Przed meczem było wiadomo, że to absolutnie niespodziewany awans. Historia nie do uwierzenia

Można żartować, że to awans VARty Poznań. Powtórki wideo najpierw pomogły jej wejść do finału, a później go wygrać, bo po interwencji wozu sędzia podyktował dwa rzuty karne. Ale pominięcie przy tym dobrej gry Warty byłoby błędem na czerwoną kartkę. Zwycięstwo 2:0 nad Radomiakiem Radom w finale baraży o ekstraklasę trudno bowiem nazwać niezasłużonym. A nazwać awans Warty zaskakującym? To z kolei za mało.
Mecz Warta Poznań - Radomiak Radom
Fot. Piotr Skornicki / Agencja Wyborcza.pl

- Nie zrealizowałem celów na ten sezon. Przepraszam pana prezesa i pana właściciela. Proszę wybaczyć - mówił po finale baraży na antenie "Polsatu Sport" Piotr Tworek, trener Warty Poznań. I w końcu zaczął się śmiać: - Miałem się tylko utrzymać, a my zrobiliśmy awans! No… - zawiesił głos. - Jesteśmy w ekstraklasie - powiedział w końcu z lekkim niedowierzaniem.  

Zobacz wideo Podbeskidzie szuka poważnych wzmocnień. "Chcemy piłkarza jak Matsui"

Co brak VAR-u zabrał, VAR na koniec oddał 

Wartę i Radomiaka sporo łączyło: długie oczekiwanie na powrót do ekstraklasy, po drodze problemy podobnej natury, wreszcie wspólny start z peryferii do elity, a później mozolne wspinanie się przez pięć lat, żeby w piątek spotkać się tuż przed szczytem. Oba zespoły zmęczone tym arcydługim sezonem, ale gotowe na jeszcze jeden taniec. Ostatni wysiłek, by znaleźć się w innej rzeczywistości: finansowej, a co za tym idzie organizacyjnej i sportowej. To był mecz o spełnienie marzeń. A może nawet te marzenia przekraczający, bo który z piłkarzy rok temu miał śmiałość marzyć o ekstraklasie? Radomiak był beniaminkiem 1. ligi, Warta miała się spokojnie utrzymać, spędzić ten sezon w środku tabeli. Już przed meczem wiadomo było, że niezależnie kto awansuje, będzie to awans zaskakujący, absolutnie niespodziewany.  

Było kilka meczów, po których Warta mogła narzekać na brak VAR-u w 1. lidze. Gdyby sędziowie mogli niektóre akcje zobaczyć raz jeszcze, poznaniacy pewnie mieliby kilka goli więcej, wpadłyby im dodatkowe punkty, które może nawet pozwoliłyby awansować bezpośrednio. W barażach VAR już był. Przydał się już w półfinale, gdy sprawdzanie gola Michała Jakóbowskiego trwało ponad pięć minut, ale jak już dobiegło końca, w Grodzisku Wielkopolskim doszło do wybuchu radości niewidzianego od lat. W finale przeciwko Radomiakowi Radom, sędzia Bartosz Frankowski podchodził do monitora dwa razy - najpierw sprawdzał faul na Łukaszu Spławskim, kwadrans później na Jakóbowskim. W obu przypadkach odchodził od monitora i wskazywał na jedenastkę.  

Mateusz Kupczak długo ustawiał piłkę. Cezary Miszta przez cały czas szeptał mu coś do ucha. Spojrzeli sobie w oczy jak wytrawni pięściarze. Bramkarz Radomiaka robił, co mógł, żeby wytrącić strzelca z równowagi: tańczył jak Dudek w Stambule, jeszcze przed strzałem coś krzyczał, a później rzucił się we właściwym kierunku. Ale piłka i tak wpadła do siatki. Podobnie było kwadrans później. Znów zaczęło się show. A Kupczak raz jeszcze wytrzymał to napięcie i uderzył idealnie: za pierwszym razem połączył technikę i siłę, za drugim niemal pękła siatka - to była czysta siła. 

W długiej historii Warty mają kartkę tylko dla siebie - wracają do ekstraklasy 

Do ekstraklasy wchodzi klub, który w ostatnich latach spotkało wiele złego, który długo kojarzył się z panią prezes-modelką i karygodnym zachowaniem jej męża, a nie z dobrą grą w piłkę. Najczęściej pisało się o bałaganie: zaległościach w wypłatach i braku wody na treningach. Ale to już przeszłość. Zmieniły się władze, zmieniło się podejście i sama drużyna. Ma dzisiaj mądrego trenera - Piotra Tworka, który wszystkie te niedogodności wykorzystał, by motywować piłkarzy i zrobić z nich zgraną drużynę. Ta bieda ich zjednoczyła. Gotowość do ciężkiej pracy też. Trener Warty wielokrotnie wracał w wywiadach do swojej pierwszej rozmowy z piłkarzami. Powiedział im wtedy, że jeśli przeszkadza im przeciekający dach w szatni, hulający w klubowych budynkach wiatr, granie wszystkich domowych meczów poza Poznaniem i ciężkie treningi, to Warta nie jest klubem dla nich. A kto gotowy zacisnąć zęby, może zostać. Tak stworzyli drużynę, która przerosła oczekiwania i wygrała baraże o awans do ekstraklasy.  

To historia nie do uwierzenia. Drużyna oparta o Polaków, bez wielkich gwiazd, ale doskonale zbilansowana. Pełna ludzi, którzy jeszcze mieli coś do udowodnienia, w których powątpiewano. Wygrali wyścig, choć na starcie na nikim nie robili wrażenia. Fiatem ścigali się z bolidami. Wygrali sprytem, rozsądkiem, rzetelną jazdą. W tej długiej i pięknej historii Warty zarezerwowali stronę dla siebie. Awansowali po 25 latach.

Przeczytaj też:

Więcej o: