Tak Dariusz Mioduski marnuje pieniądze w Legii. Czas się pożegnać

Dominik Senkowski
Dariusz Mioduski może zaklinać rzeczywistość, ale to on w głównej mierze odpowiada za bałagan w Legii Warszawa. Jako właściciel klubu musi w końcu przejrzeć na oczy i zrozumieć, że prezes Dariusz Mioduski jest dla stołecznego klubu obciążeniem. Ten pociąg pędzi w przepaść.

Dariusz Mioduski jest w Legii od prawie 10 lat. Najpierw był członkiem rady nadzorczej, potem jednym ze współwłaścicieli. W marcu 2017 roku odkupił udziały od Bogusława Leśnodorskiego i Macieja Wandzla, stając się jedynym właścicielem Legii.

Zobacz wideo Legenda Legii jednoznacznie: Jest winny chaosu. "To nie jest katastrofa. To skandal"

Nadzieje związane z jego osobą były wśród kibiców Legii spore. Klub przejął człowiek pochodzący z wielkiego biznesu, który pracował m.in. w Kulczyk Investments - osoba z takim dorobkiem miała zagwarantować profesjonalne zarządzanie Legią. Słychać było głosy, że zaczyna się "nowy wspaniały rozdział w historii Legii".

Mioduski zdecydował, że będzie prezesem klubu. Nie miał doświadczenia w w samodzielnym zarządzaniu klubem piłkarskim, ale można było liczyć, że otoczy się kompetentnymi współpracownikami, których będzie słuchał. Wydawało się, że taką umiejętność posiadł jeszcze w biznesie, gdzie pracował na wysokim szczeblu i miał pod sobą wiele osób.  

Futbol to biznes inny niż wszystkie

Wydawało się także, że skoro Mioduski był już wcześniej zaangażowany w Legię, to rozumie, że wielki klub (jak na polską skalę) to nie tylko wielka tradycja, ale także wielka odpowiedzialność. To nie zwykły biznes, jak każdy inny. Problemy danej firmy są zmartwieniem dla właściciela oraz pracowników. Problemami klubu piłkarskiego przejmują się także kibice.

Futbol to też biznes wyjątkowo nieprzewidywalny. Kontuzje, gorsza forma piłkarzy, losowanie rywali, błędy sędziów - prezes klubu nie odpowiada w pełni za wyniki drużyny, na niektóre kwestie po prostu nie ma wpływu. Z drugiej strony - prezes jest od tego, by minimalizował ryzyko niepowodzenia, a nie je zwiększał. A Mioduskiemu można postawić właśnie taki zarzut - jego decyzje wprowadzały bałagan, pchały Legię w nieznane. 

Przede wszystkim te dotyczące trenerów. Prezes Legii zatrudniał w ostatnich latach prawie samych szkoleniowców bez doświadczenia lub z wątpliwą reputacją. Widzieli to kibice, wątpili dziennikarze, Mioduski ryzykował. A przecież Legia to nie jest byle jaki klub, by traktować go jak królika doświadczalnego, jak trampolinę dla mniej doświadczonych trenerów jak np. Dean Klafurić, Aleksander Vuković, czy obecny Marek Gołębiewski.

Romeo Jozak mógłby być ciekawym rozwiązaniem na stanowisko dyrektora akademii, ale skąd pomysł, by po latach pracy w gabinetach Dinama Zagrzeb miał z sukcesami poprowadzić z ławki warszawską drużynę? Z czego wynikała wiara, że Ricardo Są Pinto zmieni się akurat w Legii? Portugalczyk prowadził dotychczas 14 drużyn. W żadnej nie pracował dłużej niż rok - w Legii, z którą podpisał trzyletni kontrakt, także nie przepracował roku - czy to tak trudno było przewidzieć?

Jedynym uznanym trenerem z doświadczeniem zatrudnionym przez Dariusza Mioduskiego był dotychczas Czesław Michniewicz. I to ten szkoleniowiec jako pierwszy od pięciu lat wprowadził Legię do fazy grupowej europejskich pucharów. Przypadek? Więcej, zespół Michniewicza zapewnił sobie mistrzostwo kraju na trzy kolejki przed końcem sezonu 2020/2021. Wcześniej Legia za kadencji Mioduskiego zdobywała tytuł rzutem na taśmę, wyprzedzając Lecha Poznań (2019/2020) oraz Jagiellonię Białystok (2017/2018, 2016/2017). Po tytuły sięgała w wielkich bólach. 

Mimo to prezes Legii zwolnił Czesława Michniewicza. Oczywiście, miał do tego prawo, bo drużyna pod jego wodzą prezentowała się w tym sezonie ekstraklasy dramatycznie. Jeśli jednak zwalniasz trenera, musisz mieć plan, kim go zastąpić. Tymczasem za Michniewicza przyszedł Gołębiewski, bez doświadczenia na najwyższym poziomie w Polsce. Kolejne wielkie ryzyko, które obróciło się przeciwko prezesowi. Jak szkoleniowiec rezerw miał wyciągnąć z dołka drużynę mistrza kraju? 

Trudno pozbyć się wrażenia, że trenerzy w Legii wybierani są zupełnie przez przypadek. Nie ma w tym żadnej myśli przewodniej, strategii. Jedyny wspólny mianownik większości szkoleniowców to brak doświadczenia generujący olbrzymie ryzyko niepowodzenia. 

Pytania o transfery

Osobny temat to transfery: czas ich przeprowadzania oraz jakość sprowadzanych piłkarzy. Legia jeszcze długo nie będzie klubem gotowym zatrzymać swoich najlepszych zawodników. Powinna więc być przygotowana, by szybko ich zastąpić zawodnikami gwarantującymi odpowiedni poziom. Bywa z tym różnie, a najlepszy dowód stanowi ostatnie letnie okno transferowe. Jak sprawują się zawodnicy sprowadzeni ostatnio przez Legię?

Igor Charatin niczym się nie wyróżnia, zamiast Lindsay'a Rose trenerzy wolą postawić w środku obrony nawet magazyniera, Jurgen Celhaka zasłynął tylko tym, że odmówił gry w rezerwach, bo to urągało jego godności, Yuri Ribeiro i Joel Abu Hanna to wciąż zagadki, Josue nie jest drugim Vadisem, Mahir Emreli strzelał tylko w Europie (i to do czasu), ciągle czekamy na lepsze występy Mattiasa Johanssona, a broni się jedynie Maik Nawrocki, mimo kosztownego błędu ze Spartakiem. A i jest Lirim Kastrati, którego prezes nazwał najszybszym skrzydłowym w Europie - komentarz do tego jest chyba zbędny. 

Oczywiście, za transfery odpowiada dyrektor sportowy Radosław Kucharski, ale jego też zatrudnił Mioduski i to on, jako prezes, odpowiada za całokształt. W rozmowie z kibicami na Twitterze Mioduski przyznał we wtorek: "Kucharski jest uczciwy, kompetentny, ma oko do piłkarzy, ale ma też problem z komunikacją, za co opierdalam go od czasu do czasu za to, bo sam się wkurwiam". Brzmi jak opis skauta, ale nie dyrektora sportowego - wydawałoby się - poważnego klubu.

Prezes Mioduski wychodzi do kibiców i tak tłumaczy obecne problemy Legii: "Mam diagnozę, co się stało i kto jest za to odpowiedzialny. W 90 procentach jest to sztab szkoleniowy, który był w Legii". Dariusz Mioduski jest chyba bardzo naiwny, jeśli wierzy, że ktokolwiek uwierzy w takie opowieści. Trener Michniewicz nie jest bez winy, ale obarczanie go prawie całą odpowiedzialnością za obecny bałagan jest nieporozumieniem. 

Uderzanie w Michniewicza

To Mioduski zatrudnił Michniewicza, więc jeśli trener się nie sprawdził, część winy ponosi także zatrudniający go prezes. Między nimi od dawna nie było chemii. W czerwcu szkoleniowiec Legii domagał się transferów, a w zamian usłyszał od prezesa: "Michniewicz ma duże doświadczenie i wiedzę, ale do pucharów europejskich przygotowuje się po raz pierwszy. Jako klub przekazaliśmy mu wytyczne, że treningi powinny zacząć się miedzy 2 a 4 czerwca, aby mieć 5 tygodni na przygotowania. Trener przesunął jednak termin na 7 czerwca, a na koniec przedłużył jeszcze urlop kilku kluczowym zawodnikom, wiedząc, że kilku innych przebywa na kadrach i nie będą z nami trenowali od początku. To jego decyzje i bierze za nie odpowiedzialność. Ale nie powinien potem być zaskoczony sytuacją, do której sam tymi decyzjami doprowadził".

Okazało się, Michniewicz jednak wiedział, co robi i awansował do fazy grupowej Ligi Europy. Teraz zarzuca mu się, że źle przygotował drużynę. Częściowo można się z tym zgodzić, bo piłkarze, którzy imponowali w poprzednim sezonie (np. Tomas Pekhart, Filip Mladenović) ostatnio obniżyli loty. Ale w żadnej mierze nie można zwalić na niego całej odpowiedzialności, co Mioduski próbuje uczynić. Jak Michniewicz miał przygotować tych piłkarzy, których sprowadzono tuż przed zamknięciem okna transferowego, skoro drużyna przeszła okres przygotowawczy na przełomie czerwca i lipca, bo bardzo wcześnie rozpoczynała walkę o europejskie puchary?

Trudno się w tym wszystkim połapać

Gdy z kolei prezes Legii próbuje przyznać się do winy, wychodzi to tak, że chyba lepiej sobie darować kolejne podejścia. W niedawnym wywiadzie dla legia.com mówił:  "Można stwierdzić, że potencjalnym błędem, który biorę na klatę, było zatrudnianie trenerów przede wszystkim pod wynik, pod presją czasu, mediów i różnego typu ekspertów (...). Tak też było przy trenerze Czesławie Michniewiczu, który miał przecież odpowiedni warsztat i doświadczenie." 

Dwa pytania dotyczące powyższej wypowiedzi: jacy eksperci czy media doradzały zatrudnienie Jozaka, Sa Pinto, Klafuricia czy Gołębiewskiego? Po drugie, to Michniewicz miał odpowiednie doświadczenie (słowa prezesa z listopada) czy nie miał (czerwiec)? Bo trudno połapać się w tym wszystkim. Dariusz Mioduski może zaklinać rzeczywistość, zrzucać odpowiedzialność na innych, ale to on w głównej mierze odpowiada za bałagan, jaki panuje w Legii Warszawa.

Jeśli prezes mistrzów Polski nie zmieni swojego podejścia do trenerów, a nic na to nie wskazuje, to trudno doradzać Markowi Papszunowi, by przyjął propozycję pracy przy Łazienkowskiej. Wydaje się, że potencjalnie duże pieniądze mogą nie zrekompensować emocji, z jakimi wiąże się współpraca z obecnym prezesem Legii. Do tego sam Raków wygląda dziś na poważniejszy projekt niż ten z Warszawy. Szkoda nerwów.

Mecz Polska - Francja na MŚ kobietMistrzynie olimpijskie kontra Polska w kluczowym meczu MŚ. Skończyło się fatalnie

Kłopoty dyplomatyczne

Wydawało się, że przychodzący z wielkiego biznesu Dariusz Mioduski będzie umiejętnie dobierał słowa, by nie zrazić kolegów z innych klubów. Rzeczywistość okazała się inna. Dwa lata temu w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" mówił m.in. : "Niech ci zawodnicy trafią do Legii czy Lecha, zanim wyjadą za granicę, bo bardzo często nie są jeszcze na to gotowi. A odpowiednie umowy mogą pozwolić tym klubom jeszcze lepiej zarobić przy kolejnych transferach." Szybko odpowiedział mu prezes Pogoni Szczecin, Jarosław Mroczek: "W historii polskiej piłki są kluby bardziej zasłużone od Legii, mające więcej trofeów i markę. To nie tak, że jest tylko Legia i długo, długo nic."

Piotr Zieliński może odejść z Napoli do Bayernu MonachiumZnamy rozstawienia LE! Potężny zestaw. I nowy sposób rozgrywania fazy pucharowej

Ostatnie zamieszanie z Markiem Papszunem to kolejny przykład, jak Dariusz Mioduski psuje sobie relacje z innymi. - Prezes Legii bardzo często publicznie podkreśla, jak ważny jest szacunek pomiędzy klubami ekstraklasy, aby budować wspólnie silną ligę. Natomiast te słowa odbieram jako kompletne zaprzeczenie tej postawy - mówił właściciel Rakowa Częstochowa Michał Świerczewski w rozmowie z portalem meczyki.pl. Trudno dziwić się, że Legia nadal jest tak nielubiana w wielu miejscach w Polsce.

Rozstać się z Dariuszem Mioduskim jako prezesem

Dariusz Mioduski odpowiada na krytykę: "Łatwo rozporządzać cudzymi pieniędzmi. Wszystkich moich krytyków zachęcam do zainwestowania swoich pieniędzy w piłkę nożną." Szanuję każdego, kto inwestuje pieniądze w tak trudny biznes, jak futbol. Problem w tym, że właściciel Legii nie pomaga sobie własnymi decyzjami. Nie pomagają mu także doradcy, których zatrudnił. Przy obecnym sposobie zarządzania zwyczajnie marnuje pieniądze, które sam inwestuje w stołeczny klub. 

Apel do szefa mistrzów Polski: póki nie jest za późno, czas oddać funkcję prezesa kompetentnej osobie z doświadczeniem w zarządzaniu piłkarskim przedsiębiorstwem. Wydaje się, że tylko tak można zatrzymać ten pociąg pędzący w przepaść. Dariusz Mioduski jako właściciel musi w końcu przejrzeć na oczy i zrozumieć, że Dariusz Mioduski jako prezes jest dla stołecznego klubu obciążeniem. 

Więcej o: