Były trener Legii przerywa milczenie. "Wierzyłem, że Mioduski spojrzy na konto"

Bartłomiej Kubiak
- Może kiedyś Dariusz Mioduski zbuduje sobie jakiegoś trenera - zastanawia się Aleksandar Vuković, który w długiej rozmowie ze Sport.pl opowiada o zwolnieniu Czesława Michniewicza, ale wraca też do sytuacji sprzed roku, kiedy prezes Legii Warszawa podjął decyzję także o jego zwolnieniu. - Od początku wiedziałem, że jest w tym jakieś drugie dno - mówi.

Bartłomiej Kubiak: Legia płaci?

Aleksandar Vuković: O, widzę, że zaczynamy z grubej rury... Tak, płaci.

Pytam, bo może nie wszyscy wiedzą, że wciąż, do końca obecnego sezonu, ma pan ważny kontrakt z klubem.

- Tak, Legia płaci regularnie, choć staram się odbierać w ten sposób, że płaci nie Legia, a prezes Dariusz Mioduski.

Zobacz wideo

Kiedy Legia Warszawa gra kolejny mecz w Lidze Europy? Kto będzie jej rywalem?Legii Warszawa grozi finansowa katastrofa. Mogą stracić kilkadziesiąt milionów

Dlaczego Legia tak często zwalnia trenerów - pracę właśnie stracił pana następca Czesław Michniewicz?

- Najprostsza odpowiedź jest taka, że ma takiego prezesa. Bo to przecież nie Legia zwalnia trenerów, a prezes. Takie jest jego prawo i natura pracy. A że podejmuje takie decyzje regularnie? No tym się cechuje. W ostatnich latach dał się już poznać z tej strony. Może kiedyś Dariusz Mioduski zbuduje sobie jakiegoś trenera, bo to też działa w ten sposób, że piłkarzy buduje przede wszystkim trener, a trenerów przede wszystkim może zbudować prezes.

Pan też stracił pracę w Legii, ale po sylwetce stwierdzam, że raczej nie leżał przez ostatni rok tylko na kanapie.

- Ale był taki moment, że zareagowałem na to, co zobaczyłem w lustrze. Troszeczkę na początku mi się przytyło, złapałem nadwagę. Dzisiaj jest już OK. Jestem w dobrej formie. Może nawet w bardzo dobrej, bo ważę mniej więcej tyle, ile ważyłem jeszcze jako piłkarz u schyłku kariery, kiedy grałem w Koronie Kielce.

Bieganie, rower, siłownia, gra w piłkę?

- Mam problemy ze stawami kolanowymi, więc biegać za bardzo nie mogę. Dla mnie najlepszym i optymalnym treningiem jest spacer. Dużo spacerowałem i spaceruję, praktycznie odstawiłem samochód. Teraz modne są krokomierze. Ja akurat nie mam takiego zakładanego na rękę, ale mam aplikację w telefonie. Przez ostatnie pół roku moja średnia to 15 tys. kroków dziennie. Czyli chyba nieźle.

Słyszałem, że udało się też w Serbii wyremontować dom.

- Miałem na to trochę więcej czasu. Co prawda nie planowałem tego, bo zakładałem, że będę dalej pracował w Legii, ale stało się, jak się stało. A kiedy już tak się stało - straciłem pracę niespełna dwa miesiące po przedłużeniu kontraktu - założyłem sobie, że wykorzystam to właśnie na remont domu, na czas z dziećmi i takie bardziej przyziemne sprawy. Choćby na powrót do mojej rodzinnej Banja Luki, gdzie mam dom i gdzie przez wiele lat bywałem tylko gościem. Teraz trochę nadrobiłem ten czas.

Przestało już boleć?

- Boleć?

Pytam o Legię. Rok temu, miesiąc po zwolnieniu, w rozmowie Dariuszem Tuzimkiem mówił pan, że boli.

- Już trochę czasu minęło, by się z tego bólu wyleczyć.

Rok temu we wspomnianej rozmowie powiedział pan o swoim zwolnieniu, cytuję: "Nie powinno być tak, że jeden mecz decyduje o ocenie twojej pracy przez kilkanaście miesięcy. Odbieram to jako niesprawiedliwe".

- Jeżeli chodzi o ocenę sytuacji mojego zwolnienia, nic się nie zmieniło do dzisiaj. Od początku wiedziałem, że jest w tym jakieś drugie dno. Że kryje się za tym wszystkim coś więcej niż tylko porażka 1:3 z Górnikiem Zabrze. Oczywiście mam świadomość, że to jest tylko moja subiektywna ocena. Ale z drugiej strony cały czas mam też poczucie, że moja sprawiedliwość i szczerość wobec innych jest na bardzo wysokim poziomie. Także wobec siebie, co wydaje mi się, że kilka razy w życiu sobie udowodniłem. Gdy pracowałem w Legii, też zawsze cechowało mnie to, że moi zawodnicy - począwszy od Radka Cierzniaka, a skończywszy na Vamarze Sanogo - sami mówili o tym głośno, że traktowałem wszystkich na równi. Że nie było w drużynie świętych krów. Że było po prostu sprawiedliwie. Na tym mi bardzo zależało i tak było.

"Więcej treści sportowych znajdziesz też na Gazeta.pl"

Ale już nawet pomijając to oraz wszystko, co było wcześniej, czyli zasługi z poprzedniego sezonu, za które - jak to się w Polsce mówi - można leżeć jedynie na Powązkach, kluczowym aspektem świadczącym o poziomie niesprawiedliwości było w moim odczuciu to, że przed meczem z Górnikiem nie dostałem w klubie żadnego sygnału, że to będzie spotkanie o wszystko - o tzw. być albo nie być, że zadecyduje o mojej przyszłości.

To gdzie było to drugie dno?

- Powiem tylko tyle, że zwolnienie było dla mnie naprawdę dużym zaskoczeniem. Wiedziałem, że po odpadnięciu w eliminacjach Ligi Mistrzów z Omonią moja pozycja w klubie jest już zupełnie inna, ale nie spodziewałem się, że po porażce z Górnikiem jest ona aż tak słaba. Czyli że stracę pracę na trzy dni przed meczem z Dritą. Zdziwiłem się, że to nie z tego i z kolejnego meczu w pucharach będę rozliczany - przecież cel postawiony przede mną był jasny: awans do fazy grupowej Ligi Europy.

Dziś już wiem, że byłem naiwny. Wtedy tego nie wiedziałem. Nikt nie przyszedł do mnie i nie powiedział: "Słuchaj, z trzech meczów w lidze wygrałeś dwa. Jeśli teraz przegrasz z Górnikiem - wylatujesz. To jest dla ciebie mecz ostatniej szansy". Po prostu nie byłem tego świadomy. Oczywiście wiedziałem, że jeśli nie awansowałbym do europejskich pucharów, to argumentów bym dalej pracował w Legii, będę miał mało. Ale byłem gotowy podjąć to wyzwanie. Na to się nastawiałem, przygotowywałem do tego też drużynę. Tak samo, jak rok wcześniej nie bałem się meczu z Lechem, tak samo rok później nie bałem się ani spotkania z Dritą, ani kolejnego z Karabachem. Byłem przekonany, że zespół stać na to, by to był kolejny zwrotny punkt. Nie doczekałem się go, byłem zaskoczony. Ale też bardzo szybko zorientowałem się, dlaczego nie dostałem szansy na prowadzenie drużyny w tych meczach.

Dlaczego?

- Nie mam wątpliwości, że w otoczeniu prezesa od jakiegoś czasu nie brakowało osób, którym zależało na moim zwolnieniu. I że nie będzie ono możliwe - przynajmniej przez jakiś czas - jeśli pokonam Karabach i awansuję z Legią do Ligi Europy. Osoby, które "pracowały" nad moim zwolnieniem, doskonale zdawały sobie z tego sprawę. No i teraz można im pogratulować. Nawet nie tyle mądrości, ile zwyczajnie cwaniactwa.

Kim byli ci ludzie?

- To raczej jest powszechna wiedza, że zawsze wokół Legii kręcą się ludzie, którzy dobijają się do klubu. Poświęcają swój czas, energię, bo chcą - w dużym cudzysłowie - pomóc Legii. Z ich pomocy albo się korzysta, albo nie. Ale to nie oni o tym decydują, ani nigdy nie decydowali. Zawsze na samym końcu ta decyzja należy do prezesa.

Mówi pan o ludziach z zewnątrz klubu?

- Tak, ale nie tylko, bo zdawałem sobie sprawę, że moja pozycja wewnątrz klubu nie jest już tak silna. Czułem, że wraz z początkiem sezonu, zaczęliśmy trochę różnić się w kwestiach sposobu budowania zespołu. Nie zgadzałem się np. z tym, że Legia w tamtym momencie potrzebowała Joela Valencii, a nie potrzebowała Domagoja Atolicia. W kilku innych kwestiach też się różniliśmy. To wszystko składało się w taki mój odbiór, że koniecznie muszę awansować do fazy grupowej Ligi Europy.

Nowa rola prezesa Legii Warszawa. Dariusz Mioduski w strukturach PZPN-uTyle średnio pracuje trener Legii Warszawa. "Może problem leży gdzie indziej"

Ma trener do kogoś żal?

- Żalu już dzisiaj nie czuje, ale w tamtym momencie ten żal był. Natomiast z ręką na sercu pamiętam, że wtedy pomyślałem, że to nie ja powinienem żałować najbardziej.

A kto?

- Wydaje mi się, że prędzej ktoś, kto stracił później rok, by awansować do Ligi Europy. Ja wiedziałem, że drużyna w tamtym momencie potrzebuje wszystkiego, ale nie takiej decyzji. A późniejszy mecz z Karbachem tylko to potwierdził, bo przypominam, że decyzja o moim zwolnieniu miała sprawić, że Legia zwiększy swoje szanse na awans do fazy grupowej. A uważam, że tym ruchem tylko się tych szans pozbawiła.

Ale żeby to teraz nie zabrzmiało tak, że mam do kogoś żal, albo że mnie ta sytuacja w jakiś sposób jeszcze dotyka. Bo nie dotyka, żalu też nie mam. Po prostu: jeśli pan mnie pyta o moje zwolnienie, odpowiadam, jak to odbieram. A odbieram to w taki sam sposób, w jaki odbierałem ponad rok temu. Tutaj nic się nie zmieniło.

A jak odbiera pan pracę menedżerów piłkarskich?

- Jako część tego biznesu. Nie neguję ich pracy, ale uważam, że w Polsce trochę więcej zaufania powinno być do trenerów, a trochę mniej do menedżerów.

Dlaczego?

- Bo rozbieżności interesów tutaj są niesamowite. Sam spotkałem się przecież z dużą krytyką, mówiono i pisano, że niszczę i deprecjonuję wartość Michała Karbownika, bo wystawiam go na lewej obronie, a nie w środku pola. Uważam, że powinno mi się dziękować za to, że Karbownik nie odszedł na żadne wypożyczenie do pierwszej ligi, gdzie przecież go wysyłano, tylko został w Legii i regularnie grał. Wiem, ile serca i pracy włożyłem w jego karierę, ale też wcześniej w karierę Sebastiana Szymańskiego. Że liczył się dla mnie przede wszystkim ich interes oraz interes klubu, a nie to, że ich menedżer zarobi na tych transferach milion czy półtora miliona euro prowizji.

Tymczasem ja słyszałem zarzuty i pretensje - także od prezesa - że Karbownik jest wart dużo mniej pieniędzy, bo wystawiam go nie tam, gdzie potrzeba. To było tak absurdalne, ale i tak prawdziwe, mówione prosto w oczy, że dla mnie to też był sygnał. Ta historia pokazała mi, gdzie w tej układance jest miejsce dla mnie. W ogóle - gdzie jest miejsce trenerów, a gdzie menedżerów. Ale też piłkarzy, bo uważam, że to właśnie "Karbo" najbardziej zaszkodziło odpadnięcie z Karabachem. Został wtedy sprzedany do Brighton, choć w moim odczuciu powinien jeszcze sezon pograć w Legii. Bardziej się ukształtować i przygotować do wyjazdu za granicę.

Poza tym wszyscy w klubie wiedzieli, że ściągając Filipa Mladenovicia i Josipa Juranovicia, mój plan niekoniecznie pokrywał się z tym, by w kolejnym sezonie Karbownik dalej wystawiany był tylko na boku. Lionel Messi też nie zaczynał w Barcelonie od gry z dziesiątką na plecach, tylko najpierw zakładał koszulkę z numerem 30. Zmierzam do tego, że Karbownik w następnym sezonie, będąc w Legii, mógł jeszcze bardziej się rozwinąć. Ale do tego była potrzebna większa stabilizacja w samym klubie, której wtedy zabrakło.

Teraz w przypadku trenera Michniewicza też jej zabrakło?

- Tego nie da się porównać, każda sytuacja jest inna. Ja straciłem pracę bez żadnego uprzedzenia. Po czwartej kolejce w ekstraklasie, gdzie wcześniej miałem dwa zwycięstwa i porażkę. W Europie też przegrałem dwa mecze. W pierwszym roku z Rangersami, w drugim - z Omonią. Trener Michniewicz też przegrał najpierw z Karabachem, a później z Dinamem Zagrzeb. Różnica jest taka, że po tej drugiej porażce nie stracił pracy, a ja straciłem.

Już nie chcę teraz mówić tylko o sobie, ale gdyby przykładowo taki start w lidze jak teraz zaliczył Jacek Magiera, nie uratowałoby go nawet jednoczesne wygranie Ligi Europy. Zareagowano by jeszcze wcześniej. To niespotykana sytuacja, jeśli chodzi o Legię i jej prezesa, ale też o opinię publiczną, którą chyba prezes też mocno się sugerował.

To znaczy?

- Jak sobie teraz patrzę na to z boku, widzę, że nastała dużo większa wyrozumiałość dla posady pierwszego trenera. Od momentu mojego odejścia z Legii już nie trener jest wszystkiemu winien. W ostatnim czasie pojawiało się bardzo dużo rozsądnych głosów, ludzie długo bronili Michniewicza, znajdowali różne wytłumaczenia. I to jest bardzo dobra zmiana. Szkoda, że nie nastała trochę wcześniej. Że ja też nie byłem jej beneficjentem. Że za moich czasów ludzie wokół Legii bardzo szybko zaczęli popadać w histerię i nakręcać negatywną atmosferę.

Ktoś powie, że teraz był awans do Ligi Europy, a za mojej kadencji tego awansu nie było. No nie było. Ale powtarzam: zestawianie teraz mojej sytuacji z sytuacją trenera Michniewicza miałoby sens tylko wtedy, gdyby Michniewicz został zwolniony po odpadnięciu z Dinamem. Nie zagrałby wtedy ze Slavią Praga, tylko na jego miejsce przyszedłby ktoś nowy. Nie przyszedł, Michniewicz zagrał, awansował. Prezes wykazał się tym razem cierpliwością.

Zaskoczyła pana cierpliwość Dariusza Mioduskiego?

- Nie zaskoczyła, bo uważam, że dużą siłą trenera Michniewicza jest także pozycja wśród was - dziennikarzy. Czyli ludzi, którzy kreują opinię publiczną. To też jest pewna sztuka, której od trenera Michniewicza można byłoby się uczyć. Ale wcale nie jest powiedziane, że kiedykolwiek jesteś w stanie opanować ją aż w takim stopniu, jak trener Michniewicz, który ma to opanowane do perfekcji.

To zarzut?

- Nie, to nie jest żaden zarzut. To wręcz fascynujące, że dzisiaj trener Michniewicz żegnany jest z taką wyrozumiałością. Jako trener po siedmiu porażkach w lidze na 10 meczów. I trzech wygranych: z ostatnim w tabeli Górnikiem Łęczna, Wartą Poznań, która znajduje się w strefie spadkowej oraz z Wisłą Płock u siebie, która w tym sezonie przegrała wszystkie siedem spotkań na wyjeździe.

Ale zmierzam do czegoś innego. Do tego, że droga do sukcesu prowadzi też przez porażki. Idźmy za kolejnym przykładem: zanim trener Michniewicz zebrał zasłużone gratulacje za awans z młodzieżówką na Euro i wygranie barażów z Portugalią, też dwa razy zremisował w grupie z Wyspami Owczymi. Zbigniew Boniek go wtedy nie zwolnił, dostał czas. A jeśli masz ten czas, masz też większą szansę, by w końcu wykazać się i udowodnić swoją wartość.

Legia Warszawa-Leicester City. Trudne zadanie mistrza Polski w LE! Gdzie i o której oglądać? [TRANSMISJA]Mahir Emreli odpowiada na zarzuty o konflikt Michniewiczem. "Ja dalej krwawiłem"

Kiedyś powiedział pan, że w Legii nigdy nie jest tak źle, ale też nigdy nie jest tak dobrze, jak się mówi. Teraz mówi się źle. Czyli jak jest naprawdę?

- To pytanie do ludzi, którzy pracują w klubie, widzą to na co dzień. Wiadomo, że dużym sukcesem jest awans do Ligi Europy i dobre wyniki w fazie grupowej. To na pewno jest coś, co było Legii bardzo potrzebne. Problem zaczyna się w lidze, ale to każdy widzi, bo tutaj wcale nie można mówić o jakimś wielkim pechu. Już bardziej o sprzyjającym szczęściu w Europie. Łączenie ligi z pucharami nigdy jednak nie było łatwe.

Były prezes Legii Bogusław Leśnodorski lubi powtarzać, że gra co trzy dni to inna dyscyplina sportu.

- Dyscyplina sportu jest taka sama, ale trzeba naprawdę odpowiedniego przygotowania pod każdym aspektem - fizycznym, mentalnym, taktycznym, personalnym, logistycznym - by to ze sobą pogodzić. Nie wystarczy przykładowo sprowadzić pięciu nowych piłkarzy w przeddzień serii meczów co trzy dni i mówić, że ma się wystarczająco dużo zawodników. To jest pewnego rodzaju manipulacja. Bo de facto liczba piłkarzy się zgadza, ale ich gotowość - a precyzyjniej: jej brak - z tym nie współgra.

Ale to w ogóle jest bardzo złożony problem. Niejeden trener sobie z tym nie poradził. Łączenie ligi z pucharami zazwyczaj potęgowało wątpliwości. Mnie też kwestionowano, i to od początku pracy w Legii. Czułem, że mało kto we mnie wierzy, ale nie brałem tego na poważnie. W żaden sposób nie destabilizowało to mojej pracy, bo znałem swoją wartość i wiedziałem, co chcę zrobić.

Wiem, że w swoim pierwszym pełnym sezonie jako pierwszy trener wiele moich decyzji się obroniło. Udało się uporządkować wiele spraw. Ludzie często mają krótką pamięć, mogą to teraz bagatelizować, ale ja sam wiem, jak było.

Jak?

- Pytał mnie pan na początku o remont domu w Banja Luce. To nie tam był prawdziwy remont. Prawdziwy remont i sprzątanie było w Legii - latem 2019 roku, kiedy ta drużyna została kompletnie odmieniona. To było bardzo trudne, ale też bardzo dobrze wykonane zadanie. Byliśmy po nieudanym sezonie [mistrzem Polski w sezonie 2018/19 został Piast]. Klub nie poszedł wtedy w stronę doinwestowania drużyny. Wręcz przeciwnie - budowaliśmy o wiele tańszy zespół. W dziale finansów Legii doskonale o tym wiedzą. A przypomnę tylko, że to też był sezon, w którym postawiliśmy po raz pierwszy na Radka Majeckiego, Karbownika, ale też odbudowaliśmy Jarka Niezgodę czy Domagoja Antolicia i Jose Kante, na których wielu już postawiło krzyżyk. Do tego staraliśmy się promować kolejnych młodych piłkarzy. A wszystko przy efekcie, jakim były nie tylko dobre wyniki, ale też bardzo dobrze grający zespół.

Dlaczego teraz o tym mówię? Bo mam wrażenie, że to zostało zapomniane. Dzisiaj czytam, że budżet Legii jest stabilny, bo na awansie do Ligi Europy zarobiła 30 mln zł. Rozumiem i doceniam, bo to naprawdę dobrze brzmi. Natomiast nie rozumiem matematyki, według której ponad 130 mln zł łącznie z transferów do klubu - licząc też transfer Karbownika - poza tym, że stabilizuje budżet, to nie stabilizuje i nie buduje też pozycji trenera.

Sukces sportowy zawsze się lepiej sprzedaje.

- Ja wiem, ale mówię teraz stricte o pieniądzach. Nie o tym, by docenili to kibice, a ludzie w klubie. A wtedy miałem wrażenie, że to w klubie zostało zigrnorowane, przeszło bez echa. Opowiadam dużo teraz o tym, dlaczego byłem zaskoczony swoim zwolnieniem. Ano właśnie dlatego, że pomimo powstającej wokół mnie histerii na zewnątrz, wierzyłem, że właściciel spojrzy także tutaj - na konto. Że będzie pamiętał o tym, że rok wcześniej wspólnie zaczęliśmy pewną drogę, gdzie w trakcie sezonu, w którym wyremontowaliśmy Legię, zysk z transferów - już pomijając Karbownika, który odszedł później - był na poziomie 100 mln zł. Do tego zarobiliśmy też na młodzieżowcach, bo nie tylko wygraliśmy mistrzostwo, ale również klasyfikację Pro Junior System. Przypominam jeszcze raz: z dużo tańszym zespołem w utrzymaniu, który w poprzednim sezonie nic wielkiego nie osiągnął.

Efekt sportowy później był taki, że w Europie przeszliśmy trzy rundy i zatrzymaliśmy się dopiero na Rangersach - bardzo wymagającym rywalu, który byłby trudny do przejścia nawet dla dużo silniejszej Legii niż była wtedy na samym początku tej przebudowy.

Dlatego właśnie spodziewałem się, że te wszystkie okoliczności będą brane pod uwagę także jesienią zeszłego roku, gdzie przecież też musieliśmy liczyć się z tym, że ten początek będzie jeszcze trudniejszy choćby przez pandemię, która wydłużyła nam poprzedni sezon. I determinowała nasze wcześniejsze zachowania, bo w trakcie pandemii też robiliśmy wiele, by klub finansowo nie stracił. Wszyscy się podporządkowaliśmy. Pracowaliśmy, by w krótkim odstępie dograć te 11 kolejek i nie tylko nie stracić mistrzostwa, ale też by klub nie stracił pieniędzy z kontraktów telewizyjnych.

To wszystko w moim odczuciu zostało zupełnie pominięte. Zostałem potraktowany tak, że co mi do tego. A ja uważam, że wtedy wykonałem bardzo dużą pracę. Że moja rola była kluczowa. Nie tylko w odbudowie piłkarzy, ale też w tym, by ta drużyna cały czas była zżyta. Uważam, że w ciągu całego sezonu większość piłkarzy zrobiła postęp. Razem przeszła przez ten trudny czas. Dlatego później liczyłem, że sam tego czasu dostanę trochę więcej. Podkreślam: trochę. Że po prostu ktoś zauważy nasze problemy. To, że mamy Wszołka i Juranovicia z koronawirusem. To, że z Omonią graliśmy przy pustych trybunach i że wcale nie przegraliśmy 0:6, a 0:2 po dogrywce. Po wątpliwym karnym, kiedy sami ewidentnego karnego nie dostaliśmy, a do tego na początku drugiej połowy niesłusznie z boiska wyrzucony został Igor Lewczuk.

To wszystko zostało totalnie zignorowane. Myślałem, że będzie inaczej. Że ktoś to zauważy. I nie na zewnątrz, a wewnątrz klubu.

Czesław Michniewicz, były trener Legii WarszawaLeśnodorski komentuje zwolnienie Michniewicza. "To jest nie do ogarnięcia"

Czyli jednak jeszcze trochę boli.

- Wiem, że tak to wygląda, ale dla mnie to są fakty, które pamiętam. Tak podchodzę do swojego czasu w Legii i dlatego o tym mówię - już w tej chwili bez emocji. Poza tym jestem już teraz na takim etapie, kiedy mimo wszystko przypominam sobie te lepsze chwile, które tutaj przeżyłem. Z tą drużyną, gdzie etyka pracy była na bardzo wysokim poziomie i gdzie wszyscy tworzyli jedność. To nawet nie była drużyna, a rodzina, w której każdy miał szacunek do drugiej osoby i każdy wiedział, że jeśli będzie ciężko pracował i stawiał swoje cele nawet nie tyle ponad zespół, ile na równi z zespołem, to zostanie przeze mnie doceniony.

Dumny jestem także z tego, jak piłkarze zareagowali na moje odejście. To są chwile, które zostają z tobą do końca życia. Nie chcę teraz publicznie o nich mówić i wchodzić w szczegóły, ale każdy w klubie wie, jak było. Że zespół był kompletnie zdezorientowany tą decyzją. I też potrzebował chwili, by do siebie dojść i grać na miarę możliwości. Z tego też się cieszę, że bronił nie tylko mnie, ale później też zaczął bronić kolejnego trenera.

Tak samo, jak wcześniej cieszyłem się z tego, że postawiłem na Majeckiego, Slisza, Rosołka, ale też na Rochę, że grał u mnie Stolarski. Że Jędrzejczyk, który chwilę wcześniej był kwestionowany, został wybrany najlepszym obrońcą, Antolić - najlepszym pomocnikiem, a Karbownik najlepszym młodzieżowcem i zadebiutował w pierwszej reprezentacji. Że do klubu przyszli tacy piłkarze, jak Luquinhas, Wszołek czy Novikovas, którego w meczu z Koroną już w 20. minucie trzeba było siłą ściągać boiska, bo miał kłopoty z oddychaniem, a później okazało się, że to znacznie poważniejsze problemy z sercem.

Że byli w tym zespole inni zawodnicy, którzy brali zastrzyki i różne blokady tylko po to, by wybiec na boisko i dać z siebie maksa. Że po tym jak sprzedaliśmy Niezgodę, przyszedł Cholewiak, który w Śląsku był rezerwowym i razem z Rosołkiem potrafili również zdobywać dla nas ważne bramki. Pod koniec sezonu - przed decydującymi meczami - stracliśmy też Majeckiego, który odszedł do AS Monaco. Szanse dostawał wtedy Muzyk i nie było płaczu, że tracę najpierw bardzo dobrego napastnika, a później bramkarza. Wszyscy potrafiliśmy tworzyć jedność i w tych dobrych chwilach, i tym bardziej w tych złych. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, bo wiem, że nie wspomniałem jeszcze o Gwilii, Pekharcie, Lewczuku i wielu innych.

Wiem też, że swego czasu pojawiały się do mnie zarzuty, że promuję piłkarzy z nazwiskiem kończącym się na -ić. Prawda jest taka, że ja wolałem postawić na dzieciaka z Radomia [Karbownik], a wysłać do domu Obradovicia, który w Legii długo był praktycznie moim jedynym rodakiem, bo później doszedł tylko Mladenović. Ale i tak słyszałem głosy, że promuję Kulenovicia czy Antolicia. To jest śmieszne, bo każdy, kto chociaż trochę zna historię Bałkanów, wie, że Serb z Chorwatem to trochę tak, jak Palestyńczyk z Izraelczykiem. Albo Polak z Niemcem czy Rosjaninem.

Co dalej? Pański kontrakt z Legią wygasa w czerwcu przyszłego roku.

- Odchodząc z Legii, mówiłem, że planuję dłuższą przerwę. Że po latach na wysokich obrotach potrzebuję trochę zwolnić. Minął już rok. Czuję się wypoczęty i gotowy. Czuję też głód piłki - oglądam wiele lig, jeżdżę na mecze, obserwuję. Bardzo intensywnie myślę już o powrocie do pracy. On powoli się zbliża, ale to ja sam zadecyduję o tym, kiedy wrócę. Myślę, że najbardziej realne jest to, że wraz z początkiem przyszłego roku będę już gdzieś pracował.

Gdzie?

- Pewnie gdzieś w Polsce, ale czas pokaże. Po prostu wydaje mi się, że to najbardziej realny kierunek, bym dostał pracę. Czy były już jakieś propozycje? Na razie mnóstwo zapytań i kilka konkretnych ofert, ale żadna z nich nie była aż tak atrakcyjna, żebym się zdecydował.

Ma trener menedżera?

- Z menedżerami jak dotąd najwięcej mam wspólnego z Mariuszem Piekarskim. Oczywiście trochę żartuję, bo on na razie tylko przyłożył rękę do mojego zwolnienia.

Więcej o: