Tiba złapał się za głowę, piłkarzom pospadały maski. Takiej twarzy Lecha nie widzieliśmy od lat

W pierwszej połowie zabrakło choćby jednego celnego strzału. Za to w drugiej strzałowi Jakuba Modera nie brakowało niczego: ani mocy, ani celności, ani wagi. Przyczynił się bowiem do zwycięstwa 2:0 grającego w dziesiątkę Lecha Poznań nad Piastem Gliwice.

A kto wie, czy to zwycięstwo nie zdecyduje o mistrzostwie Polski. Grający u siebie Piast rozpoczynał kluczową część sezonu z siedmioma punktami straty do liderującej Legii Warszawa, czyli w takiej samej sytuacji jak rok temu, gdy sensacyjnie odrobił stratę i został mistrzem Polski. Wtedy pokonując Lecha, przyklepał tytuł. Teraz grał z nim pierwszy mecz po podziale tabeli.

Tyle że Kolejorz jest już zupełnie inną drużyną. Wydaje się to niewiarygodne, bo minął zaledwie rok, ale Dariusz Żuraw nie wystawił żadnego piłkarza, który rozpoczął tamto spotkanie. Dziewięciu z jedenastu zawodników w ogóle nie ma już w klubie. Zmieniła się też sytuacja i okoliczności. Wtedy Lech był drużyną przegraną, o nic już nie grającą, wyśmiewaną przez kibiców, żegnaną bez żalu. W tym roku wciąż ma nadzieję na zajęcie miejsca dającego europejskie puchary i wygranie Pucharu Polski. Jest w formie, gra atrakcyjnie, ma kilku piłkarzy, na których miło zawiesić oko. Ale przy tym wciąż Lech był drużyną niedookreśloną. Dopiero tym meczem udowodnił, że dojrzewa.

Zobacz wideo Tym golem Lewandowski zapewnił Bayernowi mistrzostwo Niemiec

Pierwsza połowa bez celnego strzału

Dotychczas takiego potwierdzenia brakowało. Piłkarze Żurawia potrafili wysoko wygrać z Koroną Kielce i Pogonią Szczecin, ale przegrać u siebie z Legią Warszawa 0:1. Z Zagłębiem Lubin w ogóle zagrali dwie różne połowy i ostatecznie zremisowali 3:3. Na zmianę zachwycali i rozczarowywali. W grupie mistrzowskiej, grając przeciwko najlepszym, mieli się wreszcie zweryfikować.

I kto wie, czy nie zaczęli od zaliczenia najtrudniejszego egzaminu. Już na początku drugiej połowy czerwoną kartkę dostał Thomas Rogne, więc na boisku mistrza Polski musieli sobie poradzić w dziesiątkę. A pierwsza połowa nie napawała optymizmem. Był to mecz bez pól karnych - dosłownie, bo padający deszcz zmył linie, i w przenośni, bo piłka rzadko dolatywała do którejś szesnastki. Zabrakło też celnych strzałów. Ale jeśli któryś trener w szatni zapewniał swoich piłkarzy, że mają nad tym meczem kontrolę, to był nim Waldemar Fornalik. Lech miał bowiem spore problemy z wyjściem spod pressingu Piasta, a gdy już mu się to udawało, często ofensywni piłkarze byli zostawieni sami sobie i skazani na pojedynki z obrońcami Piasta. Ci zazwyczaj odbierali piłkę i zaczynali budować kolejny atak pozycyjny.

W dodatku po czerwonej kartce Dariusz Żuraw zdjął Daniego Ramireza i wpuścił środkowego obrońcę - Djordje Crnomarkovicia. Było jasne, że Lech będzie zmuszony jeszcze głębiej się bronić i liczyć kontrataki lub stałe fragmenty gry. Miał na boisku Jakuba Modera, który potrafi je znakomicie wykonywać, ale nawet jego piłka w pierwszej połowie nie słuchała. Gdy uderzył bez przyjęcia - poleciała w trybuny. Gdy wykonywał rzut wolny - opadła na górną siatkę. Sytuacja wyglądała na beznadziejną: Lech miał grać jednego mniej, a wciąż nie miał w statystykach celnego strzału.

Piast Gliwice stracił szanse na mistrzostwo?

Aż w drugiej połowie Moder ustawił piłkę z boku pola karnego. Tak, że bramkarz nie mógł mieć pewności, czy dośrodkuje, czy zdecyduje się na zuchwały strzał. Moder uderzył. Perfekcyjnie. Mocno, poza zasięgiem Frantiska Placha. Stojący w polu karnym Pedro Tiba miał najlepszy widok na lecącą piłkę. Gdy wpadła pod okienko, najpierw złapał się za głowę, a później podniósł nad głowę zaciśnięte pięści.

To był moment, w którym ten mecz się zmieniał. Nie dość, że Lech prowadził, to miał już za sobą niemal 20 minut gry w osłabieniu. I nie były to wielkie męczarnie. Z daleka uderzali Hateley i Czerwiński, ale żaden z tych strzałów nie był groźny.

Kolejorz mądrze się bronił - nie było w tym desperacji ani wybijania na ślepo przed siebie. Ale Piast z czasem spychał go coraz głębiej, zmuszał Mickey’a van der Harta do coraz trudniejszych interwencji, po kontrowersyjnej decyzji sędziego nie dostał rzutu karnego, aż wreszcie w samej końcówce prawie wtoczył piłkę do bramki. Zamieszanie w polu bramkowym Lecha było olbrzymie. Obrońcy Lecha zdołali jednak na tyle szczęśliwie wybić piłkę sprzed linii, że spadła pod nogi wprowadzonego kilkanaście minut wcześniej Filipa Marchwińskiego. Kolejorz ruszył z kontrą, którą delikatnym strzałem wykończył Pedro Tiba.

Portugalczyk w kluczowym momencie strzelił pierwszego gola od grudnia 2018 roku. Próbował wiele razy - z dystansu i z bliska, ale przez 39 meczów nie trafiał. Przełamał się w idealnym momencie. Radość piłkarzy była tak wielka, że niektórym rezerwowym, którzy wbiegli na murawę, pospadały maski. To symboliczne. W tym meczu zobaczyliśmy bowiem twarz Lecha, której nie było widać od lat - wyrachowaną i dojrzałą.  

Natomiast Piast może mieć pretensje tylko do siebie. Zaraz po zmianie stron miał rywala na widelcu, a skończył z niczym. Przed rokiem nie wypuszczał takich okazji z rąk i dlatego odwrócił losy rywalizacji. Jeśli w niedzielę Legia wygra ze Śląskiem Wrocław, to na sześć kolejek przed końcem będzie miała aż dziesięć punktów przewagi i będzie mogła przygotowywać miejsce na kolejny puchar.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.