Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Młodzi piłkarze po tym przepisie "odjechali". Mamrot: Słyszałem, że były takie problemy

- Przydałoby się, żeby ekstraklasa była bardziej swojska. Problemem nie jest jednak sama liczba obcokrajowców, ale ich jakość. Do Polski trafiają ci, którzy nie mogą się dostać do atrakcyjniejszych rozgrywek - mówi Sport.pl Ireneusz Mamrot, niedawny trener dotkniętej kryzysem Jagiellonii. Odnosi się do białostockiej grupy bankietowej i przyznaje, że nie chciał przepisu o młodzieżowcu.

Kacper Sosnowski: Pan jest jednym z tych, który do przepisu o młodzieżowcu był sceptycznie nastawiony.

Ireneusz Mamrot: Nie byłem jego zwolennikiem, ale nie dlatego, żeby młodzi nie grali. Przeciwnie. Zdawałem sobie jednak sprawę, że kluby ekstraklasy nie będą wtedy chciały wypożyczać tych młodych graczy do niższych lig. To się po części sprawdziło. Patrząc jednak jak to wygląda na dziś, to ten przepis wniósł wiele pozytywów. Wielu młodych chłopaków się pokazało, z drugiej jednak strony, część z nich mogła więcej pograć w 1. lidze, ale kluby Ekstraklasy wolą się zabezpieczyć. Chcą mieć w składzie co najmniej czterech młodzieżowców. Wtedy ten czwarty w hierarchii może nie zagrać w sezonie żadnego meczu. On traci, zyskuje ten, który gra. Trzeba iść w kierunku stawiania na młodych, ale może bez tych przepisów? Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że w niektórych klubach to by oznaczało, że młodzi nie graliby wcale.

Zobacz wideo Mecz Legia - Cracovia powinien zostać przerwany.

W Jagiellonii dla młodzieżowców przewidziane są dodatkowe zajęcia. Pracuje się nad ich mankamentami, szlifuje mocne strony.

- Ale nie mają one nic wspólnego z tym przepisem. To już tak u nas funkcjonowało przed wejściem w życie tej uchwały. Młodzi brali udział w naszych normalnych treningach, jeździli na obozy przygotowawcze i zgrupowania, ale potrzebowali też dodatkowych zajęć. Taki młody piłkarz nie może zakończyć głównego treningu i zadowolony iść do domu. Musi pracować nad różnymi aspektami. Doświadczeni gracze potrzebują indywidualnych zajęć a co dopiero mówić o młodszych? Z reguły odbywaliśmy z nimi dodatkowe dwie jednostki w tygodniu. One nie były jakieś bardzo intensywnie, raczej ukierunkowane na poprawienie techniki, grę głową czy słabszą nogą.

Młodzi po przepisie o młodzieżowcu poczuli się pewnie? Słyszałem, że w niektórych klubach niektórzy ponoć trochę "odjechali"?

- Słyszałem w środowisku, że ktoś miał taki problem, ale młodzi chłopcy z Jagiellonii byli pod tym względem okej. Podchodzili do tego normalnie, pozytywnie, byli ambitni. W Białymstoku nie spotkałem się z tym, aby ktoś próbował to wykorzystać. W ich żartobliwych rozmowach między sobą słyszałem, że oprócz rywalizacji wewnątrz drużyny mają jeszcze rywalizację w swojej grupie. Przecież wiedzieli, że jeden z nich w najbliższym meczu zagra. To jednak mobilizowało pozytywnie. Tym bardziej że czasem grało dwóch młodych.

Sprawdziłem jak korzystanie z młodych wyglądało w Jagiellonii przed wejściem przepisu o młodzieżowcu. Wyszło, że byliście czwartą najgorszą pod tym względem ekipą w ekstraklasie.

- Trzeba pamiętać, że nasza akademia sukcesy ma od kilku lat. Ważnym momentem było mistrzostwo Polski juniorów młodszych drużyny Wojtka Kobeszki. Od tego rocznika młodzież sukcesywnie zaczęła wchodzić do pierwszej drużyny. Jagiellonia pokazuje, że w jej akademii teraz praca wykonywana jest dobrze. Był Patryk Klimala, choć to trochę naciągany młodzieżowiec, bo rocznik 98. Jest jednak Bartek Bida. Kilku innych jak Wasilewski, Nawrocki czy Twarowski zadebiutowało u mnie w ekstraklasie. Myślę, że w przyszłości odgrywać będą w drużynie ważniejszą rolę, a z każdym sezonem takich chłopaków będzie przybywało.

Już pomaga w tym nowa akademia?

- Pomaga nie tylko zawodnikom, ale i trenerom. W Pogorzałkach treningi indywidualne były utrudnione. Jak teraz patrzyliśmy ile czasu młodzi zawodnicy spędzali kiedyś w klubie, a ile spędzają obecnie, to jest to spory, pozytywny przeskok. Teraz jak mają do dyspozycji jedno duże boisko, jedno mniejsze, oba ze świetną murawą i jeszcze jedno ze sztuczną nawierzchnią, do tego siłownię i odnowę biologiczną, to są w klubie dłużej.

W Jadze zostawił pan po sobie kapitał - kilku wartościowych młodych graczy. Zdziwił się, że jego część w postaci Patryka Klimali został tak szybko spieniężona?

- Nie, bo pamiętałem jak to wyglądało w przypadku Karola Świderskiego. Zresztą wiem, jakie są realia w Ekstraklasie. Jak pojawia się u nas bramkostrzelny młody, napastnik to prędzej czy później odejdzie. Zresztą to okienko z transferami Buksy, Niezgody, czy Klimali było tego dowodem. Jak ja byłem w klubie, dla Klimali nie było jeszcze konkretnych propozycji, ale że zawodnik miał klauzulę w kontrakcie, to Celtic zdecydował się go wykupić i tyle. Myślę, że tak to będzie wyglądało dalej. To tendencja, którą trudno jest zatrzymać.

Klimala konsultował się z panem w kwestii tego wyjazdu?

- Byliśmy cały czas w kontakcie. Do tej pory zresztą rozmawiamy. On znał moje zdanie na ten temat, ale ma też rodziców, agencję menedżerską, trenera kadry młodzieżowej, więc tych osób wokół niego jest więcej. Ja doradzałem, by pograł do czerwca, ale takiej możliwości jak w przypadku choćby Szymona Żurkowskiego, czy Radka Majeckiego nie było. Kupno z jednoczesnym wypożyczeniem nie wchodziło w grę. Nowy klub chciał go mieć u siebie od razu. Słyszałem już głosy, że szkoda, iż z tym transferem nie poczekał, bo teraz nie gra. Ja bym się z takimi ocenami wstrzymał. Ma dużą rywalizację w zespole, a na jego pozycji występuje napastnik, którego wartość rynkowa jest spora (Odsonne Edouard, 12 mln euro - przyp. red.). Transfer Polaka przeprowadzany jest pod kątem przyszłościowym. Być może Patryk ma pół sezonu, by wejść do drużyny i się wykazać, a potem zastąpić rywala, który np. niebawem odejdzie?

Z Ekstraklasy cyklicznie odchodzą młodzi. Jeśli jacyś Polacy tu wracają, to dlatego, że skończyły im się gdzieś dalej kontrakty, albo już się za granicą nagrali, albo nią sparzyli.

- No takich sytuacji, że to my pozyskujemy gracza, który się gdzieś wyróżnia, jest mało. Scenariuszy jak ten z Bartoszem Sliszem prawie nie ma. Trzeba przyklasnąć Legii, że się na ściągnięcie tego zawodnika zdecydowała. Nie wiem, czy to byłoby realne, gdyby w jego kontrakcie nie było kwoty odstępnego. Jak na nasze warunki była ona spora, ale Legia uznała, że warto to zapłacić. To też inwestycja, bo to młody zawodnik i będzie można na nim zarobić, a w przyszłym sezonie to też przy okazji będzie młodzieżowiec. Takich transferów wewnątrz ligi chciałoby się więcej. Nie jest to proste. Taką kwotę jak za Slisza byłby w Polsce w stanie zapłacić chyba jeszcze tylko Lech. Poza tym większość tych młodych zawodników nie ma klauzuli odejścia w umowie. Jak ich nie ma to kwota sprzedaży może być wyższa, a wtedy polski klub w starciu z zagranicznymi nie ma już szans. Mam jednak nadzieję, że to nie będzie tylko wyjątek, a takie transfery wewnątrz ekstraklasy będą częstsze.

Polscy trenerzy z graczy, których chcą, schodzą na tych, których mieć mogą, i którzy im zostają.

- Jasne, że optymalna budowa drużyny polega na tym, że co pół roku wymienia się jedno czy dwa najsłabsze ogniwa i zastępuje mocniejszymi. W ten sposób można grać o wyższe cele. Często jest jednak tak, że tych odejść jest więcej. Mogę żałować, ale takie są realia. Pewnie szybko się to nie zmieni. Potrzeba do tego lepszego szkolenia i kapitału prywatnych inwestorów.

Jagiellonii szkodziło, że w którymś momencie za dużo było w drużynie graczy z zagranicy? Pan zaczynając tam pracę rodaków miał w szatni więcej niż żegnając się z klubem.

- Było ich więcej, ale to też problem, całej ekstraklasy. Przydałoby się, żeby liga była bardziej swojska. Z drugiej strony jesteśmy taką ligą, z której każdy młody chętnie wyjeżdża. Trudno znaleźć balans. Szkolenie poszło do góry, ale dalej trzeba je rozwijać. Tyle, że w każdej lidze obcokrajowców jest dużo. Problemem nie jest sama ich liczba, ale jakość. Do Polski nie trafiają, ci co są pierwszym wyborem. Transfer tutaj jest dla nich opcją, dopiero gdy nie mogą się dostać do atrakcyjniejszych rozgrywek.

A propos obcokrajowców. Jak bym zapytał o grupę bankietową w Jagiellonii, to chciałby się pan do tego odnieść czy niekoniecznie?

- Proszę. Od razu powiem, że to jest często tak, że jak nie ma wyników, to szuka się jakiś problemów i dorabia do kłopotów różne teorie i ideologie. Nie zagłębiałbym się zatem w ten temat. Obecnie z tzw. grupy bankietowej, którą ktoś kiedyś wymyślił i tak nazwał nie ma w Jagiellonii już prawie nikogo. Ja w klubie też nie pracuje, a klub dalej swoje problemy ma. Wyniki nie są takie, jakich wszyscy oczekują. Dlatego nie zrzucałbym wszystkiego na to, że ktoś kiedyś widział piłkarza na mieście. Moi gracze potrafili się odpowiednio zachowywać. Jest wiele innych czynników wpływających na grę.

Czy stanowczość to jedna z tych rzeczy, które chciałby pan u siebie poprawić?

Wcześniej nie było z tym problemu, ten temat pojawił się w Białymstoku. Nie chce się za bardzo do tego odnosić, a może powiem inaczej. Wiem, że jakieś błędy popełniłem, wiem co mogłem zrobić lepiej, w jakich sytuacjach zachować się inaczej. Nie powiedziałbym jednak tego, że brak stanowczości to moja przypadłość.

Osoby, które z panem współpracowały powiedziały mi: optymistyczny, otwarty, lubi pożartować.

- Może to trochę zaskoczy tych, którzy tylko patrzą na moje zdjęcie, bo informacje, że nigdy się nie uśmiecham często do mnie docierały. Ale ja naprawdę lubię żartować. Do tego szanuję wszystkich, z którymi współpracuję. Lubię sobie z ludźmi pogadać. Nie tylko tymi z pionu sportowego. Uważam, że jestem człowiekiem pogodnym.

W polskich warunkach, bez optymizmu i humoru, ironii to czasem byłoby ciężko. Również w niższych ligach.

- W Jagiellonii pod koniec mojej pracy tego optymizmu i uśmiechu było raczej mało. Może przy tej presji wyników właśnie za mało? Oczywiście trzeba wiedzieć, kiedy należy mocno popracować, a kiedy można pożartować. To musi być zrównoważone.

Trenerzy akurat pracują przez 24 godziny na dobę. Flavio Paixao powiedział mi ostatnio, że przez to nigdy nie zostanie szkoleniowcem. On po zejściu z boiska musi się wyłączyć od piłki. To dlatego ma dalej tyle zapału do gry, a do tego dobrą formę.

- Świadomy i doświadczony piłkarz. Wielu młodszych nie ma pojęcia, jak na co dzień wygląda praca szkoleniowca. Mogę mu tylko pozytywnie pozazdrościć. Ja, czy ogólnie trenerzy nie mamy szans na takie funkcjonowanie. Tu rzeczywiście cały czas jest się pod parą. To praca mocno wyczerpująca psychicznie. W Białymstoku na pewno zabrakło mi od tego odskoczni. Szkoda, że nie było tam ze mną rodziny. Zostawanie samemu w czterech ścianach na pewno na dłuższy czas nie służyło.

Pracując w Chrobrym przez pewien czas mieszkał pan za to z ludźmi ze swojego sztabu. Po treningach nie dało się zatem od pracy uciec. Był, a może jest pan pracoholikiem?

- Rzeczywiście razem ze sobą mieszkaliśmy. Aby było przez to wszystkim łatwiej, ekonomiczniej. Dużo się wtedy nie zarabiało. Rzeczywiście przychodziliśmy do domu po treningach i dalej pracowaliśmy. Nie chce siebie nazywać pracoholikiem. Pracuję dla siebie, chce się rozwijać, lubię tę pracę. A że nie jest ona taka jak inna, w której dyżur kończy się po ośmiu godzinach i patrzy się na zegarek, to taka jej specyfika. Tu rzeczywiście wychodzi, że rzeczami związanymi z futbolem człowiek zajmuje się cały dzień. Może ci bardziej doświadczeni trenerzy już nieco inaczej układają sobie te proporcje. Ja jednak nie znam szkoleniowca, który godzinę po treningu zamyka drzwi i na tym kończy pracę.

A skoro pracować pan lubi, to jaki był ten najmilszy moment pracy w Jagiellonii?

- Zwycięstwo z Rio Ave i awans do kolejnej rundy el. Ligi Europy. Radość w szatni była po tym ogromna. Drugim ważnym momentem był wygrany mecz Pucharu Polski z Miedzią. Oznaczał on awans do finału Pucharu Polski. Na to spotkanie przyszło mnóstwo kibiców. Widzieliśmy jaką frajdę im daliśmy.

Najgorszy?

- No to już sam finał Pucharu Polski. Wiem, że nie można oglądać się za siebie nie wiadomo ile razy, ale to pożądane przez nas trofeum było wtedy blisko, a jednocześnie daleko i z Warszawy wyjeżdżaliśmy mocno zdołowani.

Coś by pan z tych dobrze znanych panu niższych lig przeniósł do ekstraklasy?

- Radość piłki. W tych niższych ligach gdzie pracowałem była kapitalna atmosfera. Szczególnie w amatorskich rozgrywkach, gdzie nie było pieniędzy. W ekstraklasie aspekt finansowy jest istotny. Ktoś nie gra, to traci premie meczowe. Może też argumenty przy negocjacji nowej umowy. To wpływa na ludzi, zaprząta im głowy. Tam tego nie było. W niższych ligach chyba też łatwiej nawiązywało się przyjaźnie. Sam mam dobry kontakt z ludźmi z tamtych czasów, którzy już zakończyli grać. Dzwonimy do siebie, wymieniamy spostrzeżeniami. Nie mówię, że po Białymstoku tego nie będzie, ale w zawodowej piłce wygląda to inaczej. Inne jest ego graczy, inaczej i trudniej z nimi funkcjonować.

Miał pan styczność z reprezentantami krajów, weteranami Ekstraklasy, młodymi talentami. Z kim się współpracowało najlepiej?

- Nie chcę mówić nazwiskami, bo jeszcze nie zakończyłem przygody z trenerką, ale na pewno z tymi, którzy do wszystkiego podchodzą profesjonalnie i ze zrozumieniem. Walczą o miejsce w składzie, mają charakter, ale też akceptują decyzję trenera, kiedy nie grają, a nie chodzą i marudzą za plecami. Oprócz tego, że takich sportowców się ceni, to też zwykle są to po prostu fajni ludzie.

Pan w swej karierze cieszył się z ośmiu awansów. Chciałby pan dziewiąty, czy woli pracować w klubie, który już wyżej dostać się w rozgrywkach nie może?

- To, co ja bym wolał to jedno. To, co przyniesie życie, to drugie. Niewielu jest menedżerów, którzy mogą sobie wybierać w czym chcą. Ja pójdę tam, gdzie będę potrzebny. Wiadomo, że wolałbym zostać w ekstraklasie, ale jeśli będę mógł pomóc przy ciekawym projekcie w 1. lidze, gdzie ktoś będzie chciał o tę ekstraklasę walczyć, to chętnie pomogę.