powie o Kamińskim złego słowa.

Więcej o: