Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

ŁKS popełnił błąd! Wojciech Stawowy zadziwia. "To jest śmieszne"

- Przez kilka ostatnich lat pracował z dziećmi, a kiedyś powtarzał, że ze swoich klubów będzie robił Barcelonę albo że w trzy lata z I ligi dojdzie do gry o Ligę Mistrzów. To jest śmieszne - mówi Jacek Ziober o Wojciechu Stawowym. Wychowanek ŁKS-u jest przekonany, że łódzki klub popełnił błąd, próbując ratować się przed spadkiem przez zmianę trenera. Ale były reprezentant Polski twierdzi, że w I lidze to Stawowy powinien dalej prowadzić ŁKS.

We wtorek ŁKS został pierwszym spadkowiczem z Ekstraklasy w sezonie 2019/2020. Drużyna prowadzona przez Wojciecha Stawowego przegrała u siebie z Górnikiem Zabrze 1:3. Na pięć kolejek przed końcem sezonu ŁKS jest ostatni w tabeli. Do będącej tuż nad strefą spadkową Wisły Kraków łodzianie tracą 17 punktów, a zdobyć mogą jeszcze maksymalnie 15 pkt.

Łukasz Jachimiak: Ogląda Pan jeszcze mecze ŁKS-u?

Jacek Ziober: Nigdy nie postawię na nim kreski, bo to mój klub. Ale bardzo mnie boli, że to wygląda tak jak wygląda.

A dlaczego to tak wygląda? Z Kazimierzem Moskalem, a nie Wojciechem Stawowym w roli trenera zespół miałby szanse się utrzymać?

- Nie wiem czy zostawienie Moskala pomogłoby aż na tyle, żeby się ŁKS utrzymał. Na pewno byłoby ciężko. Ale myślę, że drużyna grałaby lepiej - spokojniej i skuteczniej. Bo byłaby kontynuacja pracy. Taka zmiana nie mogła przynieść nic dobrego.

Jeden punkt zdobyty w sześciu meczach - da się bronić Stawowego, kiedy ma tak mizerny dorobek?

- Wyniki mówią wszystko. Ale czy można się było spodziewać cudu? Oczywiście, że nie.

Na usprawiedliwienie Stawowego trzeba powiedzieć, że i wcześniej ŁKS zawodził, a przede wszystkim Stawowy objął zespół w czasie pandemii i w czasie takich restrykcji, które nie pozwalały normalnie trenować.

- Tym większe jest zdziwienie, że szefowie ŁKS-u zdecydowali się na nowego trenera. Wszystko co się działo nie napawało optymizmem. To się po prostu nie miało prawa udać.

Wkurza się Pan, kiedy Pan słyszy albo czyta, jak Stawowy po meczu przegranym 0:4 stwierdza, że do pierwszego straconego gola ŁKS realizował założenia, tymczasem ten pierwszy gol został stracony już w czwartej minucie?

- Chcę myśleć, że to był lapsus językowy trenera. W przeciwnym razie trzeba by powiedzieć, że to bajki i że tak nigdy nie wolno mówić. Trzeba uczciwie popatrzeć na zespół. On jest jaki jest i już kiedy ŁKS prowadził Moskal, to mówiłem, że trzeba dobrać taktykę pod piłkarzy jakich się ma, a nie próbować zrobić coś, czego się z takim składem nie da zrobić, bo z tych zawodników nie wyciśnie się i stylu, i punktów. Co z tego, że ŁKS przez jakiś czas był chwalony za ładną grę? Mówiono, że tak się grać powinno, że dobrze drużyna próbuje, że fajnie się ją ogląda. A przecież za wrażenia artystyczne to się dostaje punkty w łyżwiarstwie figurowym, a nie w piłce nożnej. Do futbolu trzeba podchodzić na zimno. A przynajmniej do naszego. Nie mam kim grać ładnie, to nie próbuję grać ładnie, tylko szukam prostszych rozwiązań. I nie interesuje mnie, że ktoś będzie mówił, że moja drużyna gra topornie - cel uświęca środki.

Czy ŁKS zostawia po sobie w ekstraklasie coś dobrego poza chwilami niezłym wrażeniem artystycznym i poza Danim Ramirezem sprzedanym zimą do Lecha Poznań?

- A wie pan, że kiedy Ramirez do ŁKS-u przychodził, to musiałem go bronić, bo ciągle słyszałem, że to takie nie wiadomo co, niepotrzebne chucherko? A to był jedyny zawodnik, który się wyróżniał. A nawet od razu rzucał się w oczy, jeśli tylko ktoś się znał na piłce. Od razu było widać, że ten chłopak myśli, że jest świetny do technicznej, fajnej gry. On potrafi wyśmienicie obsłużyć podaniami szybkich zawodników, którzy też wiedzą o co w piłce chodzi. Ale takich w ŁKS-ie nie było i nie ma. No bo jak teraz miałbym kogokolwiek pochwalić? Za co? W tej drużynie sporo się powinno zmienić, potrzeba jej czterech-pięciu wartościowych piłkarzy.

Czyli ŁKS musi się wzmocnić na I ligę?

- Tak to wygląda. Bywało, że ktoś spadał z ekstraklasy i buńczucznie zapowiadał, że za rok wróci, a miał problem z utrzymaniem się w I lidze. Trzeba poważnie przemyśleć kwestie kadrowe, popatrzeć na finanse i mądrze wszystko zaplanować, bo z tym składem ŁKS w I lidze miałby kłopoty.

ŁKS już spadł, o co więc zagra w pięciu ostatnich kolejkach ekstraklasy? To mogą być mecze na przykład o przyszłość w klubie trenera Stawowego?

- Jak Stawowy do ŁKS-u przychodził, to inni trenerzy występujący w roli ekspertów bardzo go chwalili, mówiąc, że ma dobrą rękę, że to fachowiec. Ja wiem, że on przez kilka ostatnich lat pracował z dziećmi, a kiedyś powtarzał, że ze swoich klubów będzie robił Barcelonę albo że gdzieś [w Widzewie] w trzy lata z I ligi dojdzie do gry o Ligę Mistrzów. To jest śmieszne. Nasi trenerzy czasami powinni się ugryźć w język. I komentować rzeczywistość, a nie ją zaklinać. Trzeba mówić jak jest. I pracować. Ja bym trenerowi Stawowemu dał popracować. Wystarczy już zmian trenerów, ŁKS-owi są potrzebne inne zmiany, trzeba przebudować zespół. Trener musi mieć stabilizację, żeby to zrobić.

A jeśli trener do końca sezonu będzie przegrywał mecz za meczem, to będzie miał zaufanie piłkarzy, którzy w klubie zostaną, i szefów klubu?

- Ale co ten trener miał tak naprawdę zrobić? Niech działacze powiedzą, czego oni chcieli od tego trenera. W czasach koronawirusa, gdzie wszystko jest postawione na głowie, oni sobie wymyślili coś, co nie mogło się stać. Powinni założyć, że będzie tak, jak właśnie jest. A teraz powinni trzymać się tego, że Stawowy to pomysł na dłużej. Jestem przeciwnikiem zmian co kilka miesięcy. Nie lubię tego, moim zdaniem najważniejsza jest stabilizacja. A że jest spadek i to szybki, bez wielkiej walki o utrzymanie? Nie ma co rozdzierać szat. ŁKS wrócił do ekstraklasy po kilku latach tułaczki po niższych ligach. Liznąć ekstraklasy, zobaczyć jakie są w niej teraz realia - to też jest coś. To powinno dać działaczom wskazówki, co robić dalej. To jest ważna nauka przez doświadczenie. Tu absolutnie nie ma tragedii. Byliśmy w ekstraklasie, zobaczyliśmy, jak jest i teraz powinniśmy wiedzieć, co zrobić, żeby wrócić i żeby ekstraklasa stała się naszym miejscem. Jeszcze raz podkreślam, że trzeba się poważnie przygotować do gry w I lidze.

Czeka Pan już na derby Łodzi, które najpewniej odbędą się w niej w przyszłym sezonie?

- Mam nadzieję, że Widzew wejdzie. Miał niedawno złą serię, ale na szczęście chyba już wyszedł z tych problemów [po 27 kolejkach z planowanych 34 Widzew prowadzi w tabeli II ligi, mając 54 punkty. Za nim jest mający 51 pkt GKS Katowice i Górnik Łęczna z 49 punktami. Bezpośredni awans wywalczą dwie najlepsze drużyny]. Derby sprawią, że chociaż dwa razy w przyszłym sezonie będzie o łódzkiej piłce głośno. ŁKS i Widzew są sobie nawzajem bardzo potrzebne. Jedni drugich promują, kiedy jest walka między tymi rywalami.

Pan jako wychowanek ŁKS-u właśnie derby z Widzewem wspomina po latach jako najważniejsze mecze?

- Debry w latach mojej gry w ŁKS-ie to czasami były śmieszne.

Dlaczego?

- Bo partia bywała ważniejsza niż sport.

Wychodziliście na boisko, wiedząc jakim wynikiem skończy się Wasz mecz?

- Nie trzeba specjalnie opowiadać jak było, tego można się domyślić. Padało tylko przed grą "No, nie krzywdźmy się, panowie". Inne mecze zapamiętałem jako najfajniejsze. Na przykład wygrany 7:5 z Lechem. Tak się rozkręciliśmy, że chyba połowę goli strzeliliśmy w ostatnich minutach.

Sprawdźmy. Czerwiec 1985 roku: ŁKS - Lech 7:5, a do 80. minuty było 5:3. Pamięta Pan swoje bramki?

- Na pewno dwie zdobyłem.

Zgadza się.

- Sporo fajnych meczów się przez te wszystkie sezony w Łodzi zagrało [Ziober grał w ŁKS-ie od 1982 do 1990 roku] i tylko szkoda, że nie było mi dane nic z ŁKS-em wygrać. Z kadrą też nie wychodziło - nie było awansu ani do finałów mistrzostw świata, ani mistrzostw Europy. Szkoda, bo pokolenie było utalentowane, indywidualności mieliśmy, ale zespół z nich złożony nie wyglądał tak dobrze jak powinien.

Chyba przede wszystkim nie było trenera, który potrafiłby nad tymi indywidualnościami zapanować?

- To na pewno. Wtedy bardzo, bardzo mocny był Śląsk, przede wszystkim z Górnikiem Zabrze, który wygrywał mistrzostwo za mistrzostwem. Później była Legia Warszawa jak odrębna partia, dalej piłkarze z wybrzeża i my, liczna grupa z centrum, w tym z ŁKS-u Jarek Bako, ja, Piotrek Soczyński, a do tego czasem jeździli też Witek Bendkowski, Witek Wenclewski czy Julek Kruszankin. Ci wszyscy faceci grali sobie w reprezentacji to, co akurat chciało im się zagrać. A poza meczami trzymaliśmy się w swoich regionalnych grupkach. Podziały były mocne, a nie było mocnej ręki, która by nami zarządziła i wszystko poukładała.

Do tego dochodził problem niesportowego prowadzenia się, bo Robertów Lewandowskich wtedy w naszej piłce nie było, prawda?

- W czasach komunistycznych kompletnie inaczej nasza piłka wyglądała, całkiem inne było podejście. Jak już człowiek wyjechał na zachód, to dopiero trochę inaczej myślał. Ja wyjechałem mając 25 lat i grałem w zagranicznych klubach prawie 10 lat. Wielu było wtedy takich, którzy wyjechali i szybko wracali z podkulonymi ogonami. Jak ktoś miał charakter i dryg do piłki, to dawał radę. Wtedy przychodził moment, w którym zabawa w piłkę się kończyła, a zaczynało się jej poważne traktowanie. Grając na zachodzie rozumiało się, że piłkarz to zawód.

Więcej o: