Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Legia Warszawa ucierpiała przez decyzję PZPN. "Nie trzeba być naukowcem"

Jeden sezon jeszcze się nie skończył - ten najdziwniejszy od lat, przedzielony pandemią koronawirusa - a Legia Warszawa już przygotowuje się do kolejnego. Łukasz Bortnik, szef przygotowania fizycznego Legii, opowiada o wykończonych piłkarzach, pladze kontuzji, trudnym zawodowo czasie i planach na początek przyszłego sezonu.

Dawid Szymczak: - Thomas Pekhart powiedział w czeskich mediach, że jeszcze nigdy nie czuł się tak wyczerpany. Cała drużyna była w ostatnich tygodniach w takim stanie?

Łukasz Bortnik, szef przygotowania fizycznego Legii Warszawa: - Nie był wyjątkiem, choć jego sytuacja akurat nieco się różniła. Przyszedł do nas z Las Palmas, gdzie w ostatnim czasie nie grał wielu meczów po 90 minut, więc dla niego ta długa przerwa i błyskawiczne wejście w takie natężenie meczów było jeszcze trudniejsze. Wymagało jeszcze większego wysiłku. Ale cała drużyna odczuwa zmęczenie. Regularnie mierzyliśmy poziom zmęczenia zawodników i widzieliśmy, co się dzieje. Posiłkowaliśmy się oczywiście danymi obiektywnymi, czyli różnymi wskaźnikami, markerami zmęczeniowymi, ale głos piłkarzy - jak oni się czują - też był dla nas bardzo ważny. Stwierdzenie Thomasa w ogóle mnie więc nie zaskakuje.

Zobacz wideo Piłkarz Legii obserwowany przez Jerzego Brzęczka. Może trafić do reprezentacji [SEKCJA PIŁKARSKA #54]

Dało się w ogóle zapobiec zmęczeniu przy takiej liczbie meczów w krótkim czasie?

- Od początku się z tym liczyliśmy i głośno mówiliśmy, że w przypadku tak długiej przerwy, a później tak szybkiego powrotu do gry, z krótkim okresem na odbudowanie formy, po prostu musiało tak to wyglądać. Zawodnicy wracali do rozgrywek z deficytem kondycyjnym i fizycznym, a od czasu wznowienia zagraliśmy już 12 meczów w czterdzieści kilka dni. To ogromna dawka. Wiedzieliśmy, że piłkarze będą nie tylko wyczerpani fizycznie, ale też psychicznie, bo stres związany z utrzymaniem punktowej przewagi i zdobyciem mistrzostwa Polski był bardzo duży. A czasu na reset nie ma wiele, bo zaczynamy już myśleć o nowym sezonie.

Te dane obiektywne mnie interesują. Pojawiały się wyniki, jakich wcześniej nie widzieliście?

- Może nie, że wcześniej takich nie widzieliśmy, ale jasno pokazywały wyczerpanie piłkarzy. Nic nadzwyczajnego, nic nowego, ale na pewno zmęczenie było bardzo duże. Sytuacja była trudna. Nadzwyczajna. Nikt z nas wcześniej się w takiej nie znalazł. Pozostało nam ją zaakceptować i na bieżąco się dostosowywać. Optymalizowaliśmy wszystkie działania, zarządzaliśmy drużyną, żeby skutki były możliwie najłagodniejsze. Ale to jeszcze nie koniec, bo przygotowania do europejskich pucharów i w ogóle nowego sezonu też będą dla nas wymagające. Naprawdę bardzo się cieszę, że mamy już wywalczone mistrzostwo i mogliśmy dać wolne najbardziej zmęczonym piłkarzom: Gwilli, Antoliciowi, Lewczukowi, Karbownikowi, Jędrzejczykowi, Pekhartowi, Wszołkowi czy Luquinhasowi. I jeszcze raz podkreślę - odpoczywają nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, bo to wypalenie mentalne, po angielsku określane jako "psychological burnout", co dobrze oddaje to, o czym mówię, na pewno cały czas jest. Mam nadzieję, że ten krótki okres odpoczynku, pomoże się tego pozbyć.

To był dla pana najtrudniejszy zawodowo czas? Pamiętam, że gdy rozmawialiśmy w środku lockdownu, przed wznowieniem wspólnych treningów, mówił pan, że idziecie w nieznane.

- Bo szliśmy. Nie wiedzieliśmy czego oczekiwać, nie do końca rozumieliśmy sytuację, w której się znaleźliśmy, nie wiedzieliśmy, jak długo ona potrwa. Ćwiczyliśmy w domach, czas leciał, wszystko się przedłużało, nie wróciliśmy po dwóch tygodniach i trzeba było wymyślać kreatywne treningi, żeby zawodników nie zanudzić, ale dostarczyć im minimalną skuteczną dawkę treningową. Wracaliśmy w małych grupach, dopiero później z całą drużyną i zaraz graliśmy już mecze. Na pewno był to dla mnie trudny moment, ale dzisiaj patrzę na to jak na świetną lekcję i kapitał na przyszłość. Chociaż oczywiście mam nadzieję, że taka sytuacja już się nie powtórzy.

I wtedy też rozmawialiśmy o możliwych kontuzjach. Tłumaczył mi pan, z czego wynika to ryzyko, co będzie najbardziej niebezpieczne i jak próbujecie temu zapobiec. Ale dzisiaj w Legii i tak jest wielu kontuzjowanych: Martins, Lewczuk, Novikovas, Kante, Sanogo i Vesović. Różne kontuzje, mające różne przyczyny. Ile z nich można zrzucić na karb pandemii i tej przerwy w rozgrywkach?

- Wiele kontuzji, nawet mechanicznych, wiązałbym z tą przerwą. Przez brak treningu piłkarskiego było widać gorszą koordynację oraz orientację w czasie i przestrzeni zawodników. I w meczu, i w treningu. Dużo było kolizji, zderzeń z przeciwnikiem, czy nawet z kolegą z zespołu. Czasami była to po prostu kwestia pecha, ale naprawdę wiele tych kontuzji wynikało z tego, o czym mówiliśmy wcześniej: długiej przerwy, szybkiego powrotu do gry i dużego natężenia meczów. Osoby, u których widzieliśmy większy spadek zdolności wysiłkowych w czasie pandemii, były później bardziej narażone na urazy. Poza tym, piłkarze, którzy wcześniej mieli problemy z kontuzjami, też byli bardziej podatni na urazy. Te stare problemy zaczęły szybko o sobie przypominać. Jest sporo czynników wywołujących kontuzje, a tutaj wiele z nich zebrało się w jednym momencie. Nie tylko u nas, bo też w innych ligach obserwujemy, że jest ich więcej. W grudniu i styczniu w lidze angielskiej, gdy natężenie meczów jest duże, ryzyko odniesienia kontuzji w grze wzrasta do 90 procent, natomiast normalnie w sezonie, przy jednym meczu w tygodniu, wynosi tylko 15 procent. Dzisiaj ten problem dotyczy wszystkich drużyn w Premier League. Dla przykładu aktualnie Newcastle ma 9 kontuzji, Arsenal 7, a Everton 6. Najmocniejsi piłkarze Legii wytrzymali ten maraton. Mieliśmy Gwilię, Karbownika, Luquinhasa czy Antolicia, którzy grali po 90 minut niemal w każdym meczu. Wiele było urazów aparatu ścięgnistego takich jak zerwania czy naderwanie ścięgien i więzadeł, gdyż najprawdopodobniej w tym okresie zaburzona została propriocepcja, czyli czucie głębokie. Niestety to właśnie spotkało Vesovicia. Co ciekawe urazów mięśniowych było mniej, niż się spodziewałem.

Brakowało wam dodatkowych dwóch zmian, które mieli trenerzy w innych ligach?

- Bardzo brakowało. Nie trzeba być naukowcem, żeby wiedzieć, że to też miało wpływ. Dodatkowe dwie zmiany pozwalałyby stopniowo wprowadzać zawodników, powoli adaptować ich do wysiłku meczowego, a nie od razu wrzucać większość z nich na 90 minut. Moglibyśmy dać im szybciej odpocząć. Graliśmy o zdobycie mistrzostwa, presja wyniku była wielka, więc o duże rotacje było trudno. To są detale, które później decydują o tym wyczerpaniu, o tych kontuzjach. Widziałem statystyki, że w Bundeslidze 90 procent trenerów z tych dodatkowych zmian korzystało. Też byśmy z nich korzystali, jakby były wprowadzone.

PZPN nie pozwolił na dodatkowe dwie zmiany, a przecież awans do europejskich pucharów polskich drużyn jest w interesie wszystkich. I teraz robi się problem, bo wypadł chociażby kluczowy Vesović. Może go w tych kwalifikacjach zabraknąć.

- Zgadza się. Nie mam wątpliwości, że tych kontuzji byłoby mniej, gdybyśmy mieli pięć zmian. Ale trudno, to już za nami. Zdobyliśmy mistrzostwo, niestety nie udało nam się zdobyć Pucharu Polski, a teraz już patrzymy przed siebie. Chcemy jak najlepiej zregenerować najważniejszych zawodników i w krótkim czasie dobrze przygotować się do następnego sezonu.

A jak panowie tłumaczyli sobie w sztabie te słabsze dwa tygodnie - z dwoma remisami w lidze, porażką z Lechem Poznań i odpadnięciem w Pucharze z Cracovią? Pojawiły się wtedy dyskusje o przygotowaniu fizycznym, które wracają zawsze, gdy drużynie nie idzie.

- Z tym nie wygramy. Mogę tylko powiedzieć, że w meczach, które przegraliśmy - z Górnikiem, Lechem i Cracovią - drużyna biegała bardzo dobrze i nie było mowy o złej dyspozycji fizycznej. Osiągaliśmy wyższą intensywność biegową niż przeciwnik w każdym z przegranych meczów, a w drugich połowach stanowczo dążyliśmy do wyrównania. Sił nam na pewno nie brakowało. A co do wytłumaczenia tych porażek - cóż, taka jest czasami piłka. Pamiętajmy, że w meczu z Górnikiem pierwszy stracony gol był kuriozalny, sędzia na początku nie podyktował rzutu karnego, a na dodatek bramka Górnika była jak zaczarowana. Inaczej mogło się to wszystko potoczyć. Ale zawsze można coś zrobić lepiej. Bolała szczególnie porażka z Cracovią, bo przepadł nam Puchar Polski. Dzisiaj też patrzę na to trochę inaczej - przez to, że nie zagramy w finale, zawodnicy mogą już odpoczywać przed kolejnym sezonem.

Poznaliśmy już daty pierwszych meczów. Zaczniecie Superpucharem Polski 9 sierpnia. Jak będą wyglądały przygotowania?

- Wszystko będzie bardzo zindywidualizowane: końcówka ligi, okres przejściowy i same przygotowania do startu. Tak, jak mówiłem, piłkarze najbardziej obciążeni już odpoczywają. Reszta dokończy sezon, a później będziemy mieli krótką przerwę - do 29 lipca. Wtedy się znowu spotkamy, przejdziemy badania, testy, wszystko ocenimy i zaczniemy się przygotowywać.

Do tego czasu kompletna laba?

- Nie do końca. Wybrani piłkarze dostaną indywidualne rozpiski treningów. Same przygotowania będą bardzo krótkie. Niecałe dwa tygodnie. Do Superpucharu chcemy być dobrze przygotowani. To będzie dla nas ważny mecz. W ostatnich latach Legii nie udało się zdobyć tego trofeum. My chcemy ten mecz wygrać i na pewno potraktujemy go bardzo poważnie. Później 14-15 sierpnia mamy Puchar Polski i zaraz później 19-20 pierwszą rundę eliminacji Ligi Mistrzów. Nie wiadomo, gdzie ani z kim. Trzy dni przerwy i pierwsza kolejka Ekstraklasy. Nie wiemy, jaki będzie przyszły sezon: czy 30 kolejek, czy 37, ale początek na pewno będzie bardzo intensywny.

W dodatku w trzech rundach eliminacji Ligi Mistrzów nie będzie rewanżów. Mniej meczów, ale ryzyko wpadki większe.

- Nie będzie miejsca na potknięcie. Gospodarza wskaże losowanie, więc szczególnie w przypadku meczów wyjazdowych będzie trzeba uważać, bo nie wiadomo, z kim zagramy, gdzie, na jakiej płycie i w jakich warunkach. Ale nie boimy się. Podejście mamy takie, że gdzie będzie trzeba pojechać, tam pojedziemy i zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby przejść do kolejnej rundy.