Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Kibice Lechii Gdańsk rozczarowani porażką z Legią Warszawa. "Za jakie grzechy, dobry Boże?"

- Za jakie grzechy, dobry Boże? - mógł zapytać Duszan Kuciak, tak jak pytali wcześniej kibice Lechii Gdańsk, którzy byli rozczarowani postawą zespołu. Ten w środę na własnym stadionie przegrał 0:2 z Legią Warszawa, która ma już dziewięć punktów przewagi nad resztą stawki.

Legia Warszawa pokonała Lechię Gdańsk 2:0 (0:0) w wyjazdowym meczu 25. kolejki ekstraklasy. Pierwszą bramkę dla drużyny ze stolicy Polski zdobył Paweł Wszołek po asyście Luquinhasa, a trafienie podwyższające wynik spotkania zaliczył Mateusz Cholewiak, dobijając strzał Tomasa Pekharta.

Zobacz wideo Mecz Legia - Cracovia powinien zostać przerwany. Mecze Marciniaka to od lat to gruba przesada

Nie było się czego bać

- Największą siłą Lechii jest pozostanie trenera Piotra Stokowca na stanowisku. Nie patrzymy na to, że mają kłopoty, bo to wciąż drużyna, która nieźle funkcjonuje, niezależnie od problemów. Wciąż ma swój styl, dobrze broni. Potrafi zepchnąć rywala do obrony, mieć w meczu kilka dobrych fragmentów. To będzie naprawdę bardzo trudne wyjazdowe spotkanie - przestrzegał Aleksandar Vuković przez środowym meczem w Gdańsku. Niepotrzebnie, bo szybko okazało się, że nie ma się czego bać. Legia w środę wygrała w pełni zasłużenie. I znowu odskoczyła innym w tabeli, bo nad drugą Cracovią ma już dziewięć punktów przewagi.

Przewaga Legii była miażdżąca, ale…

Vuković kwietniowe spotkanie - to ostatnie Legii w Gdańsku - oglądał z wysokości trybun, wśród dziennikarzy. Taką karę na serbskiego trenera nałożyła wówczas Komisja Ligi za wcześniejszy mecz z Lechem (0:1). Powód? Niewłaściwe zachowanie - m.in. kopnięcie w reklamę - na stadionie w Poznaniu, gdzie Vuković wyraźnie nie trzymał nerwów na wodzy. W środę było zupełnie odwrotnie, Vuković był potulny jak baranek. Spokojnie przyglądał się poczynaniom zespołu, który też nie dawał mu powodów do nerwowych reakcji. Od początku miał dużą przewagę, można napisać, że nawet miażdżąca. Z jedną małą adnotacją: tylko do 16 metra, bo w polu karnym Legii brakowało konkretów. Co w pewnym sensie było też zasługą samej Lechii, która umiejętnie się broniła, ale o tym za moment.

Lechia grała tak, jak chciał trener

Lechia zaczęła mecz z Legią wyjątkowo przestraszona. Schowana za podwójną gardą, stojąca we własnym polu karnym, unikająca szybkich ataków po odbiorze piłki, a nawet niespecjalnie chcąca tę piłkę odbierać. Patrząc jednak na reakcje Stokowca, właśnie tak miała grać. Szkoleniowiec Lechii nie okazywał zdenerwowania. Czasami się ekscytował, ale robił to najczęściej w momentach, kiedy Lechia była cofnięta bardzo głęboko. Kiedy Legia niemal wchodziła z piłką w jej pole karne. To właśnie wtedy Stokowiec sprawiał wrażenie wyraźnie poruszonego. Tak pozytywnie, bo poza tym, że gestykulował i krzyczał, często też bił brawo swoim piłkarzom, którzy jedyne, co robili, to przesuwali się bez piłki przed własnym polem karnym.

Ale nie tak, jak chcieli kibice

Nie wszystkim, co zrozumiałe, podobała się taka gra. - Aż tyle? Za jakie grzechy, dobry Boże? - pytali retorycznie kibice Lechii - siedzący obok trybuny prasowej - kiedy spiker informował, że do pierwszej połowy doliczone zostały (aż) dwie minuty. W środę na stadion w Gdańsku przyszło 13 tys. kibiców. Jak na standardy Lechii - dodajmy, że niezbyt wygórowane - całkiem sporo. Ale do rekordowej frekwencji i tak trochę zabrakło, bo więcej kibiców w tym sezonie przyciągały mecze Lechii z Jagiellonią (13,3 tys.), Lechem (14 tys.), Śląskiem (13,7 tys.) czy Wisłą Kraków (13,2 tys.).

Najpierw były nerwy, potem bezradność

Kiedy w 57. minucie gola dla Legii strzelał Paweł Wszołek, od razu przebiegł sprintem kilkadziesiąt metrów i podleciał do sędziego. Trudno powiedzieć, o co Duszan Kuciak miał pretensje do Tomasza Musiała, bo prędzej powinien mieć do swojego zespołu. A najprędzej do Rafała Pietrzaka, bo to od jego straty rozpoczęła się szybka akcja Legii, po której padła pierwsza bramka. Długo wydawało się, że jedyna. Aż do doliczonego czasu, kiedy debiutanckiego gola w barwach Legii strzelił Mateusz Cholewiak. Kuciak po tej bramce już się nie wściekał. Usiadł na trawie, napił się wody i tylko bezradnie rozłożył ręce. Miał dość. Jedyne, co mógł wtedy zrobić, to zapytać sam siebie, jak wcześniej pytali kibice: za jakie grzechy, dobry Boże? Bo jeśli ktoś w środę w Lechii nie zawiódł, to można tak napisać o Kuciaku. Słowak z każdym meczem w tym roku potwierdza dobrą formę. Tylko że na Legię to nie wystarczyło.

Więcej o: