Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Przeciekający dach, slalom między butelkami, a piłkarze nie chcą wychodzić. "Swojska banda"

W barażach o ekstraklasę szczęście Warcie Poznań przynosiła mała kryształowa kula - pamiątka kierownika Karola Majewskiego z ostatniego awansu do najwyższej ligi, czyli sprzed 27 lat. Od tylu pracuje w klubie. Na powrót do ekstraklasy czekał ćwierć wieku.

- Wezmę tylko klucze z dyżurki i oprowadzę pana po klubie, bo żeby ten awans dobrze zrozumieć, trzeba się tutaj rozejrzeć - mówi Karol Majewski. - Nawet płynu nie ma? - śmieje się, gdy naciskam dozownik ustawiony przy wejściu.

Zobacz wideo

Puchary i spody od butelek 

W głównym holu obok siebie stoją trzy puchary: za awans do II ligi w sezonie 2016/2017, za awans do I ligi w sezonie 2018/2019 i ten największy - za awans do Ekstraklasy w sezonie 2019/2020. Trzy szalone lata na jednym stole. Obok w korytarzu stoją cztery ucięte butelki i puszka po farbie. Tam, gdzie przecieka dach. Szybko zaczynam rozumieć ten awans. 

Korytarzem po drugiej stronie dochodzimy do szatni gospodarzy. Rok temu wszedł do niej Łukasz Trałka, usiadł, rozejrzał się po ścianach i stwierdził z delikatnym uśmiechem, że przydałby się remont. - Tu już było remontowane - odpowiedzieli piłkarze otrzaskani w warciańskich realiach. Ale wystarczyło, że poznał chłopaków i już nie chciał z tej szatni wychodzić. Atmosfera, jakiej w ekstraklasie nie widział. Dystans, żarty i uśmiech wypełniały to miejsce. Przykład? - Jak wracaliśmy z Grodziska po awansie, jeden piłkarz, może nie będę mówił nazwiska, żartował: "że wy ten awans wywalczyliście ze mną w składzie, to jestem w szoku!" - mówi Majewski. Teraz szatnia stoi pusta, odmalowana nie wygląda już tak źle. Pewnie, wciąż bardziej pasuje do okręgówki niż ekstraklasy, ale nie straszy. "Wygrywamy i przegrywamy razem. Zaangażowanie i walka - tego od was wymagamy" - napisali na ścianie kibice, którzy odpowiadali za remont.

Klubowy budynek Warty Poznań jest w opłakanym stanieKlubowy budynek Warty Poznań jest w opłakanym stanie Dawid Szymczak

Slalomem między butelkami przechodzimy do gabinetu trenera. W korytarzu na ścianie wiszą wydrukowane memy - piłkarze śmieją się sami z siebie. - Maleństwo, nie? Jak tutaj trenerzy robią naradę i wejdzie parę osób, to naprawdę nie ma czym oddychać - oprowadza Majewski. Na ścianie wisi kalendarz ze zdjęciem całej drużyny: WARTA, czyli Wiara, Ambicja, Rozwój, Trening, Awans. I kilkadziesiąt podpisów dookoła. - Na początku sezonu każdy zawodnik miał się pod tym podpisać. To taka umowa między trenerem a piłkarzami. Na takie wartości się dogadali - wyjaśnia kierownik. Na drugiej ścianie wisi zdjęcie: trener Piotr Tworek na przodzie w napoleońskiej czapce i stroju, a za nim cała armia piłkarzy. - To prezent urodzinowy od całej drużyny.

27 lat dzieli oba awanse do ekstraklasy

Stadion im. Edmunda Szyca, na którym piłkarze świętowali poprzedni awans, zdążyły gęsto porosnąć drzewa. Już tylko bramki zdradzają, że kiedyś grali tu w piłkę. Te 27 lat temu Karol Majewski zaprowadzał swojego syna na treningi młodzików. Dzisiaj Konrad przerósł go o dwie głowy i siedzi z nim w jednym biurze. Karol nadal jest kierownikiem, niemal nieprzerwanie, a Konrad został dyrektorem do spraw organizacyjnych. Po tamtym awansie ktoś zrobił kilka czarno-białych zdjęć z szampanem w szatni. W tym roku mecz o awans transmitowała telewizja, były relacje na żywo pisane do Internetu, a zdjęć zrobiono tyle, że nie sposób wszystkie przejrzeć. Zmieniła się okolica wokół stadionu, Majewski zdążył się przeprowadzić, ale do klubu i tak prowadzi tylko jedna droga. Jeździ nią od kilkudziesięciu lat niemal codziennie. Czasami musi zawracać: miał jechać prosto, ale zamyślił się i z przyzwyczajenia skręcił w Drogę Dębińską. Zna tu każdego i każdy kąt. 

Idziemy po porozbijanych butelkach. Parę stromych schodów. Oparci o ceglany murek, kiedyś szczyt trybuny stadionu im. Szyca, rozmawiamy o początkach. - Dawno tu nie byłem - rozgląda się po okolicy Majewski. Wygląda to nie jak stadion, ale jakiś zaniedbany las, w którym od dawna nikt nie sprzątał.

- Wie pan, sporo jest podobieństw między awansem z tego roku, a tym sprzed 27 lat. Wtedy też wchodziliśmy do I ligi niespodziewanie. Po naszym awanse "Przegląd Sportowy" dał nawet tytuł: "Pierwszego spadkowicza już znamy" - śmieje się pod nosem kierownik Warty. - Wtedy ludzie zaczęli masowo interesować się Wartą i wiadomo było, że nie będziemy mogli rozgrywać naszych meczów w "Ogródku". Tak, jak teraz. Graliśmy właśnie tutaj, na Szyca. Wtedy istniał przepis, że beniaminek rozgrywa pierwszy mecz u siebie, a my wystąpiliśmy do PZPN z prośbą o granie dwóch pierwszych spotkań na wyjeździe, żeby zyskać czas na przygotowanie stadionu. Roboty trochę było: trzeba było posprzątać, odremontować szatnie, wymienić ławki. - Historia lubi się powtarzać, teraz też niektórzy mówią, że jesteśmy pierwsi do spadku, jedyni można powiedzieć. Ale spokojnie. Wtedy okazaliśmy się rewelacją jesieni, utrzymywaliśmy się blisko podium, dopiero później zaczęliśmy tracić punkty. Utrzymaliśmy się ze sporą przewagą. Może to nie koniec podobieństw?

Osobówkami na mecze. "Kibicem jest się zawsze"

Karol Majewski pierwsze mecze Warty oglądał w wózku. Tata zabierał jego i brata na stadion przy ulicy Rolnej. Opowiadał im, że w latach 50., gdy Warta spadała z ligi, kibice Lecha symbolicznie nieśli stamtąd jej trumnę przez miasto. - Dzisiaj żadnych wojen tu nie chcemy. Układy są poprawne, sąsiedzkie - zaznacza Majewski. Później jego brat grał w Warcie, a Karol kibicował i zaprowadzał na stadion swojego syna. Z trybun zszedł do zespołu rezerw - to był początek lat 90. - Piłkarze sami zapytali, czy bym nie został ich kierownikiem, bo już nie mieli kogo wziąć. Zgodziłem się, bo i tak byłem w klubie prawie codziennie - wspomina. Dalej już poszło: kierownik pierwszej drużyny w kilku meczach nie mógł brać udziału, więc Majewski sporadycznie go zastępował. W międzyczasie załatwiał różne organizacyjne sprawy, którymi nie miał kto się zająć. W końcu - już przyuczony do tej funkcji - objął ją na stałe. 

- Załatwiam autokary, restauracje, organizuję kolacje, sprzęt, hotele - wymienia. Ale przez lata bycie kierownikiem drużyny w Warcie wymagało kreatywności. Autokar? Zdarzało się, że piłkarze jeździli na wyjazdowe mecze osobówkami. - Na mecz do Łęcznej jechaliśmy czterema samochodami, bo mieliśmy tylko dwunastu zawodników. Zabawna sytuacja: wjeżdżamy na parking, a ochroniarz mówi, że nie możemy tu stanąć, bo to miejsce na autobus gości. Tłumaczyliśmy, jak wygląda sprawa, ale był nieugięty. Przepisy nie przewidziały sytuacji, że drużyna przyjedzie, ale nie autobusem - śmieje się Majewski. Kolacje? Zamiast tego była pizza jedzona na maskach samochodów po meczu z Cracovią. - To było przegięcie, że musieliśmy jeździć na mecze swoimi samochodami. Ale już jedzenie pizzy po meczu jest normalne. Ktoś nam zrobił zdjęcie i poszło w świat - mówi.

Karol Majewski, kierownik Warty Poznań, z pucharem za awans do EkstraklasyKarol Majewski, kierownik Warty Poznań, z pucharem za awans do Ekstraklasy Dawid Szymczak

- Nie wspominam źle czasów w niższych ligach. Kibicem jest się zawsze. Jeździłem na te wszystkie mecze w Solcach Kujawskich itd., bo na końcu to były te same emocje. Trzymałem kciuki za chłopaków niezależnie, na którym poziomie byliśmy. Przeżyłem pięć meczów barażowych, trzy wygrane, teraz emocje były największe. Olbrzymie przeżycie nawet dla mnie, człowieka doświadczonego. VAR, czekanie… Sam się uspokajałem, powtarzałem sobie, że wszystko będzie dobrze, ale nie działało - Majewski wraca do ostatnich meczów. - Dostałem po awansie tyle gratulacji, że byłem w szoku. Spodziewałem się telefonów i SMS-ów od kolegów z branży i bliskich, ale dzwonili i pisali do mnie ludzie, których w ogóle bym nie podejrzewał, że ten mecz oglądają, że w ogóle wiedzą, o co gramy - uśmiecha się.

Oddany człowiek

"Oddani ludzie siłą tego klubu" - można przeczytać na graffiti przed głównym wejściem. Gdy w trakcie rozmowy, podczas spaceru wokół boiska, Majewski mówi, że nie ma w klubie etatu, nie od razu wyłapuję, o co chodzi. Dopiero inni pracownicy klubu tłumaczą, że kierownik nie bierze za swoją pracę pieniędzy. - W klubie zawsze była bieda, nie było skąd brać pieniędzy. Sytuacja była dla mnie jasna: nie wchodziłem przecież do klubu dla kasy. Zgodziłem się na takie warunki - tłumaczy. Jego syn dodaje: - My tutaj wszyscy jesteśmy Zieloni - uśmiecha się. Siedzą przy jednym biurku. - W klubie nie jestem "tatą". Konrad mówi do mnie jak wszyscy: "kiero". Źle bym się czuł, jakby mówił inaczej. Weszło nam to w krew. 

Zaczynają się licytować, kto jest bardziej zwariowany na punkcie Warty. Syn potrafi pracować do później nocy w Grodzisku. Ojcu zdarzyło się nawet spać w gabinecie. - My rodzinnie jesteśmy na tę Wartę chorzy - śmieje się Konrad.

- Piłkarze sami wymyślili określenie "swojska banda", które rzeczywiście do nas pasuje. To zespół, który chce coś osiągnąć. Jest sporo chłopaków, którzy są tutaj od lat i tworzą klimat tego klubu. Wychowanków znam od dziecka, pamiętam jak jeszcze rodzice ich przyprowadzali na treningi. A że szatnię mamy w takim stanie? Da się przyzwyczaić. Żartujemy czasami, że jak sprowadzamy nowych zawodników, to najpierw powinniśmy ich zabierać do Grodziska, tam podpisać kontrakt i dopiero pokazać, jak jest tutaj - mówi Majewski.

Budynek klubowy powstał jeszcze w latach 70. Żadna firma nie chce podjąć się przeprowadzenia generalnego remontu - zwyczajnie się to nie opłaca. Warta domowe mecze będzie więc grała kilkadziesiąt kilometrów od Poznania - w Grodzisku Wielkopolskim. Ekstraklasa wróci tam po 12 latach. Wtedy grała tam miejscowa Dyskobolia. - Ludzie nas tam polubili, po którymś z meczów zostawili nam w szatni skrzynkę piwa grodziskiego, barwy też są nasze, więc zrobiło się swojsko. Tam przygotowujemy się do sezonu, przed barażami mieliśmy tam zgrupowanie, więc oswoiliśmy się z tym miejscem. Czujemy się tam naprawdę dobrze, choć wiadomo, że prawdziwy dom jest tutaj. Tutaj ludzie, by do nas zaglądali. Jesteśmy w centrum miasta, jest wygodnie, można dojść spacerkiem. Do Grodziska nie wszyscy mogą dojechać - opowiada kierownik.

- Na pewno wniesiemy do ekstraklasy świeżość i inność. Weszliśmy polskimi zawodnikami i na pewno z nich nie zrezygnujemy. Mamy wielu zawodników, którzy pochodzą z naszego regionu: z Poznania i okolic. To nam buduje szatnię. Bieda też potrafi łączyć, na małym budżecie zbudowaliśmy świetną ekipę. Ten klub to ludzie, po prostu.