Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Największe rozczarowanie sezonu ekstraklasy. "Nie ma drugiego takiego klubu"

Dawid Szymczak
Od pierwszego meczu Lecha Poznań w Lidze Europy minęło raptem siedem miesięcy, a w tym czasie w klubie wszystko zdążyło wywrócić się do góry nogami. Była euforia, jest beznadzieja. Była drużyna grająca najładniej w Polsce, jest zespół bez stylu. Był Dariusz Żuraw, jest Maciej Skorża. Miał być spokój, słychać o rewolucji.

Nie ma drugiego polskiego klubu, w którym oczekiwania tak bardzo rozminęły się z rzeczywistością. Z sezonu najlepiej się zapowiadającego, wyszedł jeden z najbardziej traumatycznych. Pal licho, że bez żadnego trofeum. Gorzej, że to co jeszcze jesienią wydawało się w Lechu Poznań trwałe i stabilne, wiosną jest tylko wspomnieniem. Obietnica wysłana kibicom nie została dotrzymana. Kolejny raz.

Zobacz wideo Tak słabego sportowo Lecha kibice dawno nie widzieli [Naszym Okiem]

Miał być fascynujący sezon: z Ligą Europy w środku tygodnia, walką o mistrzostwo w weekendy 

Oczywiście brak trofeów od lat frustruje kibiców Lecha Poznań, ale raczej nie doprowadziłoby do beznadziei, bojkotu, ogólnego zniechęcenia czy transparentów wzywających do odejścia dyrektora sportowego i trenera od motoryki, które widzimy teraz. Dużo o nastrojach wokół Lecha mówi przewidywana frekwencja na jego ostatni mecz w tym sezonie. Na stadion w Poznaniu przy aktualnych obostrzeniach może wejść 9600 kibiców, ale wygląda na to, że zapełni się raptem połowa tych miejsc. Ludzie są zniechęceni, zawiedzeni, Lech im obojętnieje. Mogą czuć się oszukani. 

Kto zagra w pucharach? Kto spadnie? Przed nami 30. kolejka PKO BP EkstraklasyWielki finał Ekstraklasy! Zostały dwie wielkie niewiadome. Gdzie obejrzeć Multiligę?

Wróćmy do końcówki poprzedniego sezonu: Lech Poznań był drugi w tabeli, pechowo - po rzutach karnych i gigantycznej przewadze w trakcie meczu z Lechią Gdańsk - odpadł z Pucharu Polski. Znów nie zdobył żadnego trofeum. Był zawód, ale też czynnik łagodzący - bardzo dobra gra. Przyjemnie patrzyło się na kombinacyjne akcje Lecha, często napędzane przez wychowanków. Kilka tygodni później okazało się, że grając najatrakcyjniej w Polsce można nawet przedrzeć się przez eliminacje Ligi Europy. I tak zespół Dariusza Żurawia obiecał kibicom fascynujący sezon: w środku tygodnia mecze z Benficą, Rangersami i Standardem Liege, a w weekendy walka o mistrzostwo Polski. Legia Warszawa dopiero co zdążyła przecież odpaść z eliminacji Ligi Mistrzów z Omonią Nikozja i z eliminacji Ligi Europy po 0:3 z Karabachem Agdam.

Wiele rzeczy się wtedy wydawało: że Lech Poznań ma od niej mocniejszą kadrę, że panuje w nim większy porządek i spokój, że finansowo odjeżdża reszcie polskich klubów, że wreszcie udało mu się połączyć efektowność z efektywnością, że nieźle wyważył proporcje między zdolnymi wychowankami a wnoszącymi jakość obcokrajowcami, że na Jakubie Kamińskim, Jakubie Moderze czy Tymoteuszu Puchaczu w przyszłości sporo zarobi. Tylko o siły niektórzy się martwili. Dyrektor sportowy Tomasz Rząsa przekonywał jednak przed kamerami, że kadra jest wystarczająco szeroka, by pogodzić grę na trzech frontach. Początki nie były złe. Lech gubił punkty w ekstraklasie, ale poniekąd było to wliczone w koszty: trudne eliminacje, Liga Europy, a przy tym gra i tak była lepsza niż wskazywałby na to wyniki. Częściej brakowało koncentracji niż pomysłu na dobranie się rywalowi do skóry. Mecz z Benficą był porywający, z Rangersami dojrzały. Mimo dwóch porażek, europejska przygoda daleka była od nieprzyjemnej.

Kiedy to wszystko się zawaliło?

Nie było jednego momentu. Lech Poznań przegrywa, zawodzi i pogrąża się od lat. Okazało się jednak, że wnioski wyciągnięte po awansie do Ligi Europy w zdecydowanej większości były błędne. Awans tylko zakrzywił obraz. Akurat na czas eliminacji przypadł szczyt formy zespołu Dariusza Żurawia. Lech wykorzystał okno pogodowe, by zaatakować szczyt: świetnie grali jego liderzy, przeciwnicy nie mieli tak dobrze rozpracowanego Lecha, jak mają zespoły w ekstraklasie, każde kolejne zwycięstwo napędzało Lecha, a chwilami pomagało szczęście. Wszystko się zgrało i pozwoliło awansować. Była radość, dawno niewidziana w Poznaniu euforia, której wielu uległo. Piłkarze, trenerzy, a przede wszystkim prezesi Lecha uwierzyli w swoją wielkość. Na spokojne i bezpieczne zejście ze szczytu pogody już zabrakło. Nad Poznaniem pojawiły się czarne chmury.

Kadra rzeczywiście okazała się za krótka na dwa mecze tygodniowo, więc albo brakowało sił, albo jakości. Dariusz Żuraw czasem za bardzo kombinował ze składem. Jeśli już doszukiwać się konkretnego momentu, w którym ten sezon kompletnie się zawalił, należy pójść za wskazówką od Tymoteusza Puchacza. Obrońca Lecha po zwolnieniu trenera wrócił do meczu z Benfiką w Lizbonie. Trener zostawił wtedy na ławce najważniejszych piłkarzy, by zbierali siły przed meczem z Podbeskidziem Bielsko-Biała. - Dla nas była to totalnie niezrozumiała decyzja i szczerze mogę powiedzieć, że w szatni było duże niezadowolenie, bo po to graliśmy o Ligę Europy w eliminacjach, by wybiegać na takie stadiony, jak ma Benfica, by grać najlepszym składem i by się z tego cieszyć. Na pewno to dla nas nie było łatwe - tłumaczył w "Lidze+ Extra".

Podbeskidzie w meczu z Legią WarszawaPodbeskidzie o krok od utrzymania. Sensacyjne zwycięstwo? [Typy bukmacherskie]

Po awansie do Ligi Europy zabrakło wzmocnień, odważniejszych transferów. Ale zachowawczość w Lechu Poznań nie jest niczym nowym. Piotrem Rutkowskim i Karolem Klimczakiem, prezesami klubu, wydaje się kierować obawa przed wydawaniem pieniędzy. Działają asekurancko, jakby bali się transferowej wtopy. Zdają się myśleć: im więcej wydanych pieniędzy, tym większe ryzyko popełnienia błędu. To oczywiście myślenie błędne. Przykład skrajny: dlatego Neymar kosztuje 222 miliony euro, że odnajdzie się w każdym klubie świata i niemal na pewno nie zawiedzie. Przykład mniej skrajny, bardziej ekstraklasowy: dlatego Pedro Tiba i Luquinhas kosztowali sporo jak na polskie warunki, bo spore było prawdopodobieństwo, że się tu sprawdzą. Płacisz za jakość. Biorąc piłkarzy za kilkaset tysięcy euro, nigdy do końca nie wiesz, co dostaniesz. Dział skautingu teoretycznie powinien na tyle przyjrzeć się tym tanim zawodnikom, by ocenić, który z nich się nadaje, a który nie. Ale w Lechu jest z tym bardzo różnie: na jednego Mikaela Ishaka przypadają Wasyl Kraweć, Jan Sykora, Antonio Milic i Mohammad Awwad, którzy w Poznaniu się nie sprawdzili. A to tylko transfery z ostatnich dwóch okienek. Problem w tym, że prezesi Lecha Poznań otaczają się niezbyt kompetentnymi ludźmi i sami wydają się to dostrzegać. Stąd ta ostrożność i nieufność wobec nich. Od lat wtopa goni wtopę. Łatwiej przełknąć taką za 150 tys. niż za 800 tys. euro. Tyle, że to donikąd nie prowadzi. Koncepcja prowadzenia klubu zmienia się z roku na rok. Nika Kwekweskiri jednego dnia jest wypożyczony i nie gra, drugiego jest gotowy do odejścia, ale zaczyna grać, a trzeciego dostaje nowy kontrakt. 

Co mogłoby skłonić szefów Lecha do zainwestowania w kadrę pieniędzy zarobionych w Europie i na rekordowo wysokiej sprzedaży Jakuba Modera? Ambicja, chęć zdobycia mistrzostwa Polski i Pucharu Polski. Ale Piotr Rutkowski często mówi w wywiadach, że Lech ma być topowym klubem w Polsce. Topowym - nie najlepszym. Tylko topowym - wydają się myśleć kibice. Łatwo spotkać się ze stwierdzeniem prezesów, że z samych deklaracji przecież i tak nic nie wynika, więc lepiej skupić się na graniu niż gadaniu. Co po tym, że powiedzą, że chcą mistrzostwa Polski, skoro później zajmą dziewiąte miejsce? To nie tak. Za deklaracjami muszą pójść czyny: chcemy zdobyć mistrzostwo Polski, więc sprowadzamy czterech zawodników o niekwestionowanej jakości, by pomogli nam ten cel zrealizować. Ale prezes Lecha najwyraźniej nie myśli w ten sposób. Dla Piotra Rutkowskiego jakakolwiek odważna deklaracja to potencjalne wystawienie się na śmieszność. Boi się cokolwiek powiedzieć, by nie podyktować tekstu na kolejnego mema. Ale to sami prezesi doprowadzi do sytuacji, w której kibicom łatwiej coś obśmiać niż się z tym pogodzić.

Bycie "topowym klubem" to w przypadku Lecha Poznań żaden wyczyn. Topowy, czyli będący w ligowej czołówce. W większości sezonów nawet niedoinwestowany Lech ten cel zrealizuje. Frustracja kibiców wciąż jednak będzie rosła, bo o inne osiągnięcia im chodzi. Czują, że potencjał klubu od lat jest marnowany. Że w gabinetach zadowalają się "topowością", którą oni uznają za bylejakość. Dopóki nie zmieni się myślenie prezesów Lecha Poznań, dopóki nie nabiorą większej odwagi, dopóki nie otoczą się bardziej kompetentnymi współpracownikami, ich klub będzie co najwyżej topowy. A i to - jak pokazuje ten sezon - nie będzie regułą. 

Robert Lewandowski wyrównał rekord Gerda Muellera. Komentarze po wyczynie Polaka. 'Duma i szacunek'Hansi Flick ostrzega Roberta Lewandowskiego. "On może zabrać rekord"

Resztki nadziei w Macieju Skorży

W połowie kwietnia Maciej Skorża po pięciu latach wrócił do Lecha Poznań, wciąż będąc ostatnim trener, który zdobył w Wielkopolsce mistrzostwo. Porażki z Rakowem Częstochowa, Podbeskidziem Bielsko-Biała i Stalą Mielec pokazały mu skalę problemów, z którymi będzie musiał się zmierzyć. Ponoć dostał od swoich szefów narzędzia, by naprawić zespół. Może samemu decydować, których piłkarzy odstawić od składu i skłonić do odejścia z klubu, których przenieść do rezerw, a którym dać jeszcze szansę. Z tego, co można usłyszeć przy Bułgarskiej, Skorża szybko zauważył, że kilku piłkarzom Lecha brakuje ambicji i zarażają tym resztę, słabo też z dobrym duchem zespołu, niezbyt wielu jest w szatni liderów. Po zakończeniu sezonu Skorża chce więc sprowadzić do Lecha nie tylko zawodników nieźle kopiących piłkę, ale takich, którzy mają odpowiedni charakter. 

Skorża został niedawno zapytany na konferencji prasowej, czy w przyszłym sezonie - wyjątkowym, bo Lech w 2022 roku będzie świętował stulecie istnienia - zamierza walczyć o mistrzostwo i Puchar Polski. Pięć lat temu mistrzostwo na stulecie zadeklarowała Legia Warszawa, w tym roku swoje stulecie Pucharem Polski i wicemistrzostwem uświetnił Raków Częstochowa. Trener Skorża, z lekkim zdziwieniem, przytaknął. Po to przecież przyszedł do Lecha, by zdobywać najważniejsze trofea. Jemu - człowiekowi, który ostatnie lata spędził w Zjednoczonych Emiratach Arabskich - wydaje się to oczywiste, ale lokalnym dziennikarzom, wgryzionym w poznańską piłkę na co dzień, już nie. Skorża pamięta Lecha sprzed pięciu lat, gdy rzeczywiście odpowiedź na takie pytanie była oczywista. Wiele się jednak zmieniło. Teraz było to właściwie pytanie-test: czy trener ma swoją ambicję, czy już uległ narracji prezesów i asekurancko powie coś o "topowości". U kibiców test zdał. Teraz muszą pójść za tym czyny.

Skorża, mimo niepowodzeń w ostatnich latach kariery, to wciąż trener drogi. I nie chodzi nawet o pensję, ale o utrzymanie go w klubie takim, jak Lech. Skoro chce walczyć o dublet, to wiadomo, że będzie potrzebował jakościowych wzmocnień. Zatrudniający go prezesi już w chwili podpisywania kontraktu powinni mieć świadomość, że skoro biorą Skorżę, którego ambicja czasami wręcz zżera, to wchodzą z nim w pewien układ: chcemy byś naprawił ten zespół, potrzebujemy twojej wiedzy, więc zadbamy o dobrze wyposażoną skrzynkę z narzędziami. W sumie logiczne. Ale czy podobnie myślą Piotr Rutkowski i Karol Klimaczak?