Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Pierwszy spadkowicz z ekstraklasy? "Jest mi wstyd. Nie wiedziałem, że potrafimy tak grać"

ŁKS w środę wygrał z Zagłębiem Lubin 3:2. Przełamał się, zagrał w swoim stylu i wydawało się, że Kazimierz Moskal znalazł odpowiednie ustawienie swojego zespołu. Dlatego w poniedziałek w Kielcach łodzianie wyszli na mecz takim samym składem jak pięć dni wcześniej. I przegrali w dramatycznym stylu 0:1. - Nawet nie wiedziałem, że potrafimy tak słabo grać - mówił zawiedziony szkoleniowiec po spotkaniu.

ŁKS po 26 kolejkach obecnego sezonu ekstraklasy zajmuje ostatnie, 16. miejsce w tabeli. W "dolnej ósemce" jest już od 220 dni, a przez 122 zajmuje miejsce zagrożone spadkiem. Na to, co po nim, są już w Łodzi przygotowani - właściwy zespół wciąż się buduje. Ale do poniedziałku była tu jeszcze nadzieja, że może uda się uniknąć spadku. Po tym, jak przegrali mecz z bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie, wizja powrotu do I ligi zajrzała w oczy zawodników o wiele bardziej niż dotychczas. 

Zobacz wideo Koronawirus zagrozi ekstraklasie? [SEKCJA PIŁKARSKA #38]. Zobacz wideo:

Dwie twarze w pięć dni

- Jest mi trochę wstyd. Nawet nie wiedziałem, że potrafimy tak słabo grać. Nie wiem też, z czego to do końca wynikało. Może to moja wina, bo powinienem po meczu z Zagłębiem granym w środę zrobić 4-5 zmian i wtedy byłoby inaczej. Ale to byli ci sami zawodnicy, którzy wtedy grali dobrze, a dziś po prostu słabo, zupełnie inaczej. Dla mnie to jest po prostu niezrozumiałe - mówił na pomeczowej konferencji prasowej w Kielcach, Kazimierz Moskal.

Trener ŁKS-u coraz bardziej zaczyna przypominać człowieka, któremu skończyły się pomysły na rozczytanie wciąż nierozwiązanej zagadki. Są nią zawodnicy jego drużyny, która pokazała dwie twarze w ciągu zaledwie pięciu dni. Grając w takim samym składzie wyrwali u siebie zwycięstwo 3:2 z Zagłębiem Lubin w środę, a w poniedziałek po dramatycznej postawie przegrali w Kielcach z Koroną 0:1

Scenariusze, zmiany, ustawienia

W meczu z Zagłębiem po raz pierwszy w tym sezonie Kazimierz Moskal nie wystawił ani jednego zawodnika, który zagrał w pierwszej kolejce przeciwko Lechii w Łodzi. To tylko pokazuje, jak jego zespół zmieniał się w trakcie sezonu. Przeżył przymusowe odejście kapitana - Michała Kołby, przyjście doświadczonego Arkadiusza Malarza, aż sześć zimowych transferów do klubu, dziewięć pożegnań z dotychczasowymi zawodnikami, a także awanse do pierwszej drużyny młodzieżowców. 

Najbardziej uniwersalnym piłkarzem wydaje się tu Ricardo "Guima" Guimaraes. Portugalczyk zazwyczaj gra jako defensywny pomocnik. Ale to właśnie on dostał od Moskala zadanie bycia tym, który wzmocni kreowanie sytuacji ŁKS-u po odejściu do Lecha Poznań Daniego Ramireza. Wspiera w tym Antonio Domingueza, którego dodatkową funkcją na boisku jest z kolei większa obecność w ataku. Do tej pory Portugalczyk formalnie wciąż stawiany był jednak na "6", gdzie miał przede wszystkim przecinać podania rywali i zabezpieczać obrońców. To zmieniło się w meczu z Zagłębiem, kiedy Kazimierz Moskal przesunął go na pozycję numer "8". W trakcie spotkania łatwo było zauważyć, jak wiele miejsca do rozgrywania piłki zyskał dzięki temu ŁKS. - "Guima" jest dla nas ważnym zawodnikiem i pokazał, że może grać na każdej z pozycji, na których go stawiałem, co cieszy. Daje mi spore pole manewru w układaniu składu. To, w którym miejscu zagra zależy od taktyki, jaką będziemy dobierać - zdradzał Moskal.

Trener łodzian w podobny sposób "przerabiał" innych zawodników - Michałowi Trąbce stworzył pole do gry na skrzydle, Jose Antonio Ruiza Lopeza "Pirulo" stawiał jako fałszywą "dziewiątkę", a Łukasza Piątka, który zazwyczaj pilnował obrony, zachęcał do gry w ofensywie. Sam Moskal podobnie jak wszyscy w klubie przygotowując się do pierwszej części sezonu, za bardzo zaufał niektórym zawodnikom. Części z nich już podziękował za współpracę, co wiązało się z przyjściem nowych. Ich po kolei sprawdzał w sparingach, a następnie różnie wykorzystywał w lidze. Część wprowadzonych zmian po pewnym czasie przyniosła drużynie korzyści - choćby młodego Adama Ratajczyka, który potrafi opanować emocje na boisku swoim sprytem, czy Jakuba Wróbla, którego duże zaangażowanie w ataki poprawiło dynamikę i swobodę akcji zespołu. Rzecz w tym, że i oni potrafią zawieść. Natomiast szkoleniowcowi powoli kończą się pomysły. A porażki tak jak przychodziły wcześniej, tak przychodzą i teraz. 

Demony

Prosty błąd Carlosa Gracii, który dał Koronie Kielce rzut karny w meczu z ŁKS-em to wizytówka łodzian w ekstraklasie. Najczęściej popełniał je Jan Sobociński, który teraz nie pojawia się jednak w wyjściowym składzie. Nawet Kazimierz Moskal zauważał, że w rundzie jesiennej w defensywie jego drużynie brakowało doświadczenia. To przyniósł Maciej Dąbrowski. 

Były zawodnik Legii Warszawa podczas rundy jesiennej w barwach Zagłębia Lubin zagrał w zaledwie trzech meczach, z czego tylko jednym w wymiarze 90 minut. Z przyjściem do Łodzi wiązał więc spore nadzieje, ale był także świadomy wyzwania, jakiemu musi tam sprostać. Od początku widać było, że wprowadził do obrony beniaminka ekstraklasy więcej spokoju i opanowania. O wiele lepiej wiedział, jak w pewnych sytuacjach się zachować - zastawić, ograć rywala, czy na niego nacisnąć. Większość kibiców najbardziej zapamięta mu jednak zdarzenie z meczu z Arką w Gdyni, gdy doznał absurdalnej kontuzji. Próbując uderzyć piłkę, trafił kolanem w swój nos.

- Podszedłem do tego z dystansem - tłumaczył później Dąbrowski. - Już na ławce rezerwowych, gdy tamowałem krwotok po zmianie, śmiałem się sam z siebie. To po prostu pech, przecież nic już nie mogę z tym zrobić - stwierdził. To będzie do niego wracało, tak jak do całej drużyny powracają demony błędów w defensywie. Do tej pory, co nie dziwi chyba nikogo, stracili najwięcej goli w lidze - 44. 

Wizja klubu to nie tylko ligowa codzienność

ŁKS jest klubem, który buduje. Nie tylko stadion, do tej pory stojący z jedynie jedną ukończoną trybuną, do której trzy pozostałe mają dołączyć zimą przyszłego roku, ale także zespół. Podkreślano, że po awansie z I ligi do ekstraklasy ta budowa składu się nie skończy. Zwłaszcza że z perspektywy czasu można przyznać, że latem zabrakło konkretnego, jakościowego transferu do drużyny. Lepsze przyszły zimą i wielu w Łodzi dziś pyta: Co byłoby, gdyby udało się je sfinalizować wcześniej?

Dla rozwoju projektu, jakim teraz jest klub prowadzony przez Tomasza Salskiego, wiele by to nie zmieniło. Co więcej, w przygotowaniu zespołu, który chciałby obserwować prezes łodzian, spadek do I ligi nie będzie zakończeniem pewnego etapu. Ten wciąż jest aktywny i można zaryzykować stwierdzenie, że ma podobną datę ważności, jak budowa stadionu. Celem jest zobaczyć ŁKS grający dobrą piłkę dla oka i skuteczną w punktowaniu w lidze przy czterech trybunach. A gdy uda się złożyć gotową do wykonania tego zadania drużynę, trzeba osiągnąć z nią sukces. Dziś brzmi to trochę, jak bajka, ale w przypadku klubu z alei Unii marzenia potrafią się spełniać zwłaszcza w tych najmniej oczekiwanych momentach.