Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Niemcy wprowadzili u siebie pomysł Polaków. "Widać, że działa"

- Podczas biegu przyłbice parowały, odbijało się od nich słońce i ograniczało widoczność. Jeszcze gorzej byłoby, jakby padał deszcz. I ten pomysł odpadł. Cieszymy się, bo im mniej nowości, tym lepiej - mówi Tomasz Listkiewicz, sędzia asystent z zespołu Szymona Marciniaka. Rozmawiamy o powrocie sędziów na boiska po pandemii koronawirusa.

Dawid Szymczak: Sędziował pan kiedyś na pustym stadionie?

Tomasz Listkiewicz: - Było kilka takich meczów, że trybuny były puste, bo na kibiców nakładano kary. Do tego też wiele meczów sparingowych, ale wiadomo, że one różnią się od tych o punkty, więc ich nie liczę. Były ze trzy-cztery takie oficjalne mecze.

Zobacz wideo Cezary Kucharski: Będzie większa presja na bezgotówkowe transfery

I jakie wrażenia? Czym różni się to od sędziowania w normalnych warunkach?

Podstawowa różnica jest taka, że słychać wszystkie rozmowy - nasze z zawodnikami, nasze z trenerami, zawodników rozmawiających między sobą też. Mikrofony telewizji wszystko zbierają, więc trzeba uważać na język. Nie żebyśmy mieli coś do ukrycia, ale wiadomo, że czasami padają w tych rozmowach grubsze słowa. Trzeba się będzie pilnować, bo część meczów Ekstraklasy jest przed dwudziestą i nieletni oglądają.

Teraz pan żartuje, a pewnie to, że sędzia usłyszy co mówili zawodnicy, czasami może mu pomóc.

Oczywiście. Będzie można usłyszeć kto sprowokował, kto zaczął, co powiedział. Teoretycznie dla sędziów atmosfera meczu nie ma aż tak wielkiego znaczenia, ale wiadomo, że na nas też trochę wpływa. Inaczej jest o 20.30 w sobotę przy pełnym stadionie i głośnym dopingu niż w niedzielę o 12.30, w pełnym słońcu, przy 500 osobach. To wpływa na odbiór meczu. Ten grany w niedzielę może być piłkarsko lepszy od tego sobotniego hitu, a jednak nie porywa. Każdy woli sędziować mecze przy wspaniałej atmosferze, która potrafi ponieść. Ale nie jest to nie do przeskoczenia. Przede wszystkim cieszymy się, że wreszcie wracamy na boiska.

Liniowi niektóre sytuacje ze spalonym rozwiązują „na słuch”. Patrzą na piłkarzy ustawionych w linii, a moment podania tylko słyszą. Będzie łatwiej?

Zgadza się, tylko trzeba pamiętać, że to zawodna technika i ostatnia deska ratunku. Czasami zdarza się w ten sposób oceniać i na pewno na pustym stadionie będzie łatwiej, ale i tak trzeba mieć duże doświadczenie jako asystent, żeby się tym posiłkować. Niekiedy różnice przy spalonym są minimalne, a dźwięk rozchodzi się przecież z inną prędkością. Lepiej wszystko widzieć i polegać na wzroku. W erze VAR jest o tyle łatwiej, że w ważnych sytuacjach nasz ewentualny błąd zostanie skorygowany.

Właśnie - z VAR-u wciąż będzie można korzystać, w ogóle w przypadku sędziów tych zmian nie będzie wiele. Po drodze pojawiały się przecież pomysły, żeby sędziować w przyłbicach, czy korzystać z elektrycznych gwizdków.

Widz nie dostrzeże zbyt wielu zmian, bo na boisku będzie to wyglądało niemal tak samo. Komisja medyczna PZPN zgodziła się, że nie musimy mieć rękawiczek czy właśnie przyłbic. I bez nich będziemy bezpieczni. Cieszymy się z tego, bo wracamy po pandemii - czy nawet jeszcze w jej trakcie - i sporo było w tym czasie nerwów i stresu, więc im mniej takich nowych elementów, tym lepiej. Ludzka psychika może różnie na takie nowości reagować. Nie ma sensu wzmagać niepokoju. Będziemy się starali zachować większy odstęp od piłkarzy w czasie jakichś dyskusji, ale pewnie w ferworze emocji nie zawsze się to uda. Duńskie badania pokazują, że nie będzie to niebezpieczne, bo nawet jakby ktoś był zarażony, co jest bardzo mało prawdopodobne, skoro wszyscy jesteśmy przebadani, to i tak nie wystarczy przebiec metr obok niego, żeby się zarazić.

Doszło nam trochę obowiązków przed i po spotkaniu. Teraz my będziemy przeprowadzać odprawy, które wcześniej przeprowadzał delegat, po meczu będziemy mieli więcej dokumentów do wypełnienia. Poza tym, postaramy się podróżować w dniu meczu, żeby nie spać w hotelach i jeździć maksymalnie po dwóch, a nie po czterech. To tak na wszelki wypadek, żeby w przypadku choroby jednego z sędziów, reszta nie musiała trafić na kwarantannę. Będziemy ubierać maseczki po zejściu z boiska, nie wpuścimy kierowników do naszego pokoju, tylko wszystkie sprawy będziemy załatwiali na świeżym powietrzu.

Kilku sędziów doradzało przy tworzeniu zasad powrotu na boiska. Pan też był w tej grupie. Któryś z waszych pomysłów został odrzucony?

My bardziej konsultowaliśmy sprawy dotyczące sędziowania, które przedstawiali nam organizatorzy rozgrywek, czyli PZPN i Ekstraklasa SA. Zaproponowaliśmy, żeby zmiany sygnalizował kierownik drużyny, a nie sędzia techniczny, żeby nie przekazywać sobie nic z rąk do rąk. U nas zrodził się ten pomysł, później wprowadziła go też Bundesliga. Widać, że u nich działa, więc warto korzystać. To były takie drobne rzeczy. Nie było tak, że coś zaproponowaliśmy i okazywało się to nie do zrobienia. Testowaliśmy przyłbice, bo krążył pomysł, żeby z nich korzystać, ale sędziowało się w nich bardzo niewygodnie. Podczas biegu parowały, odbijało się od nich słońce i ograniczało widoczność. Jeszcze gorzej byłoby, jakby padał deszcz. I ten pomysł odpadł. Komisja medyczna zgodziła się, że nie jest to konieczne.

Mieliście jakieś odgórne przygotowania do sezonu czy każdy trenował we własnym zakresie?

Sędziowie z reguły trenują indywidualnie. Jak mają pomysł na to jak się przygotować i korzystając ze swojego doświadczenia sami układają sobie plany treningowe, to mogą to robić. Mikrocykle rozpisuje nam też trener zatrudniony przez PZPN, Grzegorz Krzosek, były wybitny polski lekkoatleta. Trzy razy w tygodniu łączyliśmy się też przez internet z trenerami fitness, żeby wzmocnić siłę, zadbać o rozciąganie, wzmocnienie kręgosłupa. Fizycznie czuję się doskonale, bo naprawdę tych treningów mieliśmy bardzo dużo. Normalnie nie mielibyśmy czasu się tak przygotować. W trakcie sezonu nie moglibyśmy narzucić sobie tak dużych obciążeń jak teraz. Był czas popracować nad konkretną partią mięśni, która czasami delikatnie doskwiera, ale nie ma czasu porządnie się za nią zabrać, bo są mecze. Wiem jak pracowałem, jak pracowali moi koledzy i sądzę, że forma fizyczna będzie u nas lepsza, a na pewno nie gorsza, niż przed pandemią.

Czyli pan - jak Robert Lewandowski - wraca na boisko przygotowany najlepiej w życiu.

Wolałbym tego nie deklarować, bo wyjdę w piątek na boisko i okaże się, że jednak nie. A poważnie - pod względem fizycznym jest bardzo dobrze. Po takiej przerwie kilkanaście minut w pierwszym meczu pewnie będzie takim łapaniem z powrotem starych nawyków. Sędziowanie jest jak jazda na rowerze. Nie zapomina się, ale po długiej przerwie trzeba sobie wszystko trochę odświeżyć. 

Ale przygotowanie fizyczne to jedno. Powinniśmy dać sędziom jeden czy dwa mecze na takie wyostrzenie wzroku? Na początku dla piłkarzy pewnie też będziemy wyrozumiali.

Piłkarze mieli trudniej, bo długo nie mogli trenować w grupie. A takie treningi są najważniejsze. My fizycznie od początku mogliśmy trenować na sto procent. Nawet w tym momencie, gdy nie można było wychodzić z domu, to pewne ćwiczenia wykonywaliśmy w zamknięciu. Natomiast bez sędziowania trudno o wyczucie. Rytm meczowy jest ważny. Sędziowie też czują, kiedy są w formie, kiedy mają tzw. "flow", że każdy gwizdek jest na czas, ustawienie jest zawsze perfekcyjne, jest pewność co do wyciągnięcia kartki. To wpływa też na zawodników. Zobaczymy jak to będzie wyglądało po przerwie. Pierwszy raz przez coś takiego przechodzimy, więc pojawia się delikatna niepewność. Ale jeśli chodzi o asystentów, to sprawa jest łatwiejsza, bo mamy specjalne narzędzia umieszczone na platformie w internecie do rozstrzygania takich stykowych spalonych. Oczywiście, jest to tylko monitor, a nie prawdziwe boisko, ale to zawsze jakieś ćwiczenie. Jak ktoś ma ochotę, to takich sytuacji może rozstrzygnąć dwieście dziennie. Kilkanaście minut w pierwszym meczu pewnie pomoże nam się na nowo wgryźć. Zobaczymy, w piątek o 22.30 będę mądrzejszy.