Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Marek Papszun: To, jak ludzie zaczęli się zachowywać, jest nie do przyjęcia

Raków Częstochowa skończy obecny sezon ekstraklasy, grając w grupie spadkowej, choć jeszcze podczas przedostatniej kolejki miał szansę na awans do najlepszej "ósemki". - Padliśmy ofiarą tego, że za szybko weszliśmy na zbyt wysoki poziom i skutecznie rywalizowaliśmy z najlepszymi - mówi w rozmowie ze Sport.pl trener częstochowian, Marek Papszun.

Trener Rakowa Częstochowa, Marek Papszun pozytywnie ocenił powrót do piłkarskich rozgrywek w Polsce. - Lepiej nie można było przez to przejść. Było to ryzykowne, bo gdyby coś się jednak wydarzyło, to na wszystkich w to zaangażowanych spadłby spory hejt. Ale prezes Boniek podszedł do tego tak, jak należało - komentuje w rozmowie z naszym portalem. 

Zobacz wideo Janusz Gol znika powoli z Cracovii. "Nie zasłużyłem na to. Taka była decyzja trenera" [SEKCJA PIŁKARSKA #51]

Jakub Balcerski: Mocno chciał pan powrotu ekstraklasy, a biorąc pod uwagę wynik - brak Rakowa w grupie mistrzowskiej pomimo sporej szansy na grę w “ósemce” - można powiedzieć, że okazał się dla drużyny dość brutalny. Zgodzi się pan?

Marek Papszun: Zupełnie nie. Rozstrzygnięcie jeszcze nie zapadło, ale jesteśmy coraz bliżej realizacji celu, czyli utrzymania w ekstraklasie. Idea gry w piłkę dla mnie nie polega jednak tylko na realizacji celów, nie ograniczałbym tego w taki sposób. Tu chodzi o projekt klubowy, a nawet cały ligowy ekosystem. Startując do wznowienia rozgrywek, mieliśmy o wiele więcej do stracenia niż zyskania. Powinniśmy być pierwszym klubem, który nie chciałby restartu rozgrywek. Wspólnie z właścicielem wyznajemy jednak inne podejście - sport to rywalizacja i wszystko powinno się rozstrzygać na boisku. Jest też sprawa ekonomiczna, bo odpowiadamy za kilkadziesiąt osób, które mogłyby mieć problemy, żeby się dalej utrzymywać. Trzeba myśleć o wszystkich pracownikach, dlatego wciąż twierdziliśmy, że jeśli będzie taka możliwość, to sezon powinien być kontynuowany. I nie mam poczucia brutalnego potraktowania przez rozgrywki.

Patrząc w górę tabeli, mieliście jednak realną szansę wejść do grupy mistrzowskiej. Skoro pan tak mówi, to wygląda na to, że dla Rakowa grupa spadkowa nie jest końcem świata, prawda?

Apetyty zostały rozbudzone i ja też byłem zasmucony po porażce z Wisłą, która zamknęła nam drogę do gry o wyższe pozycje. Ale mamy świadomość tego, że jesteśmy beniaminkiem. Tu dobrze pasują słowa, które padły dzień po meczu w Krakowie w naszej szatni. Mówiłem chłopakom, że gdyby ktoś nam powiedział w lipcu, że daje nam 38 punktów i 9-10 miejsce w tabeli po 29 kolejkach to, który nas by tego nie wziął, mając osiem punktów przewagi nad drużynami ze strefy spadku? Dziś perspektywa jest już inna, ale to tylko nasza zasługa, zapracowaliśmy sobie na to. Padliśmy ofiarą tego, że za szybko weszliśmy na zbyt wysoki poziom i skutecznie rywalizowaliśmy z najlepszymi. Przeczytałem w mediach wypowiedź jednego z byłych prezesów dużego klubu, w której mówi, że Raków jest rozczarowaniem, bo ma potencjał na “ósemkę”. Ja się mogę tylko uśmiechnąć pod nosem, bo jeszcze kilka miesięcy temu ci sami ludzie ustawiali nas jako kandydata numer jeden do spadku. Słyszałem wyliczanie: “wszystkie mecze na wyjeździe, niedoświadczona i nieskuteczna drużyna. Nie mają szans”. I to pocieszające, że dzisiaj zespół wzniósł się na taki poziom, że można usłyszeć właśnie o brutalności ligi, bo nie osiągnęliśmy czegoś ponad stan. Natomiast nie zbiją mnie z tropu żadne komentarze i przytyki w stylu: “powinniśmy być gdzieś, a nie jesteśmy”.

Ale sam podkreśla pan, że żałuje tej straconej szansy, zwłaszcza po meczu z Wisłą, a był też choćby zremisowany mecz z ŁKS-em, który Rakowowi nie wyszedł tak, jak powinien.

Jak w sporcie ma się swoje pięć minut, to trzeba je wykorzystać, bo druga okazja może nie przyjść. I to jest druga strona medalu. Odczuliśmy przez to ból i rozżalenie po przedostatniej kolejce. Nawet wcześniej - po tym, jak we Wrocławiu dwóch punktów pozbawiła nas decyzja sędziego, moim zdaniem absurdalna. Z ŁKS-em straciliśmy dwa punkty, mając dziesięć sytuacji. Sztuką było nie wygrać tego meczu. I porażka w Krakowie, gdy nie zbił nas z tropu nawet dość przypadkowy karny, a i tak oddaliśmy Wiśle trzy punkty za darmo. To wszystko tylko sytuacje po powrocie do gry, a nie wspomnę o wszystkich błędach sędziowskich w fazie zasadniczej. Taka rola beniaminka, ale gdyby to przeanalizować, to sporo punktów straciliśmy w sytuacjach, w których niewiele zależało od nas. Jednak po awans do górnej “ósemki” sami nie potrafiliśmy sięgnąć, mając go na wyciągnięcie ręki. Mam szacunek do zespołu za to, jak grał i uważam, że 41 punktów, jakie mamy teraz to piękny wynik.

Potrafi pan wskazać moment, kiedy Raków grał w fazie zasadniczej przez dłuższy moment na dobrym, ale stabilnym poziomie? Były chwile, gdy mogliście mieć już trzy zwycięstwa z rzędu, ale się zatrzymywaliście.

Bardzo chcieliśmy to osiągnąć. Szczególnie przed pandemią trochę żałowaliśmy momentu, gdy wygraliśmy z Wisłą Płock i Piastem Gliwice. Przyszedł mecz z Pogonią Szczecin, pierwsza połowa na 3:0, ale nic nie strzeliliśmy. I skończyło się 0:0, a to był najlepszy moment, żeby to trzecie zwycięstwo osiągnąć, bo wyraźnie było widać, że się rozpędzamy. Ta pandemia nas trochę wyhamowała, ale nadal graliśmy nieźle. Brakuje nam jeszcze wiele elementów do takiego “bycia kimś” w tej lidze, żebyśmy przestali być traktowani, jak tacy maluczcy. Nie mamy jeszcze odpowiedniego doświadczenia i jakości. Patrzę na to wszystko optymistycznie, bo pamiętam, jak wyglądały te mecze. Tak naprawdę poza tym w Warszawie w poprzedniej rundzie i dwoma spotkaniami z Koroną, każdy mógł się potoczyć różnie. Z boiska nie było widać różnicy, a jeśli taka się pojawiała, to na naszą korzyść. Po powrocie do gry większość kluczowych statystyk też była po naszej stronie. Nie zgadzała się tylko ta najważniejsza, która zdecydowała, że dziś jesteśmy w grupie spadkowej.

Patrząc na tę drugą stronę medalu - jesteście w grupie spadkowej, ale mam wrażenie, że bardziej będzie pan motywował swoich zawodników walką o to dziewiąte miejsce, niż zapewnieniem sobie utrzymania w ciągu najbliższych meczów.

Przewaga może rzeczywiście jest bezpieczna, ale uczulam zawodników, że nie ma czegoś takiego, że dobrze grasz i coś musi przyjść. Trzeba na to zapracować, musi być widoczny głód wygrywania i pasja do piłki. Jeśli tego nie ma, to zostaje tylko gadanie i gdybanie. Przed meczem z Zagłębiem chcieliśmy wygrać, żeby powiększyć przewagę. Cieszyłem się pazernością, bo wcześniej łatwo było zauważyć, że strzelamy niewspółmiernie małą liczbę bramek do tworzonych okazji. W tych czterech meczach było ich na tyle dużo, że można obdzielić prawie całą rundę i dzięki nim ją wygrać. Na Śląsku były cztery, z ŁKS-em dziesięć, w Krakowie siedem, teraz z Zagłębiem sześć i wszystko niewykorzystane. Po golu na 2:1 w niedzielę poczułem, że drużyna już tego nie wypuści i dopnie ten mecz do końca. Pojawiło się w niej to, co charakteryzuje świadomych i mądrych ludzi: wyciągają wnioski i nie popełniają ciągle tych samych błędów. Oczywiście to wszystko łatwo powiedzieć, bo jest też choćby element presji - nie jest łatwo gdy jesteś pod kreską. Ale zespół sobie z tym radzi, staje się coraz bardziej dojrzały. W poprzedniej rundzie były mecze, gdy ciężko było wypracować nam swoje sytuacje, a teraz jesteśmy bardziej konkretni w swoich działaniach.

Z kim najtrudniej będzie walczyć w grupie spadkowej? Nad wami jest tylko Górnik, z którym raz wygraliście i raz przegraliście po bramce samobójczej, więc chyba nie można powiedzieć, że macie z nimi duże problemy?

Tak, ale Górnik teraz wygląda imponująco. Przedefiniował swój sposób z wprowadzania młodzieży i Polaków, ściągnął dobrze dopasowanych piłkarzy zagranicznych, którzy potrafią dać mu sporo jakości. Myślę, że poza nimi trudno może być z Zagłębiem. Jeśli wejdą na poziom, który już wielokrotnie pokazywali i dawał im dobre wyniki, to pokażą, że w zasadzie mogliby grać w grupie mistrzowskiej. Moim zdaniem są tam drużyny o gorszej dyspozycji. One na to zapracowały, ale patrzę na aktualną formę. Wisła Płock się odradza, o Wiśle Kraków trudno coś powiedzieć, bo my nie pozwoliliśmy im na zbyt wiele, ale w Gdyni potrafili już dominować. Nie leży nam też ŁKS, który jest ostatni, ale nam nie udało się z nimi wygrać ani w I lidze, ani do tej pory w ekstraklasie. O dziewiąte miejsce powalczymy pewnie z drużynami z Zabrza i Lubina, ale wciąż trzeba jeszcze pamiętać, że około trzech punktów brakuje nam, że przestać myśleć o utrzymaniu.

Gdy mówił pan o tym, żeby liga wróciła jak najszybciej, to miał także wrażenie, że można było ją kontynuować i grać tak jak teraz? Przyzwyczaił się pan do tych spotkań?

Wyszło trochę na moje, ale się tym nie chełpię. My, Polacy to tak ze skrajności w skrajność. Przy sześciu zachorowaniach już jest panika, a teraz, gdy jest ich sześćset, to mamy tłumy w galeriach, na ulicach i plażach. To, jak ludzie zaczęli się zachowywać, jest nie do przyjęcia. Krzywa nie spadła, zachorowania nadal są, a dla Polaków nie ma problemu. To dlatego twierdziłem, że trzeba było rozegrać tę jedną kolejkę przed przerwą. Wszyscy byli przygotowani, niektórzy już nawet wyjechali na swoje mecze. Nie widziałem dużego zagrożenia, kiedy ludzi nie było na trybunach i wypracowano procedury bezpieczeństwa. Nic złego się nie działo. Niektórym klubom pewnie nie było na rękę, żeby grać, więc pojawiało się przeciąganie liny. Dobrze, że mamy jednak na czele władz człowieka, który umiejętnie tym kryzysem zarządzał. Twierdzę, że prezes Boniek kapitalnie to poprowadził. Lepiej nie można było przez to przejść. W pewnym momencie opanował sytuację, myślał racjonalnie i z duchem sportu, ale też zachowując wszelkie standardy bezpieczeństwa, żeby nikogo nie narazić. Zawsze ważne jest, żeby taką sytuacją zajęły się mądre osoby. Dzięki temu tak szybko wznowiliśmy rozgrywki, byliśmy w zasadzie prekursorami po Niemcach. Było to ryzykowne, bo gdyby coś się jednak wydarzyło, to na wszystkich w to zaangażowanych spadłby spory hejt. Ale prezes Boniek podszedł do tego tak, jak należało i jestem pod wrażeniem działań naszych władz. To te same zasady, które wyznawaliśmy w Rakowie: jeśli jest możliwość, to należy zacząć grać.

Na najbliższą kolejkę na trybuny wrócą kibice. Według Pana to też dobry ruch?

Z jednej strony bardzo chciałbym widzieć kibiców na stadionie, bo mecze bez nich są upośledzone. Czym jest piłka bez kibiców? Niczym. Do tej atmosfery można się przyzwyczaić, ale to nie będzie to samo. Stajemy przed pytaniem: wpuścić czy nie? Należałoby wpuścić, ale pojawia się kłopot z tym, żeby odpowiednio zabezpieczyć się przed rozprzestrzenieniem epidemii. Może wejść ograniczona liczba widzów, ale na paru stadionach mogłoby się pojawić nawet około dziesięciu tysięcy osób, nie wiadomo też kogo wpuścić, a kogo nie. To może być nie do zabezpieczenia. Mamy stadion we Wrocławiu, gdzie kibice razem wyjdą, będąc poza miastem i minie chwila, zanim się rozdzielą. To wygląda, jak bomba. Z drugiej strony jeśli ktoś będzie umiał to zabezpieczyć, to jestem za. Tylko musimy mieć procedurę, żeby nie narobić sobie z tego krzywdy. Wrócilibyśmy do połowicznej normalności, choć na meczach Rakowa te 25% stanowiłby tylko około tysiąc widzów. Dojeżdżają na miejsce samochodami, więc być może nie byłby to ogromny kłopot. Na kibiców bardzo czekamy. Pierwsza rzecz, której nauczyła mnie epidemia to szacunek do tego, ile wsparcia mieliśmy z trybun. W ekstraklasie ono było bardziej potrzebne niż wcześniej w I lidze i nie doceniałem tego, ile nam dawało. To gra w Bełchatowie zmieniła postać rzeczy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tu przegraliśmy. Gramy niby na wyjeździe, a jednak u siebie dzięki kibicom. Atut własnego boiska w naszym przypadku istniał przez atmosferę, jaką tworzyli.

Pan chyba jeszcze bardziej tego doświadczył, gdy musiał usiąść na trybunach podczas zremisowanego meczu z Legią, prawda?

To był w ogóle fenomenalny mecz. Zrobiła się kapitalna atmosfera i tego, co działo się wtedy na trybunach, mi jako trenerowi nikt nie zabierze. Wiem, że wiele takich wrażeń jeszcze przede mną, ale takie wspomnienia pomagają zwłaszcza teraz. Nie można ich porównywać do meczu z Zagłębiem, gdzie słuchać mój głos w telewizji. Nie hamowałem się, ale jednocześnie kontrolowałem, co mówię, żeby nie wyjść na jakiegoś “ordynusa”. To są emocje, a teraz trochę inaczej je słychać i pewnie odbiór też nie jest ten sam.

Na początku tygodnia zawodnicy dostali trochę wolnego, spokoju. Jak się nastawiacie na te ostatnie mecze walki w ekstraklasie?

Przed nami jeszcze siedem meczów i chcielibyśmy przede wszystkim zamknąć sprawę utrzymania, najlepiej już w przyszłym tygodniu. Potem zamierzamy testować młodych zawodników. Mamy paru, którym chcemy dać szansę i takich do zweryfikowania w kontekście pozostania w klubie. Musimy mieć jasność, na kogo możemy liczyć. Będziemy walczyć o to dziewiąte miejsce, ale też przygotowywaćz tyłu głowy pozostanie kolejny sezon

Przeczytaj także:

Więcej o: