Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Polski futbol to gigant i karzełek. Nie jesteśmy tacy, jak lubimy o sobie myśleć i mówić

Wrócił polski futbol. W przygotowywaniu sceny - gigant. Jeśli chodzi o występy - karzełek. I od samej pandemii nic się tu nie zmieni. Kryzysy, wojny czy zarazy rzadko działają na sport trzeźwiąco, dlatego nie ma co liczyć że dystans do świata magicznie się teraz zmniejszy.

Mieli się pokłócić w sprawie tego powrotu na amen, a się nie pokłócili. Mieli położyć projekt, nie przestrzegając zasad samoizolacji, a nie położyli. Miało być ryzykownie, bo polski protokół powrotu ligi liczył mniej stron niż niemiecki (cud, że to się nie zemściło!). Miała być porażka z testami - dlaczego przesiewowe, a nie PCR od razu, pewnie wybrane po kosztach itd. - ale porażki nie było. Jeszcze pewnie będzie z nich materiał na publikację naukową. Były opóźnienia, bo w laboratoryjnych kolejkach pierwszeństwo mieli górnicy. Było nerwowe oczekiwanie np. w Rakowie Częstochowa, który komplet swoich wyników z drugiej rundy testów poznał dopiero niewiele ponad dobę przed meczem ze Śląskiem Wrocław. Ale już w czwartek było jasne: można startować. Dwa tygodnie po Bundeslidze, dwa tygodnie przed Hiszpanami, trzy przed Anglikami, Włochami i akurat w dniu, w którym na okładce „L’Equipe” pytała, dlaczego Francja zachowała się tak idiotycznie, kończąc Ligue 1 bez czekania na rozwój sytuacji.

Zobacz wideo Prezes ekstraklasy ujawnił, ile spółka zarabia za zagraniczne transmisje. "Wystartowaliśmy jako drudzy po lidze hiszpańskiej"

Narzekali, plotkowali, podejrzewali konkurentów o złą wolę – ale się pilnowali. I zakażeń nie było

Zadanie jest nadal piekielnie trudne: dograć sezon do końca, unikając zakażeń. Utrzymać reżim izolacji i higieny, gdy już odtrąbiono pierwsze sukcesy. Przeprowadzić powrót kibiców na trybuny od 19 czerwca tak, żeby potem nie trzeba było czytać o „bombach biologicznych”, jak nazwano marcowe mecze w Mediolanie i Liverpoolu. Ogłoszoną w dniu powrotu ligi zgodę rządu na wpuszczanie publiczności, z ograniczeniem do jednej czwartej pojemności stadionu, jedni uważają za sukces, inni za brawurę.

Ale te 25 procent to jeszcze nadal za mało, by Gdańsk mógł być pewny, że zorganizuje w tym roku finał Ligi Europy. A prawo do wpuszczania kibiców zawsze też może zostać klubowi przez PZPN cofnięte, jeśli wytyczne co do maseczek i trzymania dystansu nie będą przestrzegane. Będzie więc pewnie jeszcze sporo nerwowych momentów. Ale też nie ma dzisiaj żadnego powodu, by odmawiać satysfakcji tym wszystkim, którzy się do tego powrotu przyczynili. Od tych, którzy go zaplanowali – zwłaszcza dwa tygodnie samoizolacji przed pierwszymi testami i powrotem do treningów - po tych którzy się pilnowali, żeby nie zrobić czegoś głupiego.

Plotkowali, narzekali, oskarżali rywali, że knują, trenują pod balonem, gdy jeszcze nie było wolno, że wynajmują działki za miastem na partyzanckie treningi. I tak dalej. Ale się pilnowali. I gdy przyszło do testów, nie było wśród piłkarzy żadnego aktywnego zakażenia. U wielu były ślady, że chorobę już przeszli wcześniej. Ale aktywny przypadek był tylko jeden, na dwie rundy testów u ponad 800 osób. I nie był to piłkarz ani trener, tylko osoba ze sztabu, już wcześniej – na etapie ankiet medycznych - namierzona do dokładnego sprawdzenia i dobrze izolowana. Nie było na razie żadnego poślizgu, a zdarzył się nawet Niemcom, w drugoligowym Dynamie Drezno. Nie było klinczów, które by ten restart opóźniły, jak w Anglii, we Włoszech, w Hiszpanii.

Polska w futbolu: mistrz przygotowywania sceny

Udało się wrócić, dotrzymać pierwotnie wybranego terminu. I właściwie to nawet nie jest wielkie zaskoczenie. Już od dawna polskiemu futbolowi organizowanie sceny do występów wychodzi znakomicie, dużo lepiej niż same występy. Z niemiłosiernie krytykowanej za poziom ligi udaje się wycisnąć na rynku telewizyjnym i sponsorskim aż 220 mln do podziału rocznie. Stadiony są na poziomie największych lig. Ale to jednocześnie jest liga, w której zamykanie całych sektorów i trybun za karę, albo zamykanie ich przed kibicami gości, albo odwrót kibiców ze stadionu w ramach bojkotu, są powracającym elementem krajobrazu. Nawet największy mecz klubowy ostatnich lat – Legia-Real Madryt – odbył się za karę bez publiczności. 

A jednak to Polska będzie miała po pandemii prawo do meczów z publicznością jako jedna z pierwszych. Możemy wyliczać dalej: kraj klubów, żegnających się z europejskimi pucharami, zanim dzieci zaczną rok szkolny, już dwa razy w ciągu ostatnich sześciu lat dostał prawo organizacji finału Ligi Europy. Były w Polsce w ostatnich dziesięciu latach mistrzostwa Europy, mistrzostwa Europy do lat 21, mistrzostwa świata do lat 20. I za każdym razem były pochwały za przygotowanie sceny (nie tylko w futbolu, po niedawnej Światowej Konferencji Antydopingowej w Katowicach były same zachwyty). A jak było z występami na tej scenie, to jest niestety nie do zapomnienia. W tych trzech turniejach u siebie razem wziętych Polska wygrała jeden mecz: z Tahiti w MŚ do lat 20. A jedynym Polakiem, który z wielkich piłkarskich imprez ostatniej dekady w Polsce odjechał zwycięski, był Grzegorz Krychowiak, gdy wygrywał na Narodowym Ligę Europy w barwach Sevilli.

„Nie ma szans, żebym po tym wszystkim spojrzał na mojego piłkarza z emocjami”

Czy tę przepaść między szykowaniem sceny a występowaniem na niej, między możliwościami a korzystaniem z nich, między siłą lobbingu, a codzienną gospodarnością, między tym, ile się w Polsce piłkarzom płaci, a co w zamian dostaje, uda się teraz w ligowej piłce zmniejszyć? Do tezy, że futbol po pandemii już nigdy nie będzie taki sam, że będzie jakaś głębsza refleksja, mniejsza rozrzutność, większa pokora – nie należy się specjalnie przywiązywać.

Na pewno będzie jakiś efekt krótkoterminowy. Już jest, bo przecież udało się na czas wymuszonej przerwy w rozgrywkach ściąć pensje w Ekstraklasie i to według wzoru uzgodnionego przez wszystkie kluby. Udało się, choć w wielu klubach zrobiło się po tym kwaśno. – Nie ma szans, żebym jeszcze spojrzał na mojego piłkarza z emocjami. Dostałem lekcję życia – mówił po tych negocjacjach prezes jednego z klubów. Inny pieklił się na lidera szatni, który co innego mówił publicznie, a co innego proponował w rozmowach. Były takie kluby, w których najniżej opłacani pracownicy bez szemrania zgodzili się na obniżkę pensji, a potem patrzyli przez następne dni, jak piłkarze bronią każdej złotówki, choć wystarczyło ustąpić trochę, by zapobiec zwolnieniom w klubie. Trudno będzie teraz o tym zapomnieć, tylko dlatego, że piłka znów jest na boisku. A są kluby, które najtrudniejsze rozmowy mają dopiero przed sobą: z dofinansowującymi je samorządowcami.  

Sport zwykle przyspieszał po dramatach. I teraz też nie ma co liczyć na wielkie wyrównywanie szans

Ale to wszystko jest wstrząs krótkoterminowy. A na dłuższą metę nie ma co liczyć na jakieś wielkie odchudzanie futbolu, na postanowienia poprawy, na wyrównanie szans dzięki temu, że wielkie ligi ucierpiały proporcjonalnie bardziej, itd. W historii futbolu i sportu zwykle było tak, że po wielkim dramacie przychodziło wielkie przyspieszenie. Szybciej, drożej, więcej. To po pierwszej wojnie światowej, i to niedługo po niej, igrzyska olimpijskie z nieporadnie organizowanej sportowej majówki zaczęły zmieniać się w drogie, dobrze zaplanowane show. To podczas wielkiego kryzysu gospodarczego rozpoczętego w 1929 roku urodził się pierwszy mundial, a Los Angeles za pieniądze z publicznej emisji obligacji wyprawiło olimpijskie święto w 1932, przelicytowane cztery lata później przez Hitlera.

To po drugiej wojnie światowej publiczność rzuciła się na futbol tak zachłannie, że menedżerowie organizujący mecze towarzyskie i tournée klubów zbijali fortuny i w końcu wykiełkował z tego pomysł europejskich pucharów. Piłkarski turbokapitalizm wystartował w latach 70. niedługo po wielkim kryzysie naftowym. We Francji, mocno przeoranej tym kryzysem, kwoty krążące w futbolu urosły przez następne dwie dekady trzydziestokrotnie, mimo że liczba widzów na stadionie w tym okresie ani drgnęła. Hiszpański futbol miał się nie podnieść po tym, jak pękła w XXI wieku bańka na rynku nieruchomości. Ale nadal stoi, a pożyczek na gwiazdorskie transfery Realu udzielał też bank, który potrzebował wcześniej akcji ratunkowej, żeby przetrwać szok na rynku finansowym. Futbol zbierał się po upadku telewizyjnego imperium Leo Kircha, po Lehman Brothers, i teraz też się zapewne pozbiera szybciej, niż myślimy. I jeśli będzie mniej transferów powyżej 100 mln, to nie dlatego, że z Wuhan przyszła choroba, tylko dlatego, że większość takich transferów okazała się idiotycznie przeszacowana.

Jak z eksportera nóg stać się też eksporterem umysłów

Polski futbol nic tu nie dostanie za darmo. Nie rzucą się na niego zagraniczni widzowie, mimo że dostaną transmisje z Polski, gdy ich ligi jeszcze są w bezruchu. Nie będą do wzięcia w przecenie piłkarze dotąd nieosiągalni. Piłkarze nie przyjdą z prośbą, by im obniżyć zarobki, bo nie chcą w miesiąc zarabiać tyle, ile pielęgniarka w rok. Polscy trenerzy i menedżerowie nie zaczną być nagle rozchwytywani na świecie, tylko dlatego, że komuś epidemia spustoszyła futbol. Nie ma takiego splotu okoliczności, który sprawi, że Polska stanie się nagle w piłce eksporterem nie tylko nóg, ale też umysłów, jeśli nie zacznie bardziej o te umysły dbać. Przejścia na skróty nie ma. Trzeba dalej odbudowywać codzienną kulturę futbolu – system szkolenia też, ale kulturę futbolu przede wszystkim - nie zmarnować na boisku pokolenia Lewandowskich, Krychowiaków i Szczęsnych, wesprzeć już teraz poza boiskiem pokolenie Błaszczykowskich i Piszczków, którzy chcą tu wrócić i budować.

Nie dopuścić, żeby się zmanierowali młodzi trenerzy z otwartymi głowami, nie zmarnować mody na akademie piłkarskie, nie dać wrócić cwaniakom, którzy się po polskiej piłce ślizgali przez wiele lat. A pandemia? Z niej trzeba zapamiętać, że w niektórych sprawach okazujemy się wcale nie tacy słabi, jak lubimy o sobie myśleć i mówić.

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .



Więcej o: