Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Pół roku temu grał w III lidze, teraz dostał szansę w Legii Warszawa. "W życiu bym się nie spodziewał"

- W życiu bym się nie spodziewał, że to właśnie Legia Warszawa pozwoli mi nie tyle wydostać się z tych niższych lig, ile zadebiutować w ekstraklasie. Spełnić te dziecięce marzenie, w które zawsze wierzyłem, ale nie spodziewałem się, że pozwoli mi na to właśnie tak duży klub - mówi Damian Warchoł, który jeszcze pół roku temu grał w trzeciej lidze. Dziś jest już po debiucie w zespole Aleksandara Vukovicia. Debiucie, w którym strzelił gola i to jeszcze w dniu swoich 25. urodzin.

Bartłomiej Kubiak: Dostałeś kiedyś w życiu lepszy prezent na urodziny?

Damian Warchoł: Lepszy niż debiut w ekstraklasie? Nie, nigdy.

W marcu trafiłeś w debiucie w rezerwach Legii, teraz w debiucie w pierwszym zespole. W poprzednich klubach też miałeś takie wejścia?

- Właśnie nie. Nawet kiedyś się nad tym zastanawiałem, dlaczego te moje debiuty często nie były takie, jakie bym chciał. Warszawa mi chyba służy, przynosi szczęście.

Od razu byłeś pewien, że to ty strzeliłeś gola, bo w telewizji najpierw przypisano tę bramkę Mateuszowi Wietesce?

- Tego, że to ja dotknąłem piłki głową, byłem pewny. Jedyne, czego się obawiałem, to czy ona przekroczyła linię bramkową. Od razu wydawało mi się, że tak, ale nie miałem 100-procentowej pewności czy przekroczyła całym obwodem. Sędzia po konsultacji z VAR uznał, że tak, ale ja powtórki zobaczyłem dopiero po powrocie do domu. Rozwiały wszelkie moje wątpliwości.

Po meczu udzieliłeś krótkiej wypowiedzi, w której nie do końca byłeś zadowolony z debiutu. Dlaczego?

- Tak już mam. Staram się zawsze być sprawiedliwy, jeśli chodzi o ocenę moich występów. Jeśli jest coś złego, to potrafię o tym głośno mówić, a nie tylko zachwalać i rozpływać się nad sobą. Sam debiut był dla mnie spełnieniem marzeń, ale poza golem przytrafiły mi się też w meczu z Pogonią dwie straty i o nich powiedziałem.

Jedną z nich sam naprawiłeś.

- No prawie, bo pogoniłem za piłką, próbowałem ją odzyskać, ale to nie do końca się udało. No nic, trudno. Trochę szkoda, ale to też nie był zwykły mecz, bo po raz pierwszy wyszliśmy w takim zestawieniu. Ja też nigdy wcześniej nie miałem możliwości grać z tymi zawodnikami: czy to w okresie przygotowawczym, czy to w jakimś sparingu, czy nawet na treningu, bo one też zawsze pod koniec sezonu - kiedy mecz goni mecz, grasz co trzy dni - wyglądają trochę inaczej. Trudno nam było się zgrać, ale i tak uważam, że jak na pierwszy mecz - na debiut, jeszcze biorąc pod uwagę te moje wcześniejsze nie do końca udane debiuty - nie było źle.

Zobacz wideo Piłkarz Legii obserwowany przez Jerzego Brzęczka. Może trafić do reprezentacji [SEKCJA PIŁKARSKA #54]

No ale nie mów, że gdyby pół roku temu powiedział ci ktoś, że w ogóle trafisz do Legii i jeszcze w tym samym sezonie zadebiutujesz nie w rezerwach a w pierwszej drużynie, to byś w to uwierzył?

- Przede wszystkim nie uwierzyłbym w to, że moim pierwszym klubem w ekstraklasie, który da mi szanse i w którym zadebiutuje, będzie Legia Warszawa. Jeśli ktoś pół roku temu przepowiedziałby mi taką przyszłość, to w życiu bym mu nie uwierzył. Ale w to, że kiedyś zadebiutuje w ekstraklasie, wierzyłem od zawsze. I to nie chodzi o to, że nie wierzyłem w debiut w Legii, bo mam o niej jakieś złe myśli, tylko o to, że to jest właśnie Legia. Największy klub w Polsce, który zawsze bije się o te najwyższe cele, ściąga najlepszych piłkarzy, często z zagranicy. Przyznaję, że aż tak daleko moje marzenia nie sięgały. Przecież jeszcze pół roku temu biegałem po boiskach trzeciej ligi, dziś jestem po debiucie w ekstraklasie, w Legii, w mistrzu Polski. Nie wierzyłem, że coś takiego może się ziścić. Ale się ziściło. Super.

Wielu piłkarzy, ale też trenerów czy obserwatorów mówi, że najgorszą ligą w Polsce jest obecna trzecia. Zgadzasz się z nimi?

- Rozegrałem tam zdecydowanie najwięcej meczów, więc trudno mi jest porównywać tę ligę do innych. Na pewno gra tam wielu zdolnych chłopaków. Może nie są to 17-20 latkowie, ale tacy zawodnicy jak ja, czyli 24-27 latkowie, którzy wciąż próbują, ale nie mogą się z tej ligi wydostać, bo wielu patrzy na nią z przymrużeniem oka, jak na półprofesjonalną, bardziej hobby niż zawód. A w zasadzie to w ogóle na nią patrzy, bo uważam, że zainteresowanie trzecią ligą w naszym kraju jest znikome. I to też sprawia, że jak już w niej utkwisz, to często tkwisz. Latami. Tak jak ja, ale też wielu innych chłopaków - podobnych do mnie - którzy są ambitni, zdolni, ale z każdym rokiem mają coraz większy problem, by się stamtąd wydostać.

Z jednej strony trudna liga, ale z drugiej jesienią, jeszcze w barwach Pelikana Łowicz, zdobyłeś w niej aż 17 bramek w 16 spotkaniach.

- Wcześniej też wykręcałem tam niezłe liczby. Kiedy byłem w Unii Skierniewice, strzeliłem np. 14 goli, awansowaliśmy do 1/32 Pucharu Polski, gdzie mierzyliśmy się z Piastem, ale to i tak nie przekładało się na zainteresowanie klubów z wyższych lig, nie mówiąc już nawet o tych z ekstraklasy. Zresztą ja sam przecież też musiałem najpierw trafić do drugiej Legii, by dopiero z niej przebić się do pierwszej drużyny. Po części też pewnie dzięki szczęściu. Tzn. nieszczęściu innych, bo gdyby nie kontuzje w zespole, gdyby nie ta zwariowana końcówka po pandemii i gdyby nie to, że Legia zapewniła sobie mistrzostwo w 35. kolejce, może teraz byśmy w ogóle nie rozmawiali. A już pewnie nie o moim debiucie.

Jak to w ogóle się stało, że trafiłeś do Legii?

- Na początku roku, kiedy jeszcze nikt bezpośrednio się ze mną nie kontaktował, zaczęły docierać do mnie sygnały, że rezerwy Legii szukają skutecznego zawodnika do ataku. Nie były to jakieś konkrety, dlatego na początku zimowego okresu przygotowawczego trafiłem na testy do Radomiaka. Miały trwać tydzień, ale przeciągnęły się do blisko trzech tygodni. Z każdym kolejnym dniem zastanawiałem się, po co dalej tutaj jestem. Ale trenowałem, sportowo na pewno nie odstawałem. Na koniec usłyszałem tylko od trenera Banasika, że o braku mojego angażu nie zadecydowały względy sportowe.

Ja wiem, że w Radomiaku zimą były jakieś zawirowania właścicielskie, ale do dziś tak naprawdę nie wiem, co zadecydowało. Wróciłem po tych trzech tygodniach do Pelikana. Trochę zły, bo kończyło się okno transferowe w Polsce, a w Łowiczu też już w międzyczasie zaczęli naciskać, żebym się określił. Czas uciekał. Poza tym z Pelikanem miałem taką umowę, że jeśli pojawi się zimą jakaś oferta z wyższej ligi, to będę mógł odejść z zastrzeżeniem, że stanie się to do końca stycznia. A to już był luty, końcówka lutego. Wtedy z propozycją zadzwonił do mnie dyrektor akademii Jacek Zieliński. Ja szybko podjąłem decyzję, doszedłem do porozumienia z Legią, ale wtedy pojawiły się schody, bo Pelikan nie chciał już mnie wtedy puścić. Argumentował to tym, że jest końcówka okna transferowego i nie zdąży już ściągnąć kogoś na moje miejsce.

I zaczął trochę podbijać stawkę. Ostatecznie skończyło się tak, że kluby się dogadały, ale ja musiałem zrezygnować z kilku zaległych pensji, by trafić do Warszawy. Gdybym tego nie zrobił, pewnie dziś nie byłoby mnie przy Łazienkowskiej. Powiedziałem sobie jednak wtedy: Damian, masz 25 lat, a na tamten moment jeszcze 24 i okej: może zamieniasz trzecią ligę na trzecią, ale to jest Legia. Wielki klub, gdzie pracuje wielu trenerów i może któryś coś w tobie dostrzeże. I że poza tym stąd jednak będzie ci bliżej do wyższych lig niż z Pelikana, bo przecież rezerwy Legii też biły się o awans i gdyby nie ta pandemia, pewnie udałoby się go zrobić. Wiadomo, że stało się, jak się stało, ale wciąż nas trochę boli, że nie rozegraliśmy tego zaległego meczu z Sokołem Ostróda.

Może gdyby się udało go rozegrać, wtedy nie zadebiutowałbyś w ekstraklasie?

- Może i tak, ale mimo wszystko uważam, że nie było żadnych przeszkód, by rozegrać to spotkanie.

Żyjemy w czasach kultu młodzieży i coraz rzadziej zdarza się, by polski piłkarz debiutował w ekstraklasie, mając 25 lat. Tym bardziej w Legii.

- W tej chwili, jeśli nie jesteś młodzieżowcem, najłatwiejszą ścieżką do debiutu w ekstraklasie jest gra w pierwszoligowej drużynie, z którą sam wywalczysz sobie awans. Dobrym przykładem jest tutaj mój serdeczny kolega Rafał Figiel. Rok temu awansował z Rakowem do ekstraklasy, ale trener mu podziękował, a on dalej nie mógł wskoczyć na ten najwyższy poziom. Został w pierwszej lidze, trafił do Podbeskidzia, z którym teraz też wywalczył awans. Chłopak ma już 29 lat, ale jest właśnie dobrym przykładem, że możesz być solidnym piłkarzem, możesz ciężko pracować, ale jak lata lecą, to z każdym rokiem masz coraz trudniej, by się przebić. Dlatego z całego serca mu teraz życzę, by w końcu doczekał się debiutu w ekstraklasie.

Ty miałeś wcześniej propozycje z ekstraklasy?

- Jak byłem w Rakowie Częstochowa, pięć lat temu. Pamiętam, że graliśmy wtedy mecz z Nadwiślanem Góra. Ostatnia kolejka rundy jesiennej w drugiej lidze: zwycięstwo 6:0, z czego pięć bramek mojego autorstwa. W zimowym oknie transferowym pojawiły się wtedy propozycje z ekstraklasy. Cracovia, Jagiellonia, Termalica. To były kluby, które o mnie pytały. Najpoważniej Cracovia, która położyła nawet na stole pieniądze, ale Raków wówczas mnie nie sprzedał. Byłem jeszcze wtedy młodzieżowcem, chciał awansować do pierwszej ligi i się nie zgodził. Szkoda, bo uważam, że Cracovia wtedy fajnie się zachowała, bo chciała mnie zimą wykupić i od razu na pół roku oddać na wypożyczenie do Rakowa.

Koniec końców wyszło tak, że Raków się na to nie zgodził, ja wiosną dużo gorzej prezentowałem się na boisku i nie zrobiliśmy awansu do pierwszej ligi. Zabrakło nam wtedy jednego punktu do miejsca barażowego, a nawet bezpośrednio do awansu, bo wtedy problemy miał Zawisza - nie dostał licencji na grę w pierwszej lidze i Wisła Puławy nie musiała grać meczu barażowego. Latem Cracovia do tematu już nie wróciła, a ja później odszedłem z Rakowa za darmo. I ofert z innych klubów ekstraklasy też już nie miałem. Coś tam się pojawiało z pierwszej ligi, ale to były głównie zaproszenia testy, a ich - choćby wracając do tej zimy i Radomiaka - jakoś nigdy dobrze nie wspominam.

Pochodzisz z piłkarskiej rodziny.

- Czy z piłkarskiej? Mój tata grał w piłkę. Może nie na takim poziomie jak ja w tej chwili, bo występował w starej trzeciej lidze, czyli obecnie drugiej. Ale ja trochę wydeptywałem jego ścieżki, bo on też grał w Unii Skierniewice czy Pelikanie. Obecnie jest trenerem Pogoni Rogów, a więc klubu z miejscowości, gdzie się wychował i z którym wywalczył właśnie awans do A-klasy. Pracuje sobie tak lokalnie, hobbystycznie i to mu sprawia przyjemność. Fajnie.

Masz sentyment do Widzewa?

- Jestem wychowankiem KKS Koluszki, a nie tak jak wszędzie się podaje - Widoku Skierniewice. To jest nieprawda, bo zaczynałem w Koluszkach. To tam się wychowałem, dorastałem, w wieku sześciu lat poszedłem na pierwszy trening. A jak Koluszki, to wiadomo - Widzew. 99,9 procent mieszkańców kibicuje temu klubowi. Zresztą to jest klub, w którym sam też grałem, w którym zadebiutowałem w pierwszej lidze, w którym trenowałem i chodziłem do jednej klasy m.in. z Mariuszem Stępińskim.

Ale czy mam do Widzewa sentyment? Na pewno mam sentyment do jednej bramki, bo zapisałem się w historii Widzewa, strzelając ostatniego gola na starym stadionie - w meczu z GKS Katowice.

Wiesz, że wielu kibicom Legii ten twój sentyment mógłby się nie spodobać?

- No tak, ale nie będę tutaj ściemniał: Widzew to był klub, który przewijał się przez moje życie i któremu w trakcie tych wszystkich perturbacji też starałem się pomóc. Kiedy Widzew leciał do niższych lig, to pół roku ćwiczyłem z zespołem i nie otrzymywałem żadnych pieniędzy. A kiedy sam doznałem kontuzji, to nikt z Widzewa mi już ręki nie podał. Dlatego nie wiem, czy słowo sentyment, jest tutaj odpowiednie. Bo ja w Widzewie nigdy nic za darmo nie dostałem. Więcej mu dawałem, niż od niego brałem. To teraz prędzej Legia wyciągnęła do mnie rękę. I w życiu bym się nie spodziewał, że to właśnie ona pozwoli mi nie tyle wydostać się z tych niższych lig, ile zadebiutować w ekstraklasie. Spełnić te dziecięce marzenie, w które zawsze wierzyłem, ale nie spodziewałem się, że pozwoli mi na to właśnie tak duży klub, jakim jest Legia. Jestem jej za to ogromnie wdzięczny. Przede wszystkim trenerowi Vukoviciowi, który jest obcokrajowcem, a wcześniej żaden inny trener z Polski nie dał mi takiej szansy. I też jest dość zastanawiające, ale i budujące.

W marcu, w rozmowie z Legia.Net, mówiłeś, że masz to coś, żeby pokazać się w ekstraklasie. Coś, czyli co?

- Przede wszystkim smykałkę do strzelania goli. Mnie naprawdę dużo nie potrzeba, by znaleźć się w dobrej sytuacji. Praktycznie w każdym meczu mam przynajmniej jedną taką okazję, w której potrafię się odnaleźć. Strzelić albo prawą albo lewą czy głową - bez różnicy. Albo podać, bo też nie jestem typem piłkarza, który tylko strzela. Potrafię grać dla drużyny, wypracowywać innym sytuacje, a przy tym walczyć w obronie, grać na wślizgu, co wśród napastników jest raczej rzadkością. Wiadomo, że teraz sobie może ktoś pomyśleć, że Warchoł tylko tak gada, ale to zapewne będą osoby, które nigdy nie widziały moich meczów. Bo nie miały gdzie widzieć, ja to rozumiem. Ale też mam nadzieję, że niebawem to się zmieni. Że wszyscy będą mogli zobaczyć, że to nie są tylko słowa.

Jesteś ofensywnym pomocnikiem czy środkowym napastnikiem?

- Najlepiej czuję się na pozycji numer dziesięć. Czyli na tej, na której zagrałem z Pogonią, kiedy miałem za zadanie schodzić po piłkę i próbować ją rozgrywać. To pasuje mi najbardziej. Od zawsze lubiłem kombinacyjną grę. A moja skuteczność? Ona też wynika właśnie z tego, że grając na dziesiątce, mam przed sobą jeszcze jednego zawodnika, który często ściąga na siebie uwagę obrońców i dzięki temu ja - np. po wcześniejszym rozegraniu piłki w środku pola albo po podaniu od napastnika, który gra tyłem do bramki - zawsze mogę sobie gdzieś tam wyskoczyć i się pokazać.

Sam mówisz, że od dziecka twoim marzeniem było zagrać chociaż jeden mecz w ekstraklasie. Co dalej?

- Nawet się ostatnio nad tym zastanawiałem, co powinno być następne, co teraz sobie wymyślić, bo do tej pory marzyłem od tej ekstraklasie i choć zawsze wierzyłem, to na realizację tego marzenia czekałem długo. Na pewno teraz takim moim krótkoterminowym może bardziej celem niż marzeniem jest to, by utrzymać się na poziomie ekstraklasy, żeby to ustabilizować i w niej regularnie grać. Już mi się trochę znudziła ta trzecia liga. Co tam mogłem zrobić, to zrobiłem. Wyczerpałem swoje możliwości i teraz chciałbym je pokazywać na wyższym poziomie. W dalszej perspektywie na pewno marzyłby mi się też wyjazd za granicę, by dzięki temu spróbować sobie później też fajnie ułożyć życie. Ale to spokojnie, bo na dzisiaj nie wyobrażam sobie nic innego poza grą w piłkę. Całe życie robiłem wszystko, by znaleźć się na tym najwyższym poziomie. I jak już w końcu na niego wskoczyłem, to teraz chce to szanować i dalej ciężko pracować, by to wszystko utrzymać.

29 lipca zacząłeś przygotowania z pierwszym zespołem?

- Nie, zacząłem wcześniej. W poniedziałek, po tygodniu urlopu, stawiłem się na pierwszych zajęciach w rezerwach. Czy uda mi się przebić na stałe do pierwszego zespołu? W ostatnich dniach ani trener, ani nikt ze sztabu, ani dyrektor sportowy Radosław Kucharski się ze mną nie kontaktowali. No ale wiadomo, że bym bardzo chciał. I będę na to pracował. Robił wszystko, bo motywacja jest. Ten debiut dał mi naprawdę mocnego kopa.

Przeczytaj też:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .