Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Weszliśmy do koronawirusowej strefy zero. "Nieswojo? Szybko się przyzwyczaisz"

Jakub Kręcidło
Padały rekordy zakażeń koronawirusem, rząd zaostrzał, luzował, znów zaostrzał. Ale Ekstraklasa dograła rundę jesienną bez większych problemów. Byliśmy podczas meczu Lech Poznań - Pogoń Szczecin (0:4), który został rozegrany 16 grudnia, w strefie zero, w antykoronawirusowej bańce, żeby się przekonać, jak to było możliwe.

Bańka zaczyna się tam, gdzie drzwi z dużą naklejką: “COVID-19 TESTED PERSONS ONLY”. – Nieswojo? Szybko się przyzwyczaisz – zagadują pracownicy Lecha. Do strefy zero, w której podczas meczu może przebywać nie więcej niż 50 osób, wchodzimy właśnie na stadionie w Poznaniu. Okazją jest mecz Lecha z Pogonią, zaległe spotkanie z września. Zostało przełożone, by ułatwić Lechowi walkę w Lidze Europy. Ale i tak nie odbyłoby się w terminie, bo Pogoń miała wtedy zbyt wiele zakażeń w drużynie. – Wtedy tych 30 zakażeń to było potężne ognisko, lekarze robili wielkie oczy, gdy widzieli kolejne pozytywne wyniki – wspomina Krzysztof Ufland, rzecznik prasowy Pogoni. Porozmawialiśmy z nim 16 grudnia. Wówczas udało się zagrać zaległy mecz, a my mogliśmy zobaczyć go z poziomu boiska. Ale najpierw potrzebna była zgoda Ekstraklasy SA, Lecha, Pogoni, test na koronawirusa i sumienne wypełnianie ankiety medycznej.

Zobacz wideo Odszedł z Legii i robi furorę. "Ma decydujący wpływ na grę Śląska". Najlepsi młodzieżowcy w ekstraklasie

Tak wygląda nowa normalność ligi. To cena za to, że choć sytuacja epidemiczna w kraju ciągle się zmienia, to liga gra co tydzień. Życie się zmieniło, ale futbol po wiosennej przymusowej przerwie znalazł sposób, by się nie zatrzymywać. Nawet mimo tego, że - jak przyznaje dyrektor organizacyjny Ekstraklasy SA Marcin Stefański - na Covid-19 chorowało około 40 proc. piłkarzy i trenerów naszej ligi.

– Przerwanie sezonu oznaczałoby dla nas upadek – przekonują prezesi ekstraklasowych klubów. Nie tylko dla nich. W Hiszpanii futbol odpowiada za 1,3 proc. PKB. U nas ta wartość jest niższa, ale brak piłki oznaczałby jeszcze większe problemy dla hotelarzy, firm transportowych czy restauratorów. Wszyscy kombinują. Jeden z ekstraklasowych klubów w podróży na wyjazdowy mecz zatrzymał się, by zjeść obiad. W nowej normalności zawodnicy dostają pudełko i jedzą na kolanach w autokarze. Ale restaurator otworzył drzwi swojego lokalu, ukrył zespół w sali za potężnym, dmuchanym św. Mikołajem i pozwolił zjeść w spokoju.

Piłkarze Realu mówią Piłkarze Realu mówią "nie" obniżce pensji. "Skoro jest kasa na transfery, to jest i na wynagrodzenia"

Dla piłkarzy zmienia się wszystko

Na każdym kroku napotykamy na coś, co jeszcze rok temu wydałoby się absurdem. Pustka stadionu i okolic jest przygnębiająca, choć już stało się dla nas oczywiste, że mecze są bez kibiców (akurat w Ekstraklasie w porównaniu z innymi ligami wrócili na trybuny dość szybko, ale jesienią trzeba było znów zakazać grania z publicznością). Ruch na stadionie przy ulicy Bułgarskiej zaczyna się dopiero półtorej godziny przed meczem. Na korytarzach pojawia się coraz więcej smutno wyglądających osób w maseczkach. Przeszły już pomiar temperatury, zdezynfekowały ręce, mogą zaczynać. Im bliżej meczu, więcej zamaskowanych osób widzą piłkarze w szatni oraz podczas spaceru po murawie. Normalność wraca na rozgrzewkę. Ale już w tunelu prowadzącym na murawę można znowu poczuć chłód tej nowej normalności. Zwykle nie było gdzie igły wcisnąć. Były dzieciaki z eskorty, marketingowcy, telewizja, pracownicy klubu i innych spółek. – Teraz to straszliwie depresyjny moment – mówi nam jeden z pracowników Ekstraklasa Live Park, spółki produkującej sygnał telewizyjny z meczów naszej ligi. Był huk dopingu z trybun i ogólny harmider, a jest cisza, do której wciąż trudno się przyzwyczaić. 

– W telewizji wygląda to jeszcze jako tako. Realizatorzy są w stanie sztucznie nałożyć doping. Ale my go nie słyszymy. Dla nas zmieniło się wszystko – przekonuje Dani Ramirez, Hiszpan z Lecha. Ramirez jest zdania, że z kibicami na trybunach Lech nie przegrałby u siebie z Benficą (2:4) czy Rangersami (0:2) w Lidze Europy. – Kibice zawsze pomagają. Nie dość, że rywal gra inaczej, to jeszcze arbiter czuje presję. Myślę, że z fanami na trybunach sędzia mógłby np. wyrzucić z boiska Jana Vertonghena i mecz z Benficą wyglądałby kompletnie inaczej – uważa Hiszpan. A Dariusz Żuraw dodaje: – Sam pan widzi jak wygląda ten piękny stadion. Normalnie jest wypełniony fanatycznymi, cudownymi fanami. Teraz jest po prostu pusto, smutno i źle.

Domagoj Antolić zdradził, dlaczego odszedł z Legii. Domagoj Antolić zdradził, dlaczego odszedł z Legii. "Dla mnie to nie były negocjacje"

"Macie, k…, tę swoją technologię!" 

W ciszy słychać każde kopnięcie piłki, każdy faul, każdy krzyk. Słychać pełne emocji słowa Tymoteusza Puchacza, który nie umiał pogodzić się z wieloma decyzjami arbitra liniowego. Z asystentem sędziego kłócą się też członkowie sztabu Kolejorza. Słychać, jak Kosta Runjaić i Żuraw pokrzykują na swoich piłkarzy. – Trudno mi przywyknąć do tego, że wszyscy słyszą moje polecenia – przyznaje trener Lecha.  

Taki znak znajduje się na każdych drzwiach wejściowych do 'strefy zero'Taki znak znajduje się na każdych drzwiach wejściowych do 'strefy zero' Jakub Kręcidło

To samo można powiedzieć o prezesach czy innych VIP-ach zaproszonych na stadion. Wszyscy pamiętają sprawę Janusza Filipiaka. Ale, jak mówią nam dziennikarze Canal+ obecni na większości spotkań, tak naprawdę kompilację z obelgami w kierunku zawodników czy arbitrów można byłoby sklecić z każdego meczu. W Poznaniu z lóż VIP można było usłyszeć np. hasła: „Oszusty, sędzia do domu!” czy „Macie, k..., tę swoją technologię”, jak i głośne okrzyki rozczarowania. Gdy mniej więcej po półgodzinie gry Jakub Moder źle dośrodkował piłkę, dało się usłyszeć głośny okrzyk: "O, Boże...". 

– Jest po prostu dziwnie – powtarzają zawodnicy i trenerzy. Są przyzwyczajeni do krytyki, ale i oni potrzebowali czasu, by odnaleźć się w świecie, w którym podczas meczu słychać wyraźnie każdy okrzyk. – Reguły nieustannie się zmieniają. Trudno jest za tym nadążyć, ale rozumiem, że to tak naprawdę jedyna droga. To, że Darek z Poznania się raz czy drugi zirytuje, tak naprawdę nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, że ciągle gramy – mówi trener Żuraw. 

Norweski dziennikarz tłumaczy porażkę Graneruda. Norweski dziennikarz tłumaczy porażkę Graneruda. "Polscy kibice i media zachowali się naprawdę źle"

Specjalista od przygotowywania czarnych scenariuszy 

Można mówić, że dokończenie jesieni w Ekstraklasie, z odrobieniem wszystkich zaległości, to cud. Ale w Ekstraklasie SA odpowiadają, że to po prostu planowanie. – Za nami najtrudniejszy rok w najnowszej historii organizacji rozgrywek sportowych – przypomina Marcin Stefański, dyrektor operacyjny Ekstraklasy S.A. Liga ma teraz zimową przerwę, wróci pod koniec stycznia. Stefański przygotowuje właśnie plan na dalszą część rozgrywek. A pandemia Covid-19 pokazała już, że tak naprawdę każdego dnia może się zdarzyć coś, co zmieni plan A.

– Moi współpracownicy śmiali się, że jestem specjalistą w przygotowywaniu czarnych scenariuszy, ale dzięki temu byliśmy przygotowani praktycznie na wszystko – uśmiecha się dyrektor. – To, że nasz system działał w 2020 r., nie znaczy, że będzie działać też w 2021. W żadnej lidze protokół w wersji 1.0 się nie utrzymał. Ciągle coś dodawano, zmieniano i modyfikowano. Proceduralnie wyszło nam to naprawdę dobrze. Pod tym względem byliśmy w europejskiej czołówce – przekonuje Stefański.

Celtics Heat Basketball"Gdybyśmy my wtargnęli do Kapitolu, nasze łby zostałyby odstrzelone". Gwiazdy NBA apelują o przerwanie sezonu

A co jeśli piłka wypadała ze strefy zero?

Sporo aspektów nowej normalności może zostać z nami na dłużej. Ze stadionów usunięto np. chłopców od podawania piłek. Nie zastąpiono ich nikim. Przed każdym spotkaniem pracownicy klubu rozstawiają 24 piłki wzdłuż linii, po które sięgają sami zawodnicy. To, zdaniem Stefańskiego, pomogło przyspieszyć grę, tak samo jak ograniczenie interwencji noszowych. Problem pojawiał się w sytuacji, gdy piłka wypadała ze strefy zero na wyższe partie trybun. Teoretycznie, wyjście poza strefę zero nie pozwala do niej wrócić, ale w tym wszystkim trzeba zachować rozsądek. Więc po piłkę zwykle biega albo fotograf, albo pracownik działu sport. Potem dezynfekcja, kładziemy piłkę na murawie i powrót do swoich zajęć. 

Dziś w Ekstraklasie wszystko opiera się na zaufaniu i współpracy. Każdy z pracowników przebywających w strefie zero musi wypełniać ankiety medyczne. My też musieliśmy. To 21 pytań, na które trzeba odpowiadać co wieczór. Należy dwukrotnie mierzyć temperaturę i meldować o wszystkich nieprawidłowościach, w tym o katarze, problemach ze snem czy zapaleniu spojówek. Czy warto? Jeden z pracowników czołowego polskiego klubu w ankiecie opisał drobne kłopoty - ból gardła, lekkie przeziębienie. Został wysłany na test. Okazało się, że Covid-19 przechodził bezobjawowo, ale stanowiłby zagrożenie dla innych. By wrócić na boisko, piłkarz zakażony koronawirusem musi przejść szereg badań, by uniknąć późniejszych powikłań.

Te mogą być poważne. Np. w lidze hiszpańskiej alarm wywołała sytuacja Yuriego Berchiche z Athleticu, który dwukrotnie w przerwie meczów miał poważne zawroty głowy i musiał zostać odsunięty od treningów. Nasi piłkarze koronawirusa przechodzili różnie. Jedni w ogóle nie mieli objawów, inni cierpieli. Na przykładzie Pogoni, z trzydziestu zakażonych osób, dziesięć czuło się bardzo źle. – Dla niektórych problemem było nawet to, by wstać i zrobić sobie herbatę. A mówimy o profesjonalnych sportowcach prowadzących naprawdę zdrowy tryb życia – uważa Ufland. Na szczęście, nie było "ekstremalnych" przypadków wymagających hospitalizacji. – To dowód na to, że jeśli prowadzisz zdrowy tryb życia, to ryzyko poważnych kłopotów jest mniejsze. To niby rzeczy oczywiste, ale czasem zapominamy, że Polska ma duży problem z otyłością. Trzeba to podkreślać na każdym kroku, bo z biegiem lat sytuacja społeczna może być znacznie trudniejsza – przestrzega Stefański.

Kamil Stoch pozycja najazdowaKamil Stoch deklasuje rywali dzięki zmianie wprowadzonej przed TCS. Piorunujący efekt

Zasada jest prosta: "Nie ma granka, nie ma sianka"

Ostrożności nie brakuje też w Ekstraklasa Live Park. – Zatrudniamy odpowiedzialnych ludzi, w większości freelancerów. Wiedzą, że jeśli nie będą dbać o siebie, to nie będą pracować i nie będą zarabiać. Mówiąc wprost, nie ma granka, nie ma sianka – mówi Marcin Serafin, dyrektor operacyjny firmy produkującej sygnał z meczów Ekstraklasy. – Drastycznie zmieniliśmy logistykę. Do tej pory przy każdym meczu funkcjonowaliśmy w dwóch ekipach. Teraz podzieliliśmy się na trzy, by zminimalizować liczbę osób trafiających na kwarantannę po wykryciu pozytywnego wyniku. Wspomniane trzy ekipy podzieliliśmy na trzy busy i na trzy różne hotele. To jeden z powodów, dla których udało nam się przejść przez ten okres relatywnie spokojnie – mówi Serafin. Od marca w samym Live Parku wykonano ponad trzy tysiące testów. Osób zakażonych było 30-35. – To dowód na to, że nasza linia obrony, przygotowana przez prof. Krzysztofa Pawlaczyka (członek zespołu medycznego PZPN i lekarz Lecha, przyp. red.), naprawdę działała – przekonuje dyrektor, który przyznaje, że na początku był pełen obaw.

Piłkarze Lecha i Pogoni na pustym stadionie w Poznaniu, oddając cześć Eugeniuszowi GłozińskiemuPiłkarze Lecha i Pogoni na pustym stadionie w Poznaniu, oddając cześć Eugeniuszowi Głozińskiemu Fot. Piotr Skornicki / Agencja Gazeta

W Live Parku wprowadzono ostre restrykcje. Niewypełnienie ankiet medycznych przez dwa kolejne dni było związane z koniecznością wykonania dodatkowych testów na swój koszt. – Zatrudniamy przede wszystkim artystów. Ludzi bardzo inteligentnych, ale też mających swoje zdanie na każdy temat, jak to artyści. Ale w tym przypadku panował rygor. Wszyscy rozumieli, że to jedyna droga do sukcesu. Latem niektórzy lekko się rozluźnili, ale jesień przywołała nas wszystkich do porządku – mówi Serafin. Live Park w trakcie pandemii zrealizował transmisje ze 192 meczów Ekstraklasy (dziesięć kolejek kończących sezon 2019/20 oraz czternaście obecnego) i, jak przekonuje jego dyrektor, nie było ani jednego przypadku, w którym ciągłość pracy zostałaby zagrożona. – Może przyjść taki dzień, że nie zdołamy zrealizować jakiegoś spotkania, ale musiałoby trafić się bardzo duże nieszczęście połączone z niefrasobliwością w danej grupie – mówi Serafin. 

Rogal świętomarciński? UEFA chciała utylizować. Ale uratował sytuację pracownik Rangersów 

– Nie zdarzyło nam się, by w strefie zero doszło do transmisji wirusa – mówi Stefański. W protokole jasno sprecyzowano, co, kto i kiedy może robić. Dla przykładu, montaż banerów LEDowych musi zakończyć się sześć godzin przed startem meczu. Jeśli jakaś reklama się przesunie lub jeśli banda zostanie wywrócona przez któregoś z piłkarzy, to zazwyczaj podnosi ją pracownik klubu. Po montażystach band na stadion wchodzą technicy Live Parku, którzy rozstawiają kamery i przygotowują transmisję. Oni, zgodnie z artykułem 13. szczegółowych wytycznych dot. strefy zero, muszą opuścić ją na trzy godziny przed startem zawodów. Jest to znaczącym utrudnieniem szczególnie przy meczach rozgrywanych w południe. Wówczas praca na stadionie zaczyna się o 5-6 rano. Ale jak mus, to mus. 

Jeszcze inaczej sprawa wygląda w przypadku gry w europejskich pucharach. Ekstraklasowy protokół koncentruje się głównie na dniu meczu. W UEFA rozpiska obejmuje dłuższy czas. Dwa dni przed pierwszym gwizdkiem arbitra do klubu przyjeżdża delegat z europejskiej federacji, który mówi co, kiedy, gdzie i jak ma się wydarzyć. Regulowanych jest mnóstwo spraw – od rozkładu szatni, przez podział stadionu na strefy czy mierzenie temperatury aż po dezynfekowanie nie tylko rąk, ale też chorągiewek stojących w rogach boiska i "gąbek" na mikrofon. Aby w ogóle wejść na stadion, konieczny był "paszport" – negatywny wynik testu PCR wykonanego na 48 godzin przed meczem u siebie lub 72 godziny przed spotkaniem wyjazdowym. I choć przedstawiciele "Kolejorza" w prywatnych rozmowach mówili, że nawet nie mogli nacieszyć się Ligą Europy, bo mieli zakaz opuszczania hotelu (szczególnie bolało w Lizbonie), to i tak będzie co wspominać. 

Wojtek Szczęsny / instagram @wojciech.szczesnyKapitalny występ Wojciecha Szczęsnego przeciwko Milanowi. Włoskie media zachwycone. "Rządził"

Ciekawa była np. historia związana z rogalami świętomarcińskimi. Dwaj pracownicy Kolejorza postanowili zawieźć je do Szkocji na mecz z Rangersami, by wręczyć je klubowym oficjelom. Przedstawiciel UEFA nie miał zamiaru nawet dotykać pudełka, sugerując, że rogale trafią do utylizacji. A niewiele lepiej szło wręczanie ich przedstawicielom ekipy z Glasgow. Próbowali na 100 różnych sposobów i za każdym razem coś szło nie tak. Dyrektorzy marketingu obiecywali dużo, ale mieli jeszcze więcej wymówek. A ostatnie "nie" powiedzieli niedługo przed meczem.  

Zrezygnowani pracownicy Lecha planowali odpuścić, ale w tunelu natrafili na znajomą twarz. Dzień przed meczem wręczyli pudełko z rogalami jednemu z pracowników Rangersów, który od razu ich rozpoznał. – No cudowne, przepyszne, dzisiaj rano zajadaliśmy się z żoną na śniadanie – mówił. Gdy usłyszał, że Polacy planowali przekazać rogale Stevenowi Gerrardowi i natrafili na ścianę, obruszył się. – Jak to nie można? Kto zakazał? Nie no, dajcie spokój – przekonywał mężczyzna, który okazał się jednym z ważniejszych dyrektorów Rangersów. Niedługo później rogale były w rękach Gerrarda i spółki.

Patyczek do nosa i pielęgniarka-sadystka 

– Do wszystkiego da się przyzwyczaić – zapewniają nasi rozmówcy. Poza testowaniem. Chociaż za pięćdziesiątym razem, bo tyle razy badani byli niektórzy piłkarze np. Lecha, wymaz z nosa już podobno tak nie boli. Za pierwszym i za drugim, bo tyle badani byliśmy my, nie jest przyjemnie. – Jako piłkarze mamy wielkie szczęście, że jesteśmy jedną z najlepiej przebadanych grup społecznych. Ale były chwile, gdy miałem absolutnie dość testowania – przekonuje Portugalczyk z Lecha Pedro Tiba. Po badaniach zawsze łzawią mu oczy, ale to i tak nieźle. Kilka tygodni temu pracownicy jednego z klubów Ekstraklasy zostali hurtowo wysłani na testy. Pani, która je przeprowadzała, dosłownie się nie patyczkowała i doprowadziła do sytuacji, w której jedna z osób zalała się krwią. Gdy kobiecie zwrócono uwagę, że przesadza i że poprzednich testów nie przeprowadzano tak brutalnie, odpowiedziała: "Zatem najwyraźniej nie byliście badani prawidłowo". I, co ciekawe, większość testów, które przeprowadziła, dało wynik pozytywny. 

Z testami w Ekstraklasie różnie bywa. Najlepiej przebadany jest prawdopodobnie Lech, gdzie szefem sztabu medycznego jest członek zespołu medycznego PZPN, prof. Krzysztof Pawlaczyk. – Niesamowicie o nas dba – mówią Tiba z Ramirezem. W Poznaniu, jak i w całej lidze, wychodzą z założenia, że lepiej wprowadzić o jedno obostrzenie więcej, niż później żałować. Przykładów jest mnóstwo. Od zamykania szatni, przez usunięcie posiłków dla mediów czy VIPów i wyposażanie zawodników w torebki przypominające te z cateringu dietetycznego. Ciekawa była też np. kwestia podróży przy okazji europejskich pucharów. Dzięki pandemii Lech za podobne pieniądze wyczarterował maszynę zdecydowanie większą niż zwykle (zamiast Embraerów mieszczących 60-70 osób był trzykrotnie większy Boeing 737-800). W Poznaniu wprowadzono szczególne obostrzenia. Choć w samolocie były same zdrowe osoby, lot odbywał się w ścisłym reżimie sanitarnym. Poza maseczkami, pasażerowie zostali usadzeni na skos. Zajmowano kolejno miejsca 1A, 2B, 3C, 4D, 5E i 6F, itd. Wszystko po to, by zminimalizować ryzyko. 

Nadchodzi rewolucja w testowaniu 

O ile w przypadku Lecha czy Legii, bogatych klubów, nie było z problemów z testami, o tyle w mniejszych ekipach, nie mówiąc już o niższych ligach, różnie z tym bywało. Badano się, gdy były objawy, gdy rekomendował to Zespół Medyczny albo gdy Ekstraklasa lub PZPN finansowały testy do badań całego zespołu. Długo ograniczeniem były pieniądze. Test PCR w normalnej sprzedaży kosztował około 500-600 złotych. Kupujące je hurtowo kluby płaciły po 300-350 złotych. Przebadać trzeba w każdym klubie grupę 50-60 osób. Dawało to mniej więcej 20 tysięcy złotych za jedną serię badań. A pandemia ograniczyła mocno wpływy do klubowych budżetów.  

Ale sytuacja się zmienia. – Jeśli ktoś dziś mówi, że nie może się testować, bo nie ma kasy, to naprawdę nie wie o czym mówi – słyszymy w ligowych biurach. Wprowadzenie testów antygenowych może być rewolucją pod względem bezpieczeństwa. Nie dość, że są one szeroko dostępne (PCR na starcie pandemii nie było prawie w ogóle), to jeszcze dają błyskawiczne wyniki (15 minut w porównaniu z dniem w przypadku PCRów) i są tanie. Przy zakupach hurtowych koszt jednego testu to około 30-40 złotych. Całą drużynę można przebadać za 2 tysiące złotych. – W kontekście ligi zarabiającej setki milionów złotych to naprawdę śmieszny koszt – podsumowują nasi rozmówcy. 

Piotr Żyła i Andrzej Stękała podczas konkursu w Planicy w grudniu 2020 r.Piotr Żyła zdobył nietypowe trofeum. "W głowie miałem tylko: bażant, bażant"

Niewykluczone, że testy błyskawiczne zostaną wprowadzone do Ekstraklasy już od startu wiosny. Zespół medyczny przy PZPN rekomendował je już w listopadzie. – Pozytywny wynik można otrzymać nawet w dwie minuty, negatywny to kwestia kwadransa. Całą drużynę można przebadać w 20 minut i mieć spokój. Dawałoby to nam ogromne poczucie bezpieczeństwa, bo na stadion docierałyby wyłącznie zdrowe osoby – argumentował w rozmowie z nami prof. Pawlaczyk. Dlaczego ich nie wprowadzono? Członek zespołu medycznego PZPN gryzie się w język. Ale w Ekstraklasie zapowiadają, że przed styczniowym restartem rozgrywek protokół ulegnie zmianom, tyle że reagować trzeba na bieżąco, bo z Wielkiej Brytanii nadchodzi nowa, bardziej zakaźna wersja koronawirusa.

Inną sprawą jest, że koszty testowania mogłyby się zmniejszyć, gdyby wprowadzono tzw. paszport ozdrowieńca, o którym mówił nam Pawlaczyk. Miałby on polegać na wyłączeniu z puli testowanych zawodników lub członków sztabu, którzy w ciągu poprzednich 90 dni chorowali na Covid-19 i mają przeciwciała. W przypadku ekip takich jak Wisła Płock czy Pogoń pozwalałby on na wyłączenie z puli badanych osób praktycznie całych składów. Zresztą, kłopoty Pogoni z koronawirusem mają niestety ciąg dalszy, bo w niedzielę do szpitala trafił prezes szczecińskiego klubu Jarosław Mroczek. Przedstawiciele Ekstraklasy nazywali go "ostatnim Mohikaninem", bo był jedną z nielicznych osób w klubie, które nie przeszły koronawirusa. Mroczek dostał silne antybiotyki i jego stan się polepsza, choć zdarzały się chwile, w których potrzebował pomocy respiratora.

Jak klub Ekstraklasy pomagał znaleźć zgubionego psa. "Brutalnie mówiąc, trzymamy piłkarzy za mordy"

– Utrzymywanie reżimu sanitarnego jest dla nas niesamowitym wyzwaniem, tym bardziej, że były momenty, gdy życie wracało praktycznie do normy – przekonują w kilku klubach Ekstraklasy. Piłkarz musi być odizolowany od społeczeństwa, i basta. Jak to osiągnąć? – Brutalnie mówiąc, trzymamy ich za mordy i na każdym kroku przypominamy, że zagrożenie wcale się nie zmniejszyło – słyszymy. Kluby z Ekstraklasy pomagają sportowcom w zrobieniu zakupów, załatwieniu spraw w urzędach, żłobkach. I we wszelkich innych kwestiach życia codziennego. A problemy bywają absurdalne. Jednemu z piłkarzy trzeba było pomóc odnaleźć zagubionego psa. – Od sierpnia pracujemy najciężej w życiu. Jesteśmy dostępni dla zawodników siedem dni w tygodniu, przez 24 godziny na dobę. Musimy działać w ten sposób, bo tak naprawdę każdy pozytywny wynik w zespole trafia też na nasze konto – uważają kierownicy ekip. 

Wanda Panfil (z prawej)Wanda Panfil straciła kontrakt z gigantem przez byłego męża. "Strasznie duże pieniądze" [nieDawny Mistrz]

Większość zawodników żyje dziś w monotonnym trybie praca-dom, praca-dom. Młodzi mężczyźni, którzy byli przyzwyczajeni do bujnego życia towarzyskiego, dziś są pozamykani w czterech ścianach. I choć niektórym wystarczy zamówienie kolacji na wynos do domu, to innych rozsadza energia. – Nasze życie stało się cholernie nudne. Ale to jedyna droga, bo w trakcie pandemii odpowiedzialność zbiorowa weszła na znacznie wyższy poziom. Jeśli ja zachoruję, mogę pociągnąć za sobą cały zespół – mówi Tiba. Piłkarze mogą mieć różne zdanie na temat pandemii i mniej lub bardziej bać się wirusa, jednak dziś chronią się dla innych, niezależnie czy mowa o rodzinie, czy o kumplach z drużyny. Początkowo znajdowali się cwaniacy, którzy wręcz chwalili się łamaniem protokołu. Szybko jednak znikali. Nie dość, że takie zachowania stanowiły potężny wizerunkowy problem dla klubu (przykład Williama Remy'ego i Legii), to jeszcze w szatni takich zawodników często spotykał ostracyzm, szczególnie ze strony zagranicznych zawodników, którym dobrze gra się w naszym kraju i którzy chcą zrobić wszystko, by bańka działała.

– To naprawdę budujące. Widać, że wszystkim zależy na tym, by przedstawienie trwało – słyszymy w szatni Lecha, a w podobnym tonie wypowiada się Ufland. – Mamy przywilej bycia sektorem gospodarki mogącym funkcjonować prawie normalnie. Szkoda, że nie ma kibiców, bardzo nam ich brakuje, ale normalnie gramy, a wszystko można oglądać w telewizji. To duża przyjemność, ale też odpowiedzialność pod tytułem: "Nie zepsujcie tego i dograjcie tę ligę". Jest rzesza ludzi, dla których piłka jest kluczowym aspektem życia i nie możemy ich jej ot tak pozbawić – przekonuje rzecznik Pogoni. 

Kilka razy było blisko konieczności przekładania spotkań, jednak ostatecznie kluby, w których wybuchały ogniska, decydowały się na grę. I źle na tym nie wychodziły, bo większość z nich mimo osłabienia wygrywała swoje spotkania. W klubach chcieli załatwiać wszystko na murawie, niezależnie od tego, czy w danym dniu zachowywana byłaby sprawiedliwość rozgrywek. Ale w obecnym sezonie łatwiej podejmować takie decyzje, bo spada tylko jedna drużyna, to sezon przejściowy. Od kolejnego, gdy spadać będą trzy ekipy i gdy trzeba będzie pilnować każdego punktu, koronawirusowe osłabienie mogłoby być częściej pretekstem do przekładania meczów. Dlatego na oddech ulgi jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie, tym bardziej, że skupiając się na sprawach codziennych, zapominamy o przyszłości. – 2020 rok praktycznie w całości wypadł ze szkolenia młodzieży. Czy i jak bardzo odbije się to na zdolnej, polskiej młodzieży? – zastanawia się Stefański, a odpowiedź na jego pytanie poznamy dopiero za kilka lat.