Przez pobicie policjanta nie trafił do ekstraklasy. "Zablokowali transfer"

Różne rzeczy potrafią zablokować transfer piłkarza do ekstraklasy. Jedną z nich mogą być problemy z prawem, o czym przekonał się zawodnik Radomiaka Radom - Mateusz Radecki. W wywiadzie z WP SportoweFakty 28-letni pomocnik zdradził, że jego debiut w ekstraklasie opóźnił się o trzy lata przez wyrok w zawieszeniu za pobicie policjanta na studniówce.

Mateusz Radecki jest jednym liderów tegorocznego beniaminka ekstraklasy - Radomiaka Radom. Do klubu z rodzinnego miasta wrócił rok temu, po czterech latach spędzonych w Wigrach Suwałki i Śląsku Wrocław. Teraz z Radomiakiem awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej, a w niej do dzisiaj rozegrał zaledwie 34 spotkania, w których strzelił pięć goli. Jak się okazuje, tych meczów Radeckiego mogło być zdecydowanie więcej.

Zobacz wideo

Wszystko dlatego, że 28-letni pomocnik w 2015 roku był bliski transferu do Zagłębia Lubin. Testy sportowe w Lubinie przeszedł pozytywnie, ale na drodze do podpisania kontraktu stanęły problemy z prawem zawodnika. Za pobicie policjanta podczas studniówki został skazany w zawieszeniu.

- Byłem blisko Zagłębia, ale niestety ostatecznie do transferu nie doszło. Zagłębie grało wtedy w pierwszej lidze. Pamiętam, że w styczniu (2015 roku - przyp. red.) pojechałem tam na testy. Było to chwilę po tym, jak wyszedłem z aresztu śledczego, ale nie miałem jeszcze wyroku. Moja sprawa cały czas była w toku. Testy trwały trzy lub cztery dni. W sumie testowanych było ok. trzydziestu zawodników. Pierwszym trenerem Zagłębia był wtedy Piotr Stokowiec. Zrobiłem dobre wrażenie i razem z jeszcze jednym innym zawodnikiem mieliśmy trafić do pierwszej drużyny. Dostaliśmy sygnał, że nas chcą. Wszystko zmierzało w dobrą stronę, mój menedżer miał się zająć szczegółami. W międzyczasie zebrała się jednak rada nadzorcza Zagłębia i zablokowała ten transfer. Tłumaczono, że wpłynęłoby to źle na wizerunek klubu - opowiadał Radecki w rozmowie z WP SportoweFakty. 

Bramki Legii Warszawa w meczu z WartąLegia pewnie wygrywa! Pierwsza porażka Warty. Na emocje trzeba było poczekać

"Myślałem, że wyjdzie mi strzał życia"

Radecki trafił do ekstraklasy ponad trzy lata później. Dobre dwa sezony w pierwszoligowych wówczas Wigrach Suwałki sprawiły, że latem 2018 roku został zawodnikiem największego rywala Zagłębia - Śląska Wrocław. W zrobieniu większej kariery we Wrocławiu przeszkodziły mu kontuzje. Z tego powodu w sezonie 2019/20 rozegrał zaledwie dwa mecze ligowe i jego kontrakt nie został przedłużony. To poskutkowało powrotem do Radomiaka. 

- W moim odczuciu podjąłem słuszną decyzję. Odbudowałem się, choć pierwsza runda była trochę przeplatana. Wszedłem do składu, zagrałem dwa czy trzy mecze, znowu mnie coś zabolało i musiałem pauzować. I tak w kółko. Druga runda była już jednak znacznie lepsza, grałem więcej i myślę, że mogłem być z siebie zadowolony, choć oczywiście zawsze można było wykręcić lepsze liczby. Fajnie, że udało się wrócić do Ekstraklasy już po roku - mówił Radecki, który odniósł się także do swojego spektakularnie zmarnowanego kontrataku w meczu pierwszej kolejki z Lechem Poznań (0:0), który rozbawił całą piłkarską Polskę.

- Byłe szyderka, jak to w szatni. Ja jednak nie mam problemu, gdy koledzy sobie ze mnie żartują. Mam dystans do siebie. A co do tego strzału w Poznaniu... cóż, podjąłem decyzję taką, a nie inną. Myślałem, że wyjdzie mi strzał życia. Niestety, stało się inaczej. Mogłem się zachować dużo lepiej, mogłem zrobić z tą piłką wszystko. Ale nie załamałem się po tej sytuacji, choć odbiło się to sporym echem. Przez kolejne trzy dni trafiałem na podobne artykuły praktycznie non stop. Jeśli miałbym się doszukać jakiegokolwiek pozytywu, to chyba lepiej zrobić coś takiego niż np. nie trafić w piłkę na własnej połowie i narazić zespół na utratę gola - podsumował Mateusz Radecki.

Kibice Radomiaka Radom podczas meczu z Lechem PoznańW 111-letniej historii w ekstraklasie grali tylko rok. Teraz wracają. "Nie zamierzamy na tym poprzestać"

Więcej o: