Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Niebywała sytuacja w czołówce ekstraklasy. Grupa mistrzowska pokazała nowe standardy

Czy ktoś podmienił Ekstraklasę? Skończyła się właśnie runda zasadnicza, w której prezesi klubów czołówki woleli pożegnać piłkarzy, a nie trenerów. A liga wcale nie była tak nieprzewidywalna, jak to sobie przywykliśmy powtarzać.

Na pierwszy rzut oka to wygląda jak powtórka z poprzedniej wiosny. Nie dość, że Legia znów kończy 30. kolejkę z 60 punktami, jak przed rokiem, że goniący ją Piast znów ma do niej siedem punktów straty, to jeszcze skład ósemki, która zagra w grupie mistrzowskiej, jest prawie ten sam. W porównaniu do poprzedniego sezonu w grupie mistrzowskiej brakuje tylko Zagłębia Lubin, pojawił się w jego miejsce Śląsk Wrocław, i to od razu na podium. Oczywiście, rok temu liderów było dwóch, Lechia miała 60 pkt tak jak Legia, a teraz zespół z Gdańska zanurkował i z trudem utrzymał się w czołowej ósemce. Ale się utrzymał. I jak na standardy Ekstraklasy to status quo czołówki jest czymś niebywałym. A najlepsze jest jeszcze przed nami: w tej ósemce tylko jeden klub zacznie rundę finałową z innym trenerem niż ten, z którym zaczynał rundę finałową rok temu.

Powtórzmy: z ośmiu najlepszych klubów obecnego sezonu trenera zmienił przez rok tylko jeden,  Jagiellonia Białystok. Rok temu o tej porze Legia przystępowała do rundy mistrzowskiej z trzecim trenerem w jednym sezonie – ale zmiany były cztery: Dean Klafurić - Aleksandar Vuković -Ricardo Sa Pinto - Vuković. Lech Poznań - również z trzecim: Ivan Djurdjević-Adam Nawałka-Dariusz Żuraw. I jeszcze Zagłębie Lubin podczas sezonu zastąpiło Mariusza Lewandowskiego Benem van Daelem. O Legii i Lechu, okrętach flagowych Ekstraklasy, można wręcz było powiedzieć, że to były drużyny układane na ostatnią chwilę, na kolanie, tuż przed rundą mistrzowską. Układane przez trenerów z piętnem tymczasowości, przez wielu lekceważonych. Mało tego, ani jeden ani drugi trener nie zdążyli na kolanie drużyn ułożyć: Aleksandar Vuković przegrał mistrzostwo, a Dariusz Żuraw nie zmniejszył ani o punkt dystansu dzielącego Lecha od europejskich pucharów. A jednak obydwaj dostali od swoich szefów nie tylko drugą szansę w nowym sezonie, ale też zielone światło dla przebudowy drużyny. I to światło dalej się pali. 

Zobacz wideo Dariusz Mioduski tłumaczy, jak będzie budowana Legia Warszawa [SEKCJA PIŁKARSKA #50]

Epidemia cierpliwości i wzajemnego zaufania

W lidze, która trenerów zapowiadanych „na lata” miała już na pęczki, w której prezes zawsze wolał pogonić trenera niż piłkarza, w lidze projektów ogłaszanych co kwartał i co kwartał porzucanych, nagle nastał sezon, w którym role się odwróciły. To nie piłkarze żegnają trenerów, tylko trenerzy piłkarzy. Przywykliśmy, że są miejsca, w którym trenerzy mogą zrobić wstrząs i zostać na długo: Cracovia Michała Probierza, czy Lechia Piotra Stokowca, wiedzieliśmy że prezes Pogoni Jarosław Mroczek w chwili próby stanie zawsze za Kostą Runjaiciem. Ale teraz to już jest po prostu epidemia wzajemnego zaufania trenerów i ich szefów. Aleksandar Vuković na słynnej konferencji po ostatniej kolejce poprzedniego sezonu mówił o tym, że oczyści szatnię, że u niego zostaną tylko ci „legioniści, którzy „zapier…ają”, że nawet jeśli nie on będzie tym, który zbierze efekty tych porządków, to będzie porządkował. I nie dość że porządkował, czyścił, żegnał, to jeszcze doczekał zbierania efektów. Przewaga siedmiu punktów nad Piastem to żadną miarą nie jest bezpieczny dla Legii dystans. Finisz ligi ma szaleńcze tempo, a w czołowej ósemce naprawdę każdy każdemu może zabrać punkty. Ale swoją najważniejszą obietnicę Vuković już wypełnił. Kto mu nie pasował do całości obrazka w szatni, tego żegnał. Nawet jeśli to był król strzelców poprzedniego sezonu, Carlitos, nawet jeśli w chwili sporu o niego trybuny owacjami dla Carlitosa i gwizdami dla wystawianego w ataku Sandro Kulenovicia dawały wyraźnie znać, po czyjej stronie stoją. Wielu pukało się w głowę i kwestionowało jego przytomność, a Vuković żegnał, sprowadzał nowych, próbował ich w jednym miejscu, jeśli coś mu zgrzytało, to przesuwał w inne. I zbudował Legię swoją, walczącą, chwilami bardzo efektowną, choć jeszcze z wieloma niedoskonałościami.

A jeśli spojrzymy na kluby czołówki, to zobaczymy takich historii więcej. To jest liga żegnania piłkarzy. Co więcej, to jest chyba pierwszy sezon, w którym Ekstraklasa tak spokojnie zaczęła przyjmować to, że musi być ligą bezproblemowego żegnania piłkarzy, jeśli chce wychodzić na swoje. Vuković żegnał przecież nie tylko tych, którzy mu nie pasowali, ale i tych, od których zaczynałby układanie składu, gdyby zagraniczny klub nie przyszedł z milionami: tak odszedł Sebastian Szymański, Jarosław Niezgoda, za chwilę przyjdzie pora na pożegnanie Radosława Majeckiego. Pogoń sprzedała w połowie sezonu swojego lidera Adama Buksę i pożegnała Zvonimira Kozulja, gdy zaczął zadzierać nosa. Jagiellonia sprzedała jedno z objawień ligi, Patryka Klimalę. Lechia rozstała się z Lukasem Haraslinem. Lech jest gotowy pożegnać swoich młodych liderów, jeśli będą dobre oferty. 

W Legii, Śląsku, Lechu więcej w składzie nowych twarzy niż starych. A Piast się czai 

I to sprawia, że runda zasadnicza, która się właśnie skończyła, miała inny smak niż poprzednia, choć na pierwszy i drugi rzut oka była do tej sprzed roku tak podobna. To jest sezon, w którym polskie kluby z czołówki nie zmieniały trenerów, ale zmieniały zespoły. W meczu 30. kolejki w Zabrzu w podstawowym składzie Legii wyszło sześciu piłkarzy, których rok temu nie było w klubie, a siódmy – Michał Karbownik – w tym sezonie debiutował w Ekstraklasie. W trzecim w tabeli Śląsku Wrocław w 30. kolejce zagrało w podstawowym składzie aż siedmiu piłkarzy, którzy rok temu nie grali w Śląsku. W czwartym w tabeli Lechu Poznań w 30. kolejce sezonu 2019/2020 w podstawowym składzie było tylko czterech piłkarzy z 30. kolejki sezonu 2018/2019.

A na drugim miejscu ligi, gotowy do wykorzystania każdej słabości przeciwnika, czeka Piast. Wyspa stabilności. Rywale obiecywali zmiany, i słowa dotrzymali. Piast obiecywał, że się po mistrzostwie nie da zatopić i też obietnicę spełnił. Z czołowej czwórki jako jedyny polega wciąż na większości piłkarzy z poprzedniego sezonu. W 30. kolejce wybiegło w podstawowym składzie aż ośmiu mistrzów Polski 2019, a wybiegłby i dziewiąty, Jorge Felix, gdyby nie był kontuzjowany. Piast nie zmienił trenera, nie zmienił formuły i choć musiał sprzedać trzy filary: Joela Valencię, Aleksandra Sedlara i Patryka Dziczka, to skończył rundę zasadniczą na lepszym miejscu niż poprzednią. Legia jest dziś inną drużyną niż była rok temu, ma zdrową szatnię, wydaje się do finiszu ligi dużo lepiej przygotowana fizycznie i psychicznie niż przed rokiem, gdy wpadła w zapaść w ostatnich czterech kolejkach. Ale gdy w grze jest Piast i Waldemar Fornalik, to każde „wydaje się” wydaje się ryzykowne.