Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Gerard Badia szczery do bólu: Popłakałem się na treningu. Chciałem wszystko wyrzucić do kosza

Gerard Badia ma 173 mecze w Ekstraklasie, opaskę kapitańską Piasta Gliwice, tytuł mistrza Polski, uwielbienie kibiców i uśmiech przyklejony do twarzy. Ale to, co go wyróżnia w ekstraklasie, to nie tylko status gwiazdy drużyny, ale też podejście do życia. W wywiadzie ze Sport.pl szczerze mówi, jak ból odbiera mu radość z gry. - Poleciały łzy, powiedziałem, że to już koniec mojej kariery - wspomina jeden z treningów.

Gerard Badia z jednej kontuzji przechodzi w drugą i z ostatnich 20 meczów opuścił 15. Po przegranym 1:4 meczu z Lechem Poznań, w którym doznał kolejnego poważnego urazu, stanął przed kamerami "Canal+" i udzielił krótkiego wywiadu pełnego rozgoryczenia i złości. Ujął kibiców szczerością. Wtedy mówił na gorąco. Poczekaliśmy aż ochłonie.

Dawid Szymczak: Dzwonię, bo mówisz, że o kontuzjowanych nikt nie pamięta.

Gerard Badia: Prawie wszyscy zapominają, taka jest prawda. Niestety w mojej karierze byłem już kilka razy poważnie kontuzjowany, więc wiem, co mówię. Taka jest piłka nożna: dzisiaj strzelasz gole i wszyscy cię kochają, a na drugi dzień jesteś kontuzjowany i ludzie o tobie zapominają. W piłce nożnej ważny jest zawodnik, który gra w każdy weekend. Wtedy dziennikarze dzwonią, kibice zaczepiają. Kontuzjowany jesteś sam. To samo po zakończeniu kariery. Grasz pożegnalny mecz i znikasz.

Zobacz wideo

Jak się czujesz?

Dzisiaj dobrze. Początek tego sezonu jest dla mnie trudny. Wcześniej miałem kontuzję biodra i mięśnia dwugłowego, więc wszystkie mecze grałem na zastrzykach przeciwbólowych. I wiesz co? Nie da się tak grać. Przegapiłem pierwszy mecz sezonu ze Śląskiem Wrocław, bo bolało za bardzo. Później były puchary, więc wziąłem zastrzyki i zagrałem z Dynamem Mińsk. Następny mecz z Pogonią Szczecin też zagrałem po zastrzykach, ale po nim podjęliśmy decyzję, że robimy przerwę. Trzy tygodnie nie grałem. A pamiętam, że przed sezonem mówiłem trenerowi, że oby tylko zdrowie było, to reszta się poukłada.

Ale zdrowia nie było.

Wróciłem po tej przerwie i mięsień dwugłowy już mnie nie bolał. Bolało tylko biodro. Zacząłem trenować dwa czy trzy dni przed meczem z Lechem Poznań, wziąłem zastrzyki na to biodro, a o dwugłowym właściwie zapomniałem. Ruszyłem sprintem i boleśnie sobie o tym mięśniu przypomniałem. Przeklinałem w głowie, że znowu czeka mnie przerwa, że znowu rehabilitacja, że znowu wszystko będę musiał budować od zera, że drużyna jest na ostatnim miejscu, a ja ją zostawiam. Psychicznie czułem się fatalnie.

Miesiąc przerwy?

Nie wiem. Przez trzy czy cztery dni bardzo mnie bolało, ale doktor powiedział, że niczego nie zerwałem, nie naderwałem. Mam tylko ten mięsień naciągnięty, więc przerwa nie będzie długa. Ale wrócę dopiero, jak przestanie mnie boleć. Inaczej nie ma sensu. Na razie trenuję indywidualnie. Ćwiczę w siłowni, obciążam ten mięsień coraz bardziej i jak dotąd jest dobrze. Może w poniedziałek zacznę trenować z drużyną.

Podczas ostatniej rehabilitacji towarzyszyła ci klubowa kamera. Mówisz w reportażu, że twoja kariera to ostatnio droga pełna kamieni. Teraz doszedł kolejny. Masz jeszcze siłę je zamiatać?

Czasami tej siły brakuje. Nie zmieniłbym nic w tym, co powiedziałem po meczu z Lechem Poznań. Jak zdrowie nie pozwoli mi trenować i grać, to po prostu grał nie będę. Nie chcę, żeby nadal wszystko mnie bolało. Dlatego mam kontrakt tylko do końca tego sezonu, bo co roku chciałbym decydować o swojej przyszłości. Może to ryzyko, bo jak kontuzje dalej będą mnie męczyć, a kontrakt mi się skończy, to która drużyna mnie weźmie? Żadna. Wiem, na co się piszę.

Zazwyczaj starsi piłkarze chcą podpisywać jak najdłuższe kontrakty. Grają czy nie, zarabiają pieniądze i mogą zabezpieczyć swoją przyszłość.

I pewnie mają rację, bo jak podpiszą na trzy-cztery lata, to są pewni, że przez ten czas będą mieli pieniądze. Ja patrzę na to wszystko trochę inaczej. Chcę grać, ale muszę czuć się dobrze. Pieniądze są ważne, to w końcu moja praca, ale muszę myśleć o swoim zdrowiu. Mam zarabiać pieniądze, mimo że ciągle jestem kontuzjowany i przez to codziennie wstaję wkurzony? No nie. Piłka musi dawać radość. Albo chociaż nie zadawać bólu.

Myślisz na tyle poważnie o zakończeniu kariery, że wiesz, co będziesz po niej robił?

Wiem już od kilku lat. Będziemy razem z żoną zmieniać opony w samochodach. Powiedziałem to już dawno w jakimś wywiadzie i później się ze mnie śmiali, że pan piłkarz będzie zmieniał opony. To śmieszne? To jakiś problem? Mam poukładaną przyszłość. Nie mam milionów na koncie. Po karierze będę musiał normalnie pracować, żeby zarobić na życie. Ilu zawodników ma studia, żeby po zejściu z boiska pracować w zawodzie? A ilu skończy karierę i nie będzie miało nic? Naprawdę doceniam to, co mam.

Nie chcesz zostać przy piłce? Pewnie w Piaście znalazłaby się dla ciebie praca.

Zawsze chciałbym być z Piastem, bo bardzo dużo mi dał. Ale w Hiszpanii mam swoją rodzinę, mam dom, który stoi pusty. Babcia i dziadek na mnie czekają. Chcę tam wrócić. Szukam jakiegoś rozwiązania, żeby być w Hiszpanii, ale nadal być połączony z Piastem.

Myślisz o byciu skautem?

Konkretnie jeszcze nie wiem, jak to pogodzić, bo na pewno ciekawe byłoby też prowadzenie treningów dla dzieci. One mnie lubią, słuchają. I na pewno nie chciałbym stracić kontaktu z Piastem.

Mówisz, że na piłkę patrzysz trochę inaczej. Co byś w niej zmienił?

To trudne, bo wiele rzeczy mi przeszkadza. Po wywiadzie w "Canal+" dużo osób mi gratulowało, bo powiedziałem o tych pieniądzach. Kibicom się te wypowiedzi spodobały. Ale muszę coś dodać. Coś, co pewnie mniej się spodoba. Każdy ma inne życie. Każdy ma inne priorytety. Może gdybym nie miał tej pracy w Hiszpanii i pomysłu na to, co robić po karierze, to też teraz bardziej bym za tymi pieniędzmi gonił?

A poza pieniędzmi?

Brakuje mi ludzi, którzy wiążą się z klubem, chcą mu pomagać i zostają w nim przez wiele lat. Ja też mogłem zmienić klub, bo dostawałem w ostatnich latach oferty. Ale wtedy pomyślałem, ile dał mi ten klub. Miłość kibiców. Naprawdę ją czuję. Zainteresowanie dziennikarzy, którzy chcą posłuchać, co mam do powiedzenia. Ludzi dookoła, którzy zawsze chcą mi pomóc. Jestem dumny z tego, że nie ma wielu obcokrajowców, którzy mają więcej meczów w Ekstraklasie ode mnie. Dobrymi meczami dla Piasta chcę tym ludziom dziękować. Mam cel, żeby zagrać z Piastem 200 meczów w Ekstraklasie. Dla mnie to naprawdę ważniejsze niż zarobienie trzech tysięcy w miesiącu więcej.

Poza tym, menedżerów bym zmienił. Mnóstwo jest wszelkich reprezentantów, agentów, przedstawicieli. Kiedyś były potrzebne jakieś papiery, żeby nazywać się menedżerem. Później każdy mógł nim być. Namnożyło się ich za dużo. Tylko chodzą do młodych chłopaków i obiecują. A obiecać mogą wszystko: Real Madryt, grę w Ekstraklasie, wielkie pieniądze. Co chcesz, to ci obiecają. Mieszają tym chłopakom w głowach i naprawdę im szkodzą. Wiesz, w piłce łatwo zarabia się pieniądze. A już najłatwiej będąc menedżerem. Musisz tylko obiecywać. Oczywiście, zdarzają się też dobrzy agenci. Ale historia z dzisiaj. Rano napisał do mnie na Instagramie chłopak z Hiszpanii. Ma 20 lat i jest w Polsce, bo jakaś agencja menedżerska obiecała mu, że będzie grał w Ekstraklasie. Ściągnęła go do Polski i teraz chłopak jest tutaj sam. Miał gdzieś grać, ale nie gra. Menedżera już nie ma. Chce, żebym mu pomógł.

Sam też miałeś takie doświadczenia z agentami?

Na szczęście z mojego jestem bardzo zadowolony. Jesteśmy już razem siedem lat i traktuję go bardziej jak kumpla niż menedżera. Ale wcześniej, w Hiszpanii, zarabiałem 1200 euro miesięcznie, a mój menedżer co miesiąc chciał ode mnie 10 procent tej kwoty. Mówię mu: ja ledwie mam za co opłacić mieszkanie, a ty chcesz co miesiąc 120 euro? Dużo ludzi w futbolu jest pazernych na pieniądze. Zapominamy o samej piłce, radości z treningu.

A kiedy ostatni raz trenowałeś bez bólu?

Nie pamiętam. Naprawdę, nie pamiętam. Ostatni raz to chyba w poprzednim sezonie, między jedną kontuzją a drugą. Wtedy wszystko szło dobrze, nie bolało, strzeliłem gola na Legii, wygraliśmy, a później wszedł lockdown. Zaraz po wznowieniu treningów złamałem kostkę i od tamtego czasu znów cały czas coś mnie boli. Z jednej kontuzji przechodzę w drugą. Cały czas zaczynam budować wszystko od początku.

Syzyfowa praca.

Tak, słyszałem to już. Psychicznie jest to bardzo trudne. Wiesz, lubię grać w meczach, ale jeszcze bardziej lubię trenować. I nie mogę. Widzę, jak koledzy idą na trening, a ja zostaję w siłowni albo w gabinecie fizjoterapeutów i codziennie robię to samo. Leżę na tej kozetce i myślę, frustruję się. Wtedy jest najtrudniej. Zostaję sam. Nieważny. Dni są wtedy bardzo długie. Wszystko się ciągnie. Drużyna przygotowuje się do meczów, a ja tylko obserwuję. Oni cieszą się po zwycięstwie, a część mnie trochę oczywiście się cieszy, a część jednak wkurza, bo nie mogę w tym uczestniczyć. Teraz jest jeszcze trudniej, bo Piast jest na ostatnim miejscu, a ja nie mogę mu pomóc. Jestem kapitanem, powinien walczyć, a nie mogę. Mam wspaniałą pracę, robię to, o czym zawsze marzyłem, dobrze zarabiam. Doceniam to wszystko, ale nie potrafię się teraz tym cieszyć.

Dużo razy słyszałeś, że wrócisz silniejszy?

Tak. Ale nie ma w tym prawdy. Ja na pewno nie wróciłem silniejszy. Miałem dziesięć lat temu kontuzję kolana i do dzisiaj nie mogę go zginać jak wcześniej. Wracasz nie silniejszy, ale bardziej obolały. Biegasz inaczej, inaczej ustawiasz nogę. Może psychicznie jesteś mocniejszy. Ale to też tylko do momentu następnej kontuzji, bo bardzo trudne jest to przejście z jednej w drugą. Na pewno kontuzje zmieniły mnie pod tym względem, że zacząłem bardziej doceniać drobnostki. Choćby postępy w rehabilitacji: że dzisiaj już mogę zejść po schodach, a jeszcze tydzień temu było to niemożliwe. Że odstawiłem kule po dwóch tygodniach. Że już mogę zginać nogę. Że wczoraj miałem obciążenie 5 kg, a dzisiaj mam 6 kg. Wracam na boisko i cieszę się dobrym treningiem. Zmęczeniem, udanym zagraniem, brakiem bólu. Czytałem ostatnio o Rafinhi. Dla mnie to bohater. Dwa razy zrywał więzadła w kolanie, a teraz przeszedł do PSG.

Z drugiej strony jest Andre Schuerlle. Miał tak dosyć bólu, kolejnych kontuzji i piłki w ogóle, że przed trzydziestką skończył karierę. Miał depresję i zdecydował się w końcu postawić swój spokój na pierwszym miejscu.

Depresja w piłce nie jest niczym dziwnym. Myślę, że prawie wszyscy będziemy ją mieli podczas kariery, np. po serii kontuzji, albo już po skończeniu gry. Jestem wręcz pewny, że 80 procent piłkarzy będzie ją miało. My piłkarze żyjemy w innym świecie. Nierealnym. Na ulicy nam mówią: ale dobrze grasz, ale masz lewą nogę, ale super! Skończymy kariery i przestaną nas tak zaczepiać. Niektórzy będą wychodzić na ulicę i czekać. Jak nie są wielkimi gwiazdami, to się nie doczekają. Ludzie zapomną. Będziemy tęsknić za treningami, za siedzeniem w szatni, za kolegami, za rutyną, za tym zorganizowanym życiem. Jak ktoś nie ma alternatywy, będzie mu ciężko. Pod tym względem kontuzja i zakończenie kariery są trochę podobne. Znam wielu piłkarzy, którzy mieli depresję.

Ciebie te kolejne kontuzje dotknęły w takim właśnie stopniu?

Gdyby nie żona, to pewnie by tak było. Bardzo mi pomaga, trzyma mnie. Gdy jest ciężko, zawszę mogę na nią liczyć. Ma fajne podejście. Jak w meczu strzeliłem gola, to wracałem do domu i chciałem jej dziesięć razy pokazywać powtórkę. Obejrzała raz i drugi, ale później już mówiła, że mam przewinąć dziecko. Powtarza mi: "jestem twoją żoną, a nie twoją fanką. W domu jesteś tatą i mężem, a nie piłkarzem, więc zmieniaj pieluchy". Wprowadza równowagę. Z kolei jak źle się czuję, cierpię, jestem nerwowy, pokłócimy się, to zawsze mogę na nią liczyć. Dużo rozmawiamy. To ona mi przypomina, że pewnego dnia piłka się skończy i musimy być na to przygotowani.

Po meczu z Lechem Poznań psychicznie było ze mną bardzo źle. To nie depresja, ale chciałem wszystko wyrzucić do kosza. Tydzień wcześniej popłakałem się na treningu. Po trzech dniach ochłonąłem i na wszystko spojrzałem inaczej. Pomyślałem sobie: "kurde, Gerard, jesteś kontuzjowany, ale ludzie mają większe problemy". Naprawdę czuję, że jestem dobrym piłkarzem, że dużo mogę dać Piastowi i Ekstraklasie. Ale jest jeden warunek - muszę grać bez bólu. Tylko wtedy jestem w meczu na sto procent, inaczej mentalnie jestem na 50 procent, fizycznie też na 50. Nie da się tak grać. Jak byłem zdrowy, to w sezonie 2016-2017 strzeliłem dziewięć goli, zostawałem piłkarzem miesiąca, cieszyłem się tymi meczami. Wierzę, że to wróci.

Co się stało na tym treningu, że płakałeś?

Byłem pewien, że mogę już grać. Wszedłem na boisko, mieliśmy małą gierkę i czułem się jak oldboy. Nie mogłem porządnie uderzyć. Chciałem przyspieszyć, a nie mogłem. Reszta biegała wokół mnie na maksa, a ja po prostu nie mogłem. Do tego odezwało się biodro, dwugłowy. Poleciały łzy, powiedziałem, że to już koniec mojej kariery. Przyszedł trener, uspokoił mnie, że mówię tak teraz, na gorąco, i mam dać sobie czas. Inny trener by mnie skreślił. Powiedziałby, że już na mnie nie liczy, bo ciągle mam kontuzję. Poszedłby do prezesa i poprosił o nowego zawodnika na moje miejsce, bo ze mną nie może niczego zaplanować. Wracam i znów wypadam. I widzisz, w Piaście wszyscy mi pomagają. Wszyscy! Dla nich chcę wrócić, żeby się odwdzięczyć, podziękować za to wszystko. Wiesz, ile wiadomości dostałem po meczu z Lechem? Po żadnym golu, nawet po mistrzostwie nie dostałem tylu, co teraz. Od naszych kibiców, od kibiców Lecha, Wisły Kraków i innych drużyn. Nie każdemu odpisałem, ale wszystko przeczytałem i każdemu dziękuję. Jestem tylko piłkarzem, a ludzie tyle mi dają… Dla nich muszę wrócić.

Waldemar Fornalik i Gerard BadiaWaldemar Fornalik i Gerard Badia GRZEGORZ CELEJEWSKI

Współpracowałeś z psychologiem?

Kiedyś tak, po kontuzji łąkotki, ale wtedy miałem też inne problemy. Teraz jeszcze nie byłem, ale chciałbym pójść. Żona też mnie do tego zachęca. Na razie wystarczały mi rozmowy z nią, z fizjoterapeutami i trenerem motorycznym - Tomkiem Strancem. Teraz spędzam z nimi praktycznie cały dzień, a i tak ostatnio wieczorem, jakoś po 22, jak moja żona ćwiczyła w domu jogę, a ja obok robiłem jakieś swoje ćwiczenia, dzwoniłem do Tomka, żeby pogadać. Powiedziałem mu o postępach i sobie rozmawialiśmy dalej. Widzisz? Było tak późno, zapytałem go najpierw, czy w ogóle mogę mu chwilę zająć, a on nie dość, że mnie wysłuchał co do ćwiczeń, to jeszcze ze mną pogadał o innych sprawach. To jest mój trener motoryczny, mój psycholog, mój kolega. Dobrze jest mieć takich ludzi wokół siebie. Lepiej się wtedy trenuje.

Właśnie, skoro o kontakcie mówimy - czytałem, z kim się trzymałeś w szatni. Wszyscy odeszli. Brakuje przyjaciół?

To jest właśnie najgorsze, odkąd jestem w Piaście, bo bardzo szybko przywiązuję się do ludzi. Jak przyjechałem, to w szatni byli Ruben Jurado i Carles Martinez. Mieliśmy świetny kontakt, byłem z nimi 24 godziny na dobę. Odeszli. Później zrobiłem taką grupę z Urosem Korunem, Sasą Żivecem, Hebertem, Jospiem Barisiciem. Nasze rodziny się lubiły, organizowaliśmy razem święta. Wszyscy odeszli. Później trzymałem się z Tomem Hateleyem, Joelem Valencią, Jorge Felixem i też mieliśmy dobry kontakt. Pokochałem ich. Znowu mieliśmy dobry sezon i znowu wszyscy odeszli. Każde takie rozstanie boli. Wiadomo, że mamy kontakt, ale Whatsapp to nie wszystko. Można pożartować, pośmiać się na naszej grupie, ale to nie zastąpi spotkań. I tu nie chodzi tylko o to, że lubiłem z nimi chodzić na kawę czy na kolację. Takie relacje widać też na boisku. Z Tomem, z Jorge czy Joelem rozumiałem się na boisku bez słów. Mogliśmy do siebie grać z zamkniętymi oczami.

Z Piasta za łatwo się odchodzi?

To zależy. Jorge przeszedł do Turcji, bo dostał super ofertę i może dużo więcej zarabiać. Joel szedł do Brentford, do Anglii, do dobrej ligi. Patryk Dziczek poszedł do Lazio. Młody był, chciał się rozwijać. Piast nie da rady walczyć z tymi klubami. Ekonomicznie jest na innym poziomie. Rozumiem ich odejścia, rozumiem klub. Ale są odejścia, których nie rozumiem.

Jesteście na ostatnim miejscu w tabeli. Jaki jest dzisiaj wasz największy problem?

Doszło do wielu zmian. Mówiłem, że graliśmy ze sobą z zamkniętymi oczami, a teraz już tak nie gramy. Trzeba się przyzwyczaić. Futbol to nie magia, potrzeba czasu, żeby wszystko zaskoczyło. W ostatnich dwóch sezonach zrobiliśmy bardzo dobre wyniki i wszyscy się spodziewali, że teraz też tak będzie. Zaczęliśmy gorzej, ludzie nas krytykują. Rozumiem to, ale spokojnie. Mieliśmy kontuzjowanych zawodników, mało czasu na przygotowanie do sezonu, jest jeszcze ten cholerny koronawirus. To wszystko się nakłada. Widzę jednak tę drużynę, obserwuję szatnię i wiem, że ruszymy. To czuć na treningach. Wyjdziemy na prostą. Oby tylko ta pierwsza wygrana przyszła jak najszybciej, bo bardzo nam pomoże.