Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Legia Warszawa mistrzem Polski? Trener Lecha już jej pogratulował. "To niemożliwe"

Legia Warszawa wygrała 1:0 z Lechem Poznań. Ligowa piłka wróciła po pandemii i okazała się strawna, chwilami nawet całkiem przyjemna. W hicie kolejki uśmiechnęła się przede wszystkim do koneserów taktyki. Mecz w Poznaniu był bowiem zderzeniem dwóch różnych strategii.

Spotkanie było tak wyrównane, że po jego zakończeniu obie drużyny twierdziły, że zasłużyły na zwycięstwo. Cieszyła się jednak Legia, a żałował Lech. Tym bardziej że podarował rywalom jedyną bramkę w tym meczu. Oto kilka spostrzeżeń z hitu 27. kolejki:

Frazesy trafiają w punkt

Już to wyświechtane stwierdzenie, że pierwsza bramka ustawiła mecz, idealne oddaje to, co działo się na boisku. Legia Warszawa zaczęła spotkanie skupiona przede wszystkim na defensywie - agresywnie atakowała przeciwników, dopiero gdy przeszli z piłką na jej połowę, zagęściła środek pola, a na prawej stronie miała dwóch dobrze broniących zawodników - przed Arturem Jędrzejczykiem grał Marco Vesović, który zastąpił na skrzydle nieobecnego Pawła Wszołka i pomógł powstrzymać Kamila Jóźwiaka. Bardzo dobrze asekurował Jędrzejczyka i ograniczał podłączającego się do ataków Wołodymyra Kostewycza. Lech przedarł się tą stroną tylko raz - gdy Pedro Tiba dograł spod linii końcowej do Tymoteusza Puchacza. Ten jednak przestrzelił.

Gospodarze wprawdzie dłużej utrzymywali się przy piłce, wymieniali więcej podań, ale im bliżej byli bramki, tym mniej mieli miejsca i pomysłów na to, jak je znaleźć. Legii udało się zapanować nad Danim Ramirezem, Timurem Żamaletdinowem i skrzydłowymi. A gdy już przechwytywała piłkę, próbowała wyprowadzać jak najszybsze kontry: środkowi obrońcy często zagrywali piłkę od razu do napastnika, ale jeszcze częściej trafiała ona do skrzydłowych, którzy indywidualnymi akcjami szarżowali na bramkę. I albo byli faulowani, albo wywalczyli rzut z autu i mogli przejść do ataku pozycyjnego większą liczbą piłkarzy, albo zagrozić Lechowi z rzutu rożnego. Przez pierwszy kwadrans goście nie stworzyli jednak ani jednej groźnej okazji.

Zobacz wideo

I tu drugi frazes - piłka nożna to gra błędów. A że bramkarz Lecha Mickey van der Hart w 17. minucie popełnił błąd wręcz szkolny, to Legia łatwo wyszła na prowadzenie i mogła dalej realizować swój plan - jeszcze bardziej skupiając się na defensywie męczyć bezradnych Lechitów, którzy gdzie nie podali piłki, tam spotykali dobrze ustawionych rywali. Piłkarze Aleksandara Vukovicia dobrze się przesuwali, przekazywali sobie krycie, skracali dystans i agresywną grą wybijali z rytmu niezłych technicznie rywali. Sami co jakiś czas straszyli po rzutach rożnych. Groźnie główkowali Jędrzejczyk i Mateusz Wieteska. 

Kto prowadził grę?

Na konferencji prasowej trener Lecha, Dariusz Żuraw powiedział, że to jego zespół prowadził grę i tworzył sytuacje. Jeszcze odważniej wypowiedział się dla "TVP Sport" Tymoteusz Puchacz, który na stwierdzenie redaktora, że Lech rozczarował i zagrał poniżej oczekiwań, odpowiedział: "to jak zagrała Legia?". Rzecz w tym, że trener Vuković z pełną premedytacją oddał piłkę Lechowi, zachowując przy tym kontrolę nad meczem. To Legia rozegrała ten mecz na swoich warunkach: bardzo dobrze broniła, zawczasu niwelowała zagrożenie pod swoją bramką, szybko strzeliła gola i przez cały mecz dopuściła Lecha raptem do czterech groźnych sytuacji. Kolejorz wszystkie zmarnował. Najlepszą - w pierwszej połowie, gdy środkowi pomocnicy Legii zostawili Pedro Tibie sporo miejsca, a Portugalczyk świetnym prostopadłym podaniem od razu minął podwójne zasieki rywala i wyprowadził Żamaletdinowa na sytuację sam na sam z bramkarzem. Radosław Majecki przytomnie wyszedł z bramki i uratował swój zespół.

Vuković wygrał taktyczny pojedynek z Żurawiem. Znalazł mankamenty w grze Lecha, nie dał mu swobody do kombinacyjnej gry, nie pozwolił jego piłkarzom wymieniać się pozycjami, a przede wszystkim - zostawił bardzo mało miejsca najbardziej technicznym zawodnikom. Dani Ramirez zszedł z boiska po godzinie bez choćby jednej udanej akcji. Kamil Jóźwiak odnalazł się w meczu dopiero w drugiej połowie, a Tymoteusz Puchacz wygrywał tylko co trzeci pojedynek z obrońcą. Piłkarze Legii od początku do końca wiedzieli, w jaki sposób chcą ten mecz wygrać, byli znacznie pewniejsi siebie. Po godzinie Lech zyskiwał przewagę, ale Vuković zareagował wprowadzeniem na boisko Bartosza Slisza. I od tej pory to Legia znów kontrolowała środek pola. A gdy w końcówce gospodarze się odkryli, atakowała skrzydłami. Niewiele brakowało, żeby Domagoj Antolić lub Mateusz Cholewiak podwyższyli prowadzenie.

Van den Hart antybohaterem

Legia miała tak korzystne warunki do realizacji swojej taktyki, dzięki błędowi Micky’ego van der Harta. Dośrodkowanie Gwilii nie wydawało się wyjątkowo groźne: ot dość mocno bita piłka w okolice pola bramkowego, akurat w miejsce, w którym nie było żadnego z jego kolegów. Idealnie ustawiony wydawał się za to Djordje Crnomarković. Piłka leciała mu na głowę, którą jednak w ostatnim momencie uchylił. Najpewniej zza pleców podpowiedział mu to van der Hart. Krzyknął, że wychodzi do piłki i zaraz ją odbije. Ale nie dość, że był nieco spóźniony, to jeszcze postanowił ją piąstkować, zamiast złapać. Wyszło kuriozalnie, bo trafił piłką w plecy Crnomarkovicia, ta odbiła się później od poprzeczki i brzuchem wbił ją do pustej bramki Tomas Pekhart. Po meczu skomentował, że piłka spadła mu z nieba. I chociaż ten gol raczej nie zostanie wybrany najpiękniejszym w całej kolejce, to Legii dał arcyważne zwycięstwo. 

W Poznaniu natomiast mogą żałować, że szansa na podgonienie lidera uciekła tak łatwo. Że to kapitan Lecha prostym błędem ułatwił ten mecz Legii. Po raz kolejny van der Hart bronił bowiem tak, że jego dobra gra nogami, na początku przedstawiana jako dodatkowy atut, wydaje się atutem jedynym.

Młodzież bez szału 

Starcie Lecha z Legią reklamowano pojedynkiem Kamila Jóźwiaka z Michałem Karbownikiem, dwóch najzdolniejszych młodych piłkarzy na polskich boiskach. Dla obu to prawdopodobnie ostatni sezon w ekstraklasie, więc tym bardziej byliśmy ciekawi, jak spiszą się na tle niezłego rywala. A patrząc szerzej - jak zagrają wszyscy młodzi piłkarze, których w kadrach Lecha i Legii nie brakuje i na których oba kluby zarobią największe pieniądze.

Nie był to jednak ich mecz. Zaczynając od Lecha: Jóźwiak zmieniał się stronami z Puchaczem, ale obu w tym spotkaniu nie szło. Tym pierwszym uważnie zajmowali się Jędrzejczyk i Vesović, a drugi już w pucharowym meczu ze Stalą Mielec wydawał się być w słabszej formie. Z Legią często tracił piłkę i zmarnował dwie niezłe okazje na strzelenie gola. Filip Marchwiński, który rok temu jedynym golem w meczu zapewnił Lechowi zwycięstwo nad Legią, tym razem zagrał słabo. Raz uderzył na bramkę, ale brakowało i siły, i precyzji. Z kolei Jakub Moder, bohater spotkań przed pandemią, nie wniósł na boisko niczego dobrego. Najpierw niecelnie uderzył z rzutu wolnego, później niedokładnie dośrodkował spod chorągiewki i mecz się skończył.

Po stronie Legii na największe pochwały zasłużył Majecki. Kluczowa była jego interwencja przy strzale Żamaletdinowa. W pozostałych był bezbłędny, co wobec popisu van der Harta docenia się jeszcze bardziej. Karbownik zagrał poprawnie, bliski zdobycia bramki był Wieteska, Slisz wszedł z ławki i pomógł Legii z powrotem zaryglować środek pola, ale żaden z nich nie wybijał się ponad resztą zespołu. Zagrali solidnie. 

Legia pewna mistrzostwa? Dariusz Żuraw już jej pogratulował

Zanim piłkarze wyszli na boisko, byliśmy pełni obaw: w jakiej formie wrócą, czy tempo gry jeszcze nie spadnie i czy na mecze rozgrywane bez kibiców będzie w ogóle dało się patrzeć. Ligowy klasyk na pewno nie straszył: tempo było całkiem niezłe, oba zespoły miały zupełnie różne pomysły na wygranie jego wygranie i z taktycznego punktu widzenia mecz mógł się podobać. Na boisku fajerwerków jednak nie było, ale tak już parokrotnie w spotkaniach Lecha z Legią się zdarzało.

Legia, choć gola strzelił z przypadku, to absolutnie nie wygrała przypadkowo. Miała plan i realizowała go lepiej od rywala. W efekcie ma już 12 punktów w tabeli więcej i - jak twierdzi Dariusz Żuraw - to tak dużo, że dogonienie jej będzie niemożliwe. Trener Lecha już w sobotę pogratulował Legii otwartej drogi do mistrzostwa. Nad drugim Piastem Gliwice przewagę też ma dużą - wynosi bowiem osiem punktów. Do rozegrania pozostało dziesięć meczów. I nawet jeśli zespół Waldemara Fornalika zachwycił w meczu z Wisłą Kraków (4:0), to Legia szybko odpowiedziała dojrzałością i solidnością. A połączenie tych dwóch cech to w ekstraklasie prosty przepis na mistrzostwo.

Więcej o: