Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Raków Częstochowa, czyli klub skrajności. Takich kontrowersji w ekstraklasie nikt dawno nie wzbudził

Z jednej strony krytyka wstrzymania ligi, z drugiej piłkarze zachęcający kibiców do pozostania w domach. Z jednej strony kontrowersyjne plany na dokończenie sezonu, z drugiej brak treningów i wysyłanie piłkarzom planów indywidualnych ćwiczeń fizycznych i taktycznych. Raków Częstochowa w ostatnich dniach to klub skrajności. Trudno powiedzieć, czy jest oazą spokoju, czy przykładem braku odpowiedzialności.

"Klubowy raport" to cykl autorstwa dziennikarzy Sport.pl dotykający problemów, z którymi przyszło się teraz mierzyć polskim klubom piłkarskim. I tym dużym - z ekstraklasy, i tym mniejszym - z niższych lig. Codziennie o 8 na Sport.pl i Gazeta.pl.

Odizolować kluby na dwa miesiące, wybrać cztery stadiony, przeprowadzić testy na obecność koronawirusa i dokończyć ligę. Dokończyć ligę za 20 mln zł. Tak w dużym skrócie brzmiał ostatnio pomysł Michała Świerczewskiego, właściciela Rakowa Częstochowa, na dogranie sezonu PKO Ekstraklasy. Pomysł, którym Świerczewski wystawił swój klub na potężny ostrzał krytyki. Jeszcze większy niż ten, jaki na Raków kilkanaście dni temu ściągnął Marek Papszun. Klub z Częstochowy co prawda swoimi pomysłami najpierw wzbudza ogromne kontrowersje, a później z tych pomysłów się wycofuje, ale pokazuje tym... No właśnie, pokazuje tym spokój i chłodne podejście do trudnej sytuacji, czy może totalny brak odpowiedzialności?

Wypowiedź Papszuna początkiem ostrzału

Pod pierwszym ostrzałem Raków znalazł się po wypowiedzi Marka Papszuna, dotyczącej odwołania 27. kolejki ligowej. - Nie uważam, by była to słuszna decyzja. Sprawa nie jest do końca klarowna - mówił wówczas w rozmowie z "Przeglądem Sportowym". - Nie możemy żyć pod wpływem wpisów jednej osoby, nawet tak znanej jak Jakub Błaszczykowski. Z tego co wiem, to nie jest on specjalistą od chorób zakaźnych czy wirusów - dodawał, nawiązując do apelu Jakuba Błaszczykowskiego, który prosił o przerwanie gry i pozostanie w domach. Prosił o to pierwszy, ale nie ostatni - później podobne apele wysłali inni piłkarze nie tylko w Polsce, ale na całym świecie.

Po tych kontrowersyjnych słowach i – w pewnym sensie – ataku na Błaszczykowskiego, Papszun został ostro skrytykowany przez środowisko piłkarskie w Polsce, co odbiło się na postrzeganiu i wizerunku całego częstochowskiego klubu. Odbiło się na tyle, że kilka dni później Papszun swoją wypowiedź załagodził, choć się z niej nie wycofał. - W samym środowisku piłkarskim nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje niesie ze sobą zawieszenie lub zupełne odwołanie rozgrywek. Chodzi mi głównie o zawodników. Nawiązując do moich słów z sobotniego „Przeglądu Sportowego”, to nadal nie uważam, żebym powiedział coś niestosownego. Źle odebrane zostało zdanie w kierunku Jakuba Błaszczykowskiego. Nie był to atak personalny. Chodziło mi o to, że piłkarze i trenerzy nie powinni mieć wpływu na decyzje PZPN czy Ekstraklasy SA. Nie oszukujmy się, wpis zawodnika Wisły Kraków z mediów społecznościowych miał wpływ na dalszy ciąg zdarzeń. Takie piłkarskie politykowanie. Oczywiście, każdy ma prawo wyrazić swoją opinię – przyznał w kolejnej rozmowie z „PS”.

Pomysł na dogranie ligi

Kolejny raz o Rakowie głośno zrobiło się kilka dni temu, gdy właściciel klubu, Michał Świerczewski, w rozmowie ze Sport.pl zdradził plany na dokończenie rozgrywek. Podczas gdy większość klubów nie zabierała głosu na ten temat, a inne myślały o zakończeniu rozgrywek już teraz, Raków wyszedł z planem rozegrania kilkudziesięciu meczów. Wszystkie miałyby się odbyć na czterech lub pięciu stadionach w północno-zachodniej Polsce, a operacja trwałaby dwa miesiące.

Jednak to nie liczba stadionów czy czas były tu największym problemem. Jak zazwyczaj w takich przypadkach były nim pieniądze. Dogranie sezonu Ekstraklasy w trybie ekspresowym kosztowałoby nawet 20 mln zł. Do kosztów logistycznych, kosztów zagospodarowania stadionów i przygotowania ich do tak intensywnego rozgrywania spotkań, miałoby dojść m.in. sprowadzenie do Polski testów na obecność koronawirusa, które zawodnicy przechodziliby przed meczami. - Przy dużej mobilizacji plan jest możliwy do zrealizowania. Może jednak zostać storpedowany albo niechęcią innych klubów do grania, albo przypadkiem koronawirusa wśród piłkarzy – mówił Świerczewski w rozmowie z Pawłem Wilkowiczem.

I rzeczywiście, plan został storpedowany. Krytyka po wypowiedzi Papszuna była niczym przy krytyce, jaka pojawiła się w mediach po słowach Świerczewskiego. Oczywiście, ratowanie sezonu to ratowanie etatów, pensji nie tylko zawodników, ale także klubowych pracowników. W niektórych, bardziej ekstremalnych przypadkach, to być może także ratowanie funkcjonowania klubów. Patrząc jednak na obecne tempo rozwoju pandemii koronawirusa plan właściciela Rakowa od początku wydawał się mało realny, a przede wszystkim zbyt kosztowny i ryzykowny. Samo odizolowanie piłkarzy, trenerów i członków sztabu zebrałoby kilkaset (lub nawet więcej) osób w jednym miejscu. Tak intensywnej gry, czyli kilkunastu meczów w ciągu ośmiu tygodni, po przerwie od treningu nie dałoby się rozpocząć bez okresów przygotowawczych, które również generowałyby koszty i zwiększały ryzyko.

To wszystko sprawiło, że równie szybko jak plan powstał, został spalony. - Okazało się, że nasz plan dokończenia sezonu to zbyt trudny projekt na najbliższe tygodnie - przyznał sam Świerczewski.  - Nie podjęliśmy tej decyzji pod wpływem nowych obostrzeń, ogłoszonych we wtorek przez premiera Mateusza Morawieckiego. One na sam projekt nie miały wpływu, bo on i tak wymagał wcześniejszej zgody instytucji państwowych i opinii ekspertów. Ale doszliśmy do wniosku, że to jest jednak zbyt duże wyzwanie logistyczne w sytuacji, gdy nasz kraj czeka bardzo trudny miesiąc, fala zachorowań. Najlepszy moment na start tego projektu już minął. Gdybyśmy zaczęli prace dwa, trzy tygodnie temu, to miałoby zapewne dużo większy sens – dodał.

Wiadomo jednak, że Świerczewski na czwartkowej wideokonferencji przedstawicieli klubów ekstraklasy miał poprosić o zachowanie i rozważenie jego planu. Na razie o dokończeniu sezonu nikt jednak nie myśli, a głównym wynikiem wideokonferencji było ustalenie, że kluby będą mogły obniżyć wynagrodzenie piłkarzy nawet o 50 proc., (jednak nie do kwot niższych niż 10 tys. zł brutto).

Piłkarze zostają w domach

W tym wszystkim udziału na razie nie biorą piłkarze Rakowa. Oni na temat planów dokończenia sezonu się nie wypowiadają, podobnie zresztą jak na temat pomysłu dotyczącego obniżek pensji. Czym się więc zajmują w ostatnich dniach?

Na początku epidemii w Polsce, gdy jeszcze nie było wiadomo, co stanie się z rozgrywkami ekstraklasy, zawodnicy Rakowa otrzymali zakazy opuszczania Częstochowy. Musieli być przygotowani na to, że w każdej chwili będą zmuszeni do powrotu do treningów. Teraz już wiadomo, że tego powrotu, przynajmniej przez kilkanaście najbliższych dni nie będzie. Wszyscy otrzymali więc od klubowych trenerów zalecenia dotyczące ćwiczeń, jakie powinni wykonywać w domach. Ale nie tylko ćwiczeń. Niektórzy piłkarze otrzymali także materiały wideo z wyciętymi fragmentami ich gry. Fragmenty te analizują, by wyciągać z nich to co najlepsze i korygować to, co najgorsze. Poza treningiem urozmaicają sobie czas na różne sposoby.

Tak robi to Tomas Petrasek:

A tak Kamil Kościelny:

Do pozostania w domach w taki sposób zachęca natomiast Petr Schwarz:

Piłkarze Rakowa tworzą więc obraz całkowicie odmienny od tego, jaki ostatnio – celowo lub nie do końca – wykreowali trener i właściciel klubu. Pierwsi emanują spokojem, zachęcają do pozostania w domach i pokazują, że czas pandemii można przetrwać bez piłki. Drudzy wzbudzają kontrowersje i narażają się na krytykę. Częstochowski klub budzi więc mieszane odczucia, które w jakiś sposób odcisną piętno na jego reputacji i znaczeniu w lidze. Na razie jednak nie wiadomo jeszcze, czy to piętno będzie pozytywne czy nie.