Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

"Kibole Legii chcieli mi spalić chatę, a w chacie kobietę". Wtedy do akcji wkroczył Leszek Miller

- Cieszę się, że Lech i Legia zderzą się na "dzień dobry", kiedy składy nie są poprzetrzebiane urazami - mówi Maciej Szczęsny przed wznowieniem sezonu Ekstraklasy. Z jedynym piłkarzem, który zdobył mistrzostwo Polski z czterema klubami, rozmawiamy nie tylko o futbolu w czasach pandemii. - Gdy wygrałem z Widzewem 3:2 pamiętny mecz na Łazienkowskiej, to się dowiedziałem, że kibole Legii chcą mi spalić chatę. Interweniować musiał Leszek Miller - wspomina były bramkarz m.in. Legii, Widzewa, Wisły Kraków i Polonii Warszawa.

W piątek 29 maja w Ekstraklasie odbyły się pierwsze mecze od 9 marca. Rozgrywki zostały przerwane przez pandemię koronawirusa, a teraz wracają w warunkach reżimu sanitarnego.

Zobacz wideo Co z obecnością kibiców na meczach ekstraklasy? Premier: Pracujemy nad protokołami

Łukasz Jachimiak: Stęsknił się Pan za Ekstraklasą?

Maciej Szczęsny: Nawet bardzo. Gdyby ogłoszono, że wznowienia ligi nie będzie i Legia zostaje mistrzem Polski, to powiedziałbym, że na to zasłużyła. Przecież podźwignęła się z dużego dołu i chwała jej za to. Ale miałbym też poczucie, że jednak piłkarze i trener Vuković są dzikimi farciarzami. Tylko jak tu powiedzieć, że ktoś jest farciarzem, bo nadeszła pandemia? Przecież to by był debilizm. Dlatego bardzo się cieszę, że wszystko się rozstrzygnie na boisku. Ale nie ukrywam, że jednocześnie bardzo się boję.

Czego najbardziej?

- Patrzę w terminarz i widzę, że od 20 czerwca do początku lipca będzie straszne zagęszczenie meczów.

Wtedy zostaną rozegrane cztery kolejki w dwa tygodnie.

- To już będą kolejki po podziale na grupy, czyli wszyscy będą wtedy mieli w nogach po cztery mecze i przyjdzie szczególnie intensywny czas. A jeszcze gorzej będzie na koniec sezonu, gdy trzy ostatnie kolejki odbędą się w tydzień. Nie mam wątpliwości, że poziom nie będzie wybitny.

To nic nowego.

- Ale ja się spodziewam, że poziom spadnie znacznie w stosunku do tego, co było. Jednak nie to mnie boli. Rozumiem, że spadek poziomu to jest oczywista oczywistość, więc z tym się umiem pogodzić. Natomiast straszliwie się boję się czegoś innego. W Bundeslidze piłkarze są na innym poziomie wytrenowania, a przyszła pierwsza kolejka po wznowieniu i ośmiu doznało poważnych kontuzji mięśniowych. Jak w takim razie będzie u nas? Zwłaszcza że będą robione tylko trzy zmiany, a nie pięć jak w Niemczech. Może nie być kim dograć sezonu.

Może trzeba będzie jeszcze mocniej apelować do prezesa Zbigniewa Bońka, żeby zgodził się na pięć zmian.

- Pewnie tak. Jeśli ludzie zaczną się sypać, to nie będzie innego wyjścia.

Czego jeszcze się Pan boi? Ja tego, że nasza ligowa młócka zwykle trudna w odbiorze będzie całkiem odpychająca bez otoczki, czyli bez kibiców na trybunach (do 19 czerwca stadiony będą puste, później będą mogły się wypełniać w 25 proc).

- Mnie też to martwi i tego współczuję piłkarzom, bo kilka meczów bez udziału publiczności przeżyłem. Jeden był nawet bardzo ważny, bo po nim Legia po raz pierwszy od kilku lat objęła pierwsze miejsce w tabeli, a ja pierwszy raz w życiu byłem liderem ligi. Może pamięć mnie już zawodzi, ale to chyba był mecz z GKS-em Katowice, a zamknięcie naszego stadionu było oczywiście pokłosiem burd wywołanych przez kiboli. Gra bez publiczności to był dramat. Bo na sparingu to nie jest dojmujące, że słychać każde słowo, splunięcie, smarknięcie. Ale kiedy grasz ważny mecz z odwiecznym rywalem, to nie spodziewasz się, że to wszystko będziesz słyszał identycznie jak na sparingu. GKS był w latach 90. jednym z najbardziej nielubianych na Legii przeciwników. I tak jak uważam, że wszelkie antagonizmy między na przykład warszawiakami a krakusami albo warszawiakami a łodzianami to jest absurd, kretynizm i mnie to nie dotyczy, tak przyznaję, że akurat klubu GKS Katowice, bo nie drużyny i zawodników, nie cierpiałem. To przez Mariana Dziurowicza, który miał przeolbrzymi wpływ na sędziów. Pewnie jednych karmił, a innym groził, w każdym razie skuteczny był na tyle, że przez długi czas na stadionie GKS-u nie dało się zagrać w warunkach uczciwej rywalizacji. Przecież on potrafił nawet wyłączyć światło, jak jego drużyna przegrywała.

Wspomina Pan słynne derby z Górnikiem Zabrze z 1994 roku przerwane przy stanie 0:1 w 73 minucie. Mecz powtarzano od początku, a kibice Górnika w południe skandowali "Zgaście słońce".

- Aż dziwne, że sędzia wtedy nie uznał, że jest za jasno.

Tamten sezon mimo wszystko wygrała Legia, o punkt wyprzedzając GKS i o dwa Górnika. Czy teraz też wygra, ale z większą przewagą, bo Vuković znalazł wspólny język z drużyną i to znaczy nawet więcej niż osiem punktów zapasu nad drugim w tabeli Piastem Gliwice?

- Oglądałem mecz Legii z Miedzią Legnica w Pucharze Polski i oczywiście trzeba brać pod uwagę kwestię skali, ale moim zdaniem Legia zagrała rewelacyjnie. I zupełnie nie wiem, po co sobie zafundowała nerwy na koniec. Chociaż umówmy się, że to były umiarkowane nerwy. Lech ze Stalą Mielec też zagrał świetnie. Cieszę się, że Lech i Legia zderzą się na "dzień dobry", kiedy jedni i drudzy są w pełni sił, kiedy składy nie są poprzetrzebiane urazami. Tak naprawdę jeśli Legia wygra, to wszystko będzie pozamiatane. A jeśli nie, to jeszcze może się zrobić ciekawie. Chociaż Piast, wicelider, wcale nie musi wygrać w tej otwarciowej kolejce z Wisłą Kraków. Kiedy Wisłę prowadził Maciej Stolarczyk, to drużyna miała duży problem z przygotowaniem fizycznym, a jak przyszedł Artur Skowronek, to z czasem wszystko zaczęło się zmieniać i przed pandemią było widać, że wiślacy naprawdę biegają, walczą zupełnie inaczej, z pewnością siebie. Oni wreszcie grali w piłkę jak mężczyźni. I teraz podobno też są całkiem nieźle przygotowani fizycznie.

Zostańmy na dole tabeli. Wisła zajmuje pierwsze bezpieczne miejsce, a za nią w strefie spadkowej są: mająca o pięć punktów mniej Korona Kielce, gorsza o sześć punktów Arka Gdynia i tracący do Wisły aż 11 punktów ŁKS. Każdy z zespołów najmocniej zagrożonych ma nowego trenera. Arka wzięła Ireneusza Mamrota jeszcze niedawno walczącego z Jagiellonią Białystok o najwyższe cele, więc ten wybór nie dziwi. Ale Korona sięgająca po Macieja Bartoszka i szczególnie ŁKS wyciągający Wojciecha Stawowego z polskiej szkółki Barcelony to chyba ruchy trudne do wytłumaczenia?

- Ja tego zupełnie nie rozumiem. Kompletnie nie wiem, dlaczego Stawowy zastąpił Moskala. I nie mówię tak dlatego, że z Kaziem się znam, że graliśmy w jednej drużynie i jesteśmy kolegami. Moskal kilka razy prowadził Wisłę Kraków i ta jego Wisła zawsze grała fajną piłkę, a ja zawsze uważałem, że temu trenerowi należy tylko dać pracować. ŁKS popełnił przeolbrzymi błąd u zarania walki w ekstraklasie. Być może popełnił go również za sprawą Moskala. Ten błąd to postanowienie: grajmy ze wszystkimi jak równy z równym, pokażmy fajny futbol. Kazimierz Górski mawiał "To jest świetny trener, tylko wyników nie ma". Niech to nie będzie absolutnie brane za mój komentarz do warsztatu Moskala. Chodzi o to, że wszyscy w ŁKS-ie zapomnieli o wynikach, przeszacowali. I zabrakło drapania się w głowy czy aby szybko się nie okaże, że tak grając i przegrywając już jesteśmy bez szans.

Już są bez szans? Stawowy nie będzie zbawicielem?

- Tego właśnie nie rozumiem: dlaczego zmieniono Moskala na Stawowego i to w chwili, w której nowy trener nawet nie miał jak dobrze nawiązać kontaktu z drużyną. Bo jeśli się w ŁKS-ie trzymali wymagań, to nie miał takiej szansy. Może prowadził rozmowy z zawodnikami telefonicznie albo przez skype'a, a może nawet w cztery oczy, w maseczkach i w bezpiecznym odstępie, ale to przecież to nie to samo, co codzienna praca z zespołem. Moim zdaniem ŁKS tą decyzją się pogrzebał. Jeżeli oni się dźwigną, to ja chyba po raz pierwszy w życiu z kamaszka pójdę do Częstochowy. Mimo że jestem niewierzący.

Chyba nie jest Pan aż tak wielkim fanem ŁKS-u, żeby iść na pielgrzymkę w podzięce za utrzymanie?

- Nie jestem, ale wie pan za co podziękuję? Za to, że na koniec swojej kariery z piłką z ligi nie spadnie Arkadiusz Malarz, który co najmniej dwa, a chyba nawet trzy tytuły mistrzowskie dał Legii. I jeszcze wywalczył dla niej fazę grupową Ligi Mistrzów. Ja temu chłopakowi dobrze życzę i kibicuję.

W Stawowego Pan nie wierzy, a w Bartoszka?

- On estymę, poważanie i szacunek ma raczej w mediach i wśród kibiców niż w środowisku piłkarskim. Ale to nie on jest problemem Korony. Znacznie większy kłopot Korony jest taki, że ona jest z Kielc, a dla Kielc to olbrzymi problem, że mają Koronę. Udział miasta zarówno finansowy jak i zarządczy w klubie jest pewnie znacznie mniejszy niż kiedyś, ale jestem przekonany, że tam cały czas na niektórych etatach pracują ludzie pozatrudniani przez miasto. I jakkolwiek panie z księgowości najczęściej są miłymi i fachowymi osobami, to jednak klub piłkarski jest tak specyficznym przedsiębiorstwem, że w niektórych departamentach powinni pracować a fachowcy i b ludzie chcący pracować dobrze, a nie hołdujący zasadzie "Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy".

W kontekście Arki nie pytam o trenera Mamrota, ale pytam o właścicieli, czyli rodzinę Kołakowskich. Przeszkadza Panu, że klub został przejęty przez syna menedżera aktywnego na rynku?

- Zapewne od strony prawnej wszystko jest uczynione lege artis, ale mnie to bardzo przeszkadza. Jestem tym zdumiony i uważam, że jest to niezdrowe. To sytuacja, w której bardzo łatwo może dojść do konfliktu interesów. Nie twierdzę, że już doszło albo, że dojdzie, ale że może dojść. Tak samo uważam, że czynny sędzia nie powinien być właścicielem klubu albo że do konfliktu interesów może prowadzić sytuacja, w której czynny piłkarz jest współwłaścicielem klubu. Myślę oczywiście o Kubie Błaszczykowskim i Wiśle. Ale nigdy w życiu nie pomyślałbym, że on może zrobić coś dla siebie kosztem innego piłkarza Wisły. Gesty, a przede wszystkim czyny jakie już wykonał, mówią wszystko. Dla Wisły potrafił zaryzykować utopienie dużych pieniędzy.

Mówi Pan o Kubie i Wiśle, ale też o Sławomirze Stempniewskim i Radomiaku?

- Nie, bo on jest nie jest czynnym sędzią. Chociaż dla wielu Polaków bez wątpienia jest wyrocznią w sprawach sędziowskich. Gdybym ja był współwłaścicielem lub właścicielem jakiegoś klubu, to posady stałego eksperta w mediach od nikogo bym nie przyjął. Zaproszenie raz na pół roku czy raz na rok? Z całą pewnością, bo dlaczego nie? Wtedy wypowiadałbym się jak najbardziej otwarcie i dla wszystkich byłoby jasne, że to jest subiektywne, bo jest incydentalne. Natomiast od pana Sławka oczekuje się daleko posuniętego obiektywizmu, a przecież jego drużynie w pierwszej lidze sędziują ci arbitrzy, których on ocenia w telewizyjnym studiu za ich pracę w ekstraklasie. Oczywiście to, że istnieje potencjał do konfliktu interesów nie znaczy, że on się wyzwoli, ujawni.

A jak Pan patrzy na sprawę Janusza Gola, który jako jedyny w Cracovii nie zgodził się na 50-procentowe cięcie zarobków i przez to stracił opaskę kapitana drużyny?

- Powiem szczerze, że jestem zdumiony. Można negocjować - zwłaszcza jak się jest kapitanem - z pracodawcą różnego rodzaju zapisy dotyczące ewentualnego refundowania utraconych zarobków. O ile pracodawca otrzyma wszystko co miał otrzymać od sponsorów i reklamodawców. Ale przecież kiedy w Cracovii negocjowano cięcia zarobków, to nie było wiadomo czy klub dostanie pieniądze, jakie miał dostać.

Zgadza się - istniała obawa, że sezon nie zostanie wznowiony.

- Jeżeli wszyscy się podporządkowali zmniejszeniu zarobków i nie używano do tego metod, które można by podciągnąć pod mobbing, to sam fakt, że piłkarze nie będą nic robić przez tydzień, miesiąc, dwa miesiące czy pół roku, a klub będzie im płacił - 50 procent, bo 50 procent, ale jednak będzie płacił - jest godny docenienia. A przedziwne jest, że na nowe warunki godzą się wszyscy, tylko nie kapitan drużyny, który przecież po to jest kapitanem, żeby bronił drużyny, a nie siebie.

Gol wydał oświadczenie, z którego wynika, że walczył w imieniu drużyny, bo początkowo wszyscy piłkarze odrzucili propozycję 50-procentowych obniżek. Tylko dziwnie się wszystko potoczyło, skoro koledzy jednak te warunki przyjęli, a on nie.

- Dla mnie musi być jasne, że kapitan na każdym kroku staje w imieniu i w obronie drużyny. Jeśli drużyna się zgodziła na cięcia, a kapitan nie, to jest to mocno dziwne. Nie twierdzę, że faceta trzeba natychmiast z klubu wyrzucić. Jest niezłym piłkarzem, dużo daje drużynie swoimi umiejętnościami, ale nie dziwię się, że został pozbawiony opaski kapitańskiej. Oczywiście o ile sprawy rzeczywiście wyglądają tak, jak my je z odległej perspektywy widzimy.

Pomówmy o Panu: tylko Maciej Szczęsny zdobył mistrzostwo Polski z czterema różnymi klubami, czyli Legią, Widzewem, Wisłą i Polonią. Dlaczego Maciej Szczęsny nie pracuje teraz na tytuł z kolejnym klubem - Lechem, Cracovią czy Piastem?

- Mógłbym być co najwyżej maskotką którejś drużyny.

Trenerem bramkarzy już nie?

- Nie mam papierów. Nie chcą mnie przyjąć do szkoły trenerskiej dla bramkarzy, bo mam tylko podstawowe wykształcenie. Majewskim, Pasiekom i innym tłumaczę, że jednak mam wykształcenie średnie, ponieważ średnio czytam i średnio piszę. Ale nie chcą słuchać.

Naprawdę ma Pan tylko podstawowe wykształcenie?

- Tak, tylko podstawowe i żadne inne.

Jak to możliwe?

- A kto bogatemu nie pozwoli żyć skromnie?

A tak naprawdę co to za historia?

- Po prostu w pewnym momencie stwierdziłem, że mam w dupie szkołę. Ta do której miałem chodzić, nie oferowała niczego rozwojowego. Wolałem pójść na wagary na dobry film do kina Młoda Gwardia albo do Stolicy, albo zostać w domu i poczytać książkę, albo pójść na wagary na Woronicza i obejrzeć jak się kręci "Właśnie leci kabarecik" Olgi Lipińskiej. To nie jest tak, że ja lumpiarsko spędzałem wagary. W pewnym momencie to się stało oczywiste, że wagaruję i że starzy nie są w stanie nade mną zapanować. Usłyszałem więc od matki, która pracowała w redakcji "Publicystyki kulturalnej", że jeżeli mam gdzieś na mrozie stać i czekać aż ona wyjdzie z domu, żebym mógł wrócić do domu i się ogrzać, to już lepiej, żebym nie wychodził z domu o 7.30 udając, że idę do szkoły, tylko żebym sobie pospał do 10 i przyjechał na Woronicza, a ona mnie wpuści i pozwoli popatrzeć, jak się nagrywa Teatr Telewizji albo coś innego. I żebym pobył wśród inteligentnych ludzi. Albo żebym został w domu i poczytał książkę, do czego nie trzeba mnie było namawiać. Przeciwnie - moje wagarowanie zaczęło się od tego, że czytałem z latarką pod kołdrą, a matka potrafiła do drugiej-trzeciej w nocy przychodzić i mi kołdrę ze łba zrywać i się wściekać, że nie będę miał siły wstać do szkoły. Pamiętam, jak miałem 10 lat i zacząłem z Muranowa na Dolny Mokotów jeździć do szkoły sportowej o profilu lekkoatletycznym. Już wtedy w autobusach zasypiałem i potrafiłem od pętli do pętli przejechać się ze cztery razy. Kiedy miałem 15 lat, to matka powiedziała "Słuchaj, kolego, nie spełniasz swojego podstawowego obowiązku jako syn, nie uczysz się, to ja nie mam obowiązku łożyć na ciebie". Odpowiedziałem "No i słusznie, bardzo dobrze" i zostałem gońcem w redakcji "Publicystyki". Tam poznałem m.in. Andrzeja Bobera i Zdzisława Kamińskiego oraz Andrzeja Kurka, czyli autorów fantastycznego programu naukowego "Sonda". Przyjeżdżałem do redakcji o godzinie 9, o 14 kończyłem pracę i szedłem z Woronicza na Gwardię na Racławicką na trening. Trochę zarabiałem w redakcji, w klubie dostałem stypendium i jakieś pieniądze do domu przynosiłem. A przy okazji trochę muzyki słuchałem, trochę książek czytałem, trochę się spotykałem ze starszymi, mądrzejszymi, i jakoś sobie dałem radę. Ale do szkoły trenerów pójść nie mogę.

Wypadł pan z rynku po zmianach w przepisach? Bo przez jakiś czas pracował Pan jako trener bramkarzy - w Amice Wronki, w Koronie Kielce.

- W 2013 roku Korona po dwóch latach nie przedłużyła ze mną kontraktu, nie podając żadnego powodu. A potem dostałem propozycję od Lecha Ojrzyńskiego, kiedy był w Podbeskidziu, ale finansowo to była śmieszna propozycja. Wolałem zarobić 2,5 tysiąca złotych w Onecie przy "Magazynie Ekstraklasy" niż 5,5 tysiąca złotych w Podbeskidziu, bo mieszkałem u siebie, a pracując w Bielsku musiałbym tam wynająć mieszkanie za 2 tysiące, tak czy owak musiałbym płacić kredyt i czynsz za swoje mieszkanie w Markach, a gdzie jedzenie, gdzie benzyna, gdzie leasing? I mniej więcej w ten sposób wypadłem z rynku. Co z tego, że Andrzej Dawidziuk tworząc specjalistyczną szkołę dla trenerów w Białej Podlaskiej zadzwonił do mnie i mówił, że chce zrobić bardzo mocny pierwszy kurs i zaprasza Dudka, mnie, Wojtka Kowalewskiego i innych. Zapytał czy jestem chętny, ja byłem chętny, złożyłem papiery, ale okazało się, że z podstawowym wykształceniem musiałem usłyszeć "do widzenia". Miałem jeszcze inny pomysł, gdy uwolniono zawód trenera. Chciałem uzyskać uprawnienia i założyć szkółkę piłkarską.

Dlaczego nie wyszło?

- Idealistycznie założyłem sobie, że przekonam chociaż jedną wielką firmę, żeby podpisała ze mną umowę na trzy lata i żeby zobowiązała się do wpłacania powiedzmy 500 tysięcy rocznie, a ja gwarantuję, że setka dzieciaków będzie miała gdzie trenować, że będą mogły się w normalnych warunkach przebrać, wykąpać, że będą miały fajną kadrę trenerską i że nie będę od tych dzieciaków brał ani złotówki. Oczywiście nie chciałem tego robić za trzy tysiące złotych miesięcznie. Chciałem mieć na chleb z masłem i nawet wędliną, chciałem tak gospodarować tymi pieniędzmi, żeby wszystkim było dobrze, również sponsorom. Byłem gotów jeździć na spotkania z kadrą menedżerską albo na szkolenia. Umiem to robić. W 2012 roku przed mistrzostwami Europy miałem niesamowite branie.

Był Pan mówcą motywacyjnym?

- Jeździłem po całej Polsce i kadrom menedżerskim mówiłem, kim w moich oczach jest lider w teamie oraz jak go znaleźć lub jak się przywództwo kreuje. Szło mi świetnie, byli naprawdę zachwyceni, ja też. Do momentu, w którym chcieli mi karne strzelać.

Musiał Pan puszczać?

- Nawet nie, ale przyjeżdżałem w marynarce, często pod krawatem, koszula pod spinki, a oni zawsze mieli taką niespodziankę, że w sąsiedniej sali czekała bramka do piłki ręcznej i z pięciu metrów walili karne. No biały miś z Krupówek. I to zaraz po bardzo fajnych, ciekawych rozmowach. Słabe, żenujące. Ale płacili tak, że mnie to w sumie nie bolało. Szkoda, że tak się kręciło przez dwa miesiące przed Euro, a po nim całkiem zgasło. Na bazie tych doświadczeń byłem pewny, że stworzę biznesplan i zacznę działać ze szkółką. Już znalazłem boiska, dogadałem się z ich właścicielami, że zostaną obrandowane logami sponsora, który będzie się mógł chwalić, że dzięki niemu dzieciaki tu trenują. Niestety, wyjaśniono mi, że nie mam szans, że nastawienie do piłki całkowicie się zmieniło po nieudanym Euro. Euforia zdechła, balonik pękł, w dużym biznesie machnięto ręką na piłkę, bo ona zaczęła być źle odbierana.

Można powiedzieć, że nie pomógł Panu prowadzący wtedy kadrę Franciszek Smuda, czyli trener, którego Pan lubi i zawsze dobrze wspomina.

- Można tak powiedzieć.

Smuda to Pana najważniejszy trener w karierze, a Widzew jedna z miłości?

- Na pewno Legia to nie była miłość. A jeśli już, to bardzo trudna.

Najtrudniejsze było rozstanie, gdy działacze nie przedstawili Panu oferty przedłużenia umowy, pewnie licząc, że sam Pan poprosi, a kiedy był Pan bezrobotny i zgłosił się Widzew, oszukali kibiców, że wybrał Pan lepsze pieniądze?

- W Legii bardzo trudny był już początek. Przyszedłem, pograłem pół roku i przyszedł nowy trener, podobno niezłomny. Wiedział, że siedmiu-ośmiu piłkarzy z łatwością go zwolni, a on aż tylu piłkarzy zwolnić nie da rady. Kiedy więc zobaczył, że grupa lubi tańczyć, lubi śpiewać, lubi winko i lubi sprzedać mecz, to wiedział, że z taką grupą nie wygra. I nie walczył. A że w grupie był mój konkurent i był przez grupę hołubiony, to nie grałem. To już było bardzo trudne i bardzo bolesne. A za jakiś czas przyszedł jeszcze lepszy model, czyli Janusz Wójcik, który potrzebował nabrać do drużyny trochę swoich i chociaż akurat bramkarza nie wziął, to było ciężko. Po drodze trenerem był jeszcze Władek Stachurski, za którego już mnie nienawidzili wszyscy, bo w piśmie "Mecz" udzieliłem takiego wywiadu, który miał tytuł "Lambada kaprali". Opowiedziałem jak się podchodzi do sportu w Legii, a szczególnie w szatni piłkarskiej, jakie są relacje między piłkarzami a trenerami, że o czwartej nad ranem na zgrupowaniu zimowym w ośrodku, w którym mieszkamy, trener widzi kompletnie pijanego piłkarza, piłkarz patrzy w tego trenera i go nawet nie poznaje, ale to nic, wszystko jest cacy. Tym trenerem był uchodzący za silnego, niezłomnego Rudolf Kapera. Następnego dnia stwierdził, że nie pamięta zdarzenia. Wójcik jak tylko przyszedł, to przeczytał ten wywiad i też mnie nienawidził.

Ta nienawiść miała chociaż jedną dobrą stronę - w "Niedzielę cudów" siedział Pan na ławce rezerwowych.

- To prawda. Pamiętam, że po tamtym meczu usłyszałem od ojca największy komplement, jaki mogłem usłyszeć. Tatuś pojechał do Krakowa i nasz mecz z Wisłą oglądał z trybun [Legia wygrała z Wisłą 6:0, a w równolegle toczonym meczu ŁKS rozbił Olimpię Poznań 7:1. W tabeli oba kluby miały tyle samo punktów, Legia została mistrzem, bo miała lepszy bilans bramkowy, ale wkrótce PZPN ją i ŁKS przesunął w tabeli za Lecha i tytuł przyznał poznaniakom]. Później razem z nim wracałem samochodem do Warszawy. Tata od razu mi powiedział tak: "Za jedno cię synu cenię i szanuję: że się nie cieszyłeś".

Był Pan jedynym, który się nie cieszył czy było Was więcej?

- Być może było nas ze dwóch, ale już nie pamiętam kto to mógł być poza mną. Nie ukrywam, że nie starałem się tego przechowywać w pamięci, bo tamten mecz to dla mnie wstyd na całe życie. Jak się po latach pojawiłem w Wiśle jako jej piłkarz, to się bałem, że któryś z wiślaków niezamieszanych w sprawę mnie o to zapyta i będę musiał odpowiadać, że źle zaadresował pytanie. Strasznie się bałem się, że będę musiał udowadniać, że nie jestem wielbłądem.

Chyba trochę podobną sytuację miał Pan na początku w Widzewie? Dobrze pamiętam, że do trenera Smudy przyszli ludzie twierdzący, że celowo źle Pan broni, żeby pomóc Legii? I że trener stanął na wysokości zadania?

- To nie dotyczyło środowiska sportowego, a ludzi, którzy pożyczyli Widzewowi pieniądze. Tym ludziom się wydawało, że jak pożyczają, to mają prawo do wygłoszenia własnej opinii. Jeśli chodzi o takie męskie podejście, to Smuda jest jednym z dwóch, a może trzech, ludzi, którzy wobec mnie zachowali się rewelacyjnie. Wtedy Smuda dowiedział się, że oni przyszli do gabinetu prezesa Pawelca, więc wszedł tam bez pytania i przy tych trzech gościach powiedział, że jeżeli jeszcze raz zobaczy tych panów na stadionie, a tym bardziej w gabinetach, to nawet nie zabiera manatków, tylko błyskawicznie i definitywnie, na całe życie się z Widzewa wyprowadza. Dodał, że on rządzi, kto będzie grał i że on bierze odpowiedzialność za to, jak ja gram i nie jest tylko moją winą, że gram słabo, ale jego też. To akurat była gówno prawda, sam sobie szkodziłem, dlatego byłem w katastrofalnej formie.

Jak Pan sobie szkodził?

- Odbijały się na mnie codzienne podróże z Warszawy do Łodzi i z Łodzi do Warszawy. Jeździłem dzień w dzień.

Pewnie swoje robiło też to, że Pana rodzina była w Warszawie prześladowana przez chuliganów nazywających się kibicami Legii. Przecież Pana partnerka została nawet obrzucona cegłówkami.

- Tak było. Ale z perspektywy czasu oceniam, że te moje rajdy były najbardziej wyczerpujące. Jak trzeba było pojechać 220 km/h to jechałem 220, jak trzeba było nawet 250 km/h, to jechałem i 250 na trasie Rawa Mazowiecka - Łódź. A policjanci już mnie nawet nie zatrzymywali, bo wiedzieli, co to za pirat i że przecież nie mogą go pozbawić prawa jazdy, bo jak on bidul dojedzie z Warszawy i jak się przygotuje na mecz Ligi Mistrzów. Dodam, że nigdy żadnej łapówki ode mnie nie próbowali wziąć. W pewnym momencie się zorientowałem, że jestem potwornie zmęczony spędzaniem codziennie co najmniej trzech godzin w aucie w ogromnym stresie. Powinienem wtedy spać w Łodzi, a do Warszawy jechać raz, góra dwa razy w tygodniu.

Smuda mimo wszystko Pana bronił, a kto jeszcze?

- Po tym moim wywiadzie w Legii jako nowy trener przyszedł Stachurski. Wiem, że poszła do niego delegacja i powiedziała, że nie chce ze mną grać. Jednak on na oficjalnym spotkaniu z drużyną ogłosił, że wszyscy mają białą kartkę i jak ją sobie zapiszą, tak sobie zapiszą. Byłem pierwszym bramkarzem, awansowaliśmy do Pucharu Zdobywców Pucharów, były trudne mecze z Aberdeen, z Sampdorią, doszliśmy do półfinału i nagle chłopcy zobaczyli, że bramkarz się przydaje w drużynie, kiedy nie można kupić meczu i kiedy chce się mecz wygrać, a nie sprzedać. Trzecim bardzo ważnym trenerem był dla mnie Paweł Janas. Byłem pierwszym bramkarzem, gdy na przełomie stycznia i lutego zerwałem więzadła obojczykowo-barkowe i siłą rzeczy zanim zdjęto mi gips, zrehabilitowałem rękę i zacząłem trenować, to grał Robakiewicz. A mi się kończył kontrakt. Powiedziałem Pawłowi, że po sezonie odchodzę, a on odpowiedział: "Proszę cię, nie odchodź" i postawił na mnie. Janas z Robakiewiczem grali kiedyś w jednej drużynie, musiało mu nie być łatwo powiedzieć "Kolego, szukaj sobie klubu".

W Legii grał Pan najdłużej, więc pewnie mimo wszystko to ona jest dla Pana najważniejszym klubem?

- Możliwe, że nawet mimo poważnych reperkusji wywołanych przez odejście przez lata zrodziła się we mnie miłość do Legii. Spędziłem w niej dziewięć lat i kiedy już grałem w niej swój siódmy, ósmy i dziewiąty sezon, to taki Leszek Pisz, który długo mnie nie nienawidził i jakby mógł, to aortę by mi przegryzł, w końcu zupełnie inaczej mnie traktował. Dziś wiem, że gdybym miał jakikolwiek problem życiowy, to zadzwoniłbym do Dębicy do "Piszczyka", powiedziałbym pomóż i on na pewno by pomógł. Maciek Śliwowski, z którym się nienawidziliśmy jak psy, w pewnym momencie też wszystko zmienił. I to w pół sekundy. To będzie długa anegdota. Paweł Janas jako asystent Wójcika sędziuje sparing paka na pakę na głównym boisku Legii. Czyli podzieliliśmy się w obrębie pierwszej drużyny. Maciek Śliwowski jest wczorajszy, gra w przeciwnej drużynie i non stop stoi pod moim polem karnym. Jest na 20-metrowym spalonym, ale Paweł nie gwiżdże, więc Maciek opanowuje piłkę i a to mi siatą strzela, a to mnie objeżdża, trzy razy mnie kładzie na ziemi, dojeżdża do linii bramkowej i głową wtacza piłkę do bramki. Ku**icy dostawałem, że Paweł na to pozwala. Przecież widzi, że gość jest wczorajszy, że wegetuje. Raz Pawłowi zwróciłem uwagę. Żartobliwie. Za drugim razem już trochę ostro, za trzecim po prostu wulgarnie. A za czwartym jak ruszyłem w stronę Pawła w pełnym gazie, a Paweł stał bez ruchu w kole środkowym, to nagle poczułem, jak ktoś się na mnie rzucił od tyłu, złapał za szyję, nogami mnie opasał nad biodrami, powalił na glebę, przygniótł ciałem i śmierdzącym wódą szeptem powiedział: "Maciek, błagam cię, ja już tego nie zrobię! Błagam cię, k..., nie rób tego! To nie jest twoja wina, to nie jest jego wina, to jest moja wina! Błagam cię, nie rób tego, małpę zabijesz, a za człowieka pójdziesz siedzieć. Ja już pójdę na swoją połowę, ja już k... piłki nie dotknę". No to się otrzepałem i powiedziałem "Mam nadzieję". "Śliwka" wiedział, że jak dobiegnę do Pawła, to go zamorduję. I zdał sobie sprawę, jaka jest suma przegięć.

Chciał Pan mordować, idąc na "Żyletę" jako gracz Widzewa?

- Nie, chciałem tylko rozmawiać. Ale wśród bywalców Żylety nie było chętnych do rozmowy. W którejś kolejce z Widzewem zagraliśmy swój mecz w sobotę, a w niedzielę Legia grała z Wisłą Kraków. Ubrałem się w grube jeansy, grubą kurtkę skórzaną, skórzane buty za kostkę na grubej podeszwie i siadłem na Żylecie. Słyszałem szemranie. Ja mam szemrzące nazwisko, więc szemrali. Szeleściło, szeleściło, aż po około 10 minutach ucichło. Po minucie głębokiej ciszy usłyszałem z niskich rzędów będących 30-40 metrów przede mną "Szczęsny? Ty wiesz co". I to wszystko.

Od tego momentu chuligani już Panu i Pana bliskim odpuścili?

- Absolutnie. Ale przynajmniej zupełnie się wyzwoliłem od pogróżek i obelg, kiedy przebywałem w Warszawie sam albo z bliskimi. Jeszcze samochody po nocy niszczyli, bo to łatwo zrobić. Ale chyba na tyle się poczuli upokorzeni, że już nie wykrzykiwali, nie grozili. To też dlatego, że zdarzyło się, że we trzech czy czterech mordy darli, będąc po drugiej stronie ulicy, a jak ja nie bacząc na czerwone światło zaczynałem do nich biec, to dziwnym trafem znikali. Ale może nigdy nie mieli zamiaru mnie poturbować, może uznawali, że jednak to byłoby przegięcie.

Wątpliwe, skoro nie było dla nich przegięciem rzucanie cegłami w kobietę.

- To jeszcze nic. Finał był taki, że wygrałem z Widzewem 3:2 pamiętny mecz na Łazienkowskiej [dał łodzianom mistrzostwo Polski w 1997 roku, do 88. minuty Widzew przegrywał 0:2] i tuż po nim dowiedziałem się, że kibole Legii od dawna byli umówieni, że jeśli Widzew wygra, to pójdą mi spalić chatę. Siadłem więc sobie w ustronnym miejscu w szatni i zadzwoniłem do prezesa Pawelca, tłumacząc, że z jednej strony chcę pojechać do Łodzi z chłopakami świętować, a z drugiej strony bardzo bym nie chciał, żeby mi bandyci spalili chatę, a w chacie kobietę. Na to Pawelec mówi: "A to wyjątkowo dobrze trafiłeś, bo ja jestem tu w takim towarzystwie, które może dużo pomóc. To może ja oddam telefon i powiesz, Maćku, jeszcze raz to, co masz do powiedzenia?". No i oddał telefon, a ja usłyszałem: "Miller, dzień dobry, słucham panie Maćku". Wówczas Leszek Miler był ministrem spraw wewnętrznych. Jak mu zreferowałem wszystko, to powiedział "Pan spokojnie jedzie do Łodzi i się bawi, gratuluję. A o mieszkanie i kobietę może pan być spokojny, tylko mam prośbę, żeby pan ją uprzedził, że się ludzie przyjdą zameldować, więc żeby się nie bała otworzyć. I żeby wiedziała, że to ona ma zdecydować, kiedy mają odjechać: czy rano, czy za dobę, czy za tydzień". Miller obiecał, że będzie pilnowane i chuligani szybko zostaną zniechęceni. Słowa dotrzymał. Przyjechali trzej panowie trzema tajnymi autami, ale tak ustawionymi, że jak grupki przychodziły, to widziały, jak z aut wychodzą postawni ludzie i się ze sobą komunikują. Chłopcy z szalikami po półtorej doby odpuścili.

Więcej o: