Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Trener Wisły Kraków: W jednym klubie zostałem zwolniony przez piłkarzy. Nie dziwię się

Nie jest to kolejna rozmowa o Wiśle Kraków. Z Arturem Skowronkiem rozmawiamy przede wszystkim o byciu trenerem. On jest najmłodszym w ekstraklasie. A był już w niej osiem lat temu. Spadał i kilka razy próbował wrócić. Półtora roku był też bez pracy i chciał to wszystko rzucić w kąt. - Ale, kurde, nie mogłem bez tego żyć - mówi.

Zerwanie więzadła krzyżowego ułatwiło panu podjęcie decyzji, żeby zostać trenerem?

- Na pewno. Bozia nie dała mi talentu do gry w piłkę…

Zobacz wideo Błaszczykowski pojedzie na Euro 2020?

A co panu dała?

- Jestem bardzo, bardzo uparty. To zdecydowało, że w tym trudnym momencie, gdy przez półtora roku nie miałem pracy, wstałem i dalej walczyłem. Pomogła rodzina. W ogóle upartość buduje mnie w trudnych momentach w życiu. Staram się tym zarażać swoich asystentów i piłkarzy. Czasami to widać.

Uśmiecha się pan. Kiedy to widać?

- No jestem wymagający… Lubię dyscyplinę, konsekwencję i nie wszystkim ludziom się to podoba. Ale myślę, że na końcu wzbudza to szacunek. I dlatego się uśmiecham. Bo czasami nie jest ciekawie, bo takie podejście wymaga harówy. Jest w zawodowej piłce potrzebna, ale też z zachowaniem odpowiedniego dystansu.

Tego podobno musiał się pan nauczyć. Już nie denerwują pana krótkie spodenki u jednego piłkarza, gdy reszta drużyny ma długie?

- Faktycznie już takiej wagi do tego nie przywiązuję. Zwycięstw to nie daje.

Pan mówi, że upartość. Ja bym powiedział, że jeszcze odwaga. Bo trzeba być odważnym, żeby dzwonić do swoich byłych piłkarzy i pytać co się zrobiło źle. Potrafili szczerze odpowiedzieć?

- To jest powiązane z tą upartością. Jak po dwóch miesiącach zwolnili mnie z Olimpii Grudziądz, powiedziałem sobie, że wrócę do ekstraklasy. Po to dzwoniłem. Wiedziałem do kogo się odezwać, żeby dostać uczciwe odpowiedzi. Na szczęście nie zweryfikowały mnie tylko statystyki, dlatego wróciłem. Prawdą jest niestety to, że piłkarze czasami mają wpływ na to, czy trener będzie dalej pracował.

Podczas tych rozmów ktoś otworzył panu oczy? Powiedział o czymś, na co nie zwrócił pan uwagi?

- Bardziej utwierdziłem się w swoich przekonaniach. Ale chciałem to usłyszeć. Byłem przygotowany na trudne zdania. Coś ewidentnie nie grało w zarządzaniu ludźmi i dlatego bardzo mocno poszedłem w stronę rozwoju osobistego. Część aspektów już udało się poprawić. Choćby to, że nauczyłem się łapać dystans, wynika właśnie z rozwoju mentalnego. Nie ukrywam też, że lubię rozmawiać z naszym psychologiem Damianem Salwinem.

To był pana pomysł, żeby go zatrudnić?

- Wspólny pomysł. Ja nigdy nie zamykałem się na tak ważną sprawę, jaką jest współpraca z psychologiem. Wszyscy mówimy, jak ważna jest głowa, a tak naprawdę skupiamy się tylko na taktyce, technice i motoryce. O głowie zapominamy. Damian jest fachowcem z najwyższej półki i bardzo dużo od niego czerpię.

Jest pan jednym z czterech trenerów w ekstraklasie, którzy wpuścili psychologa do szatni. Dlaczego się pan na to zdecydował?

- To wynika z zaufania. Po prostu, potrzebowaliśmy większej jakości w tym elemencie. Nie chciałem natomiast, żeby psycholog dołączał do nas w trudnym momencie, po dziesięciu porażkach z rzędu. Żeby wszedł i powiedział: to ja wam teraz pomogę. Wolałem poczekać na lepszy moment i po zwycięstwach z Pogonią Szczecin i ŁKS, Damian dołączył do nas naturalnie. Nie organizujemy sesji grupowych, nikomu nic nie narzucamy, ale cieszę się, że naprawdę duża grupa piłkarzy i trenerów korzysta z tej pomocy.

Pan też?

- Tak.

Wielu trenerów wciąż jest zdania, że to oni powinni być najlepszymi psychologami.

- No tak, bo to my trzymamy ster. Ważne jest czucie drużyny, timing, kontrolowanie nastrojów, gdy wszystko idzie dobrze i gdy idzie źle. I to na pewno jest rola trenera. Ale zapewnienie indywidualnego wsparcia zawodnikom jest bardzo ważne. Czasami przy mnie mogą się nie otworzyć, ale wtedy mogą pójść do Damiana i porozmawiać.

Ostatnio, gdy pytałem kilku piłkarzy, czy po zakończeniu kariery myślą o trenerce, mówili, że nie, bo wtedy ma się jeszcze mniej czasu dla rodziny. Pan sobie zdawał z tego sprawę?

- Na pewno nie wiedziałem, że to jest tak ciężka praca od strony decyzyjności, i że wymaga takiego poświęcenia od bliskich. Dzisiaj już łatwiej przychodzi nam współpraca z żoną i dzieciakami, bo one po prostu nie znają innego życia. Ale ja też złapałem więcej dystansu do wszystkiego. To wynika z doświadczenia. Musi istnieć granica, czas na wyczyszczenie głowy, zregenerowanie się, żeby później lepiej współpracować z zespołem.

Ósma-szesnasta to taki standard. A jak jest u pana?

- Tych godzin spędzonych w pracy jest dużo, ale trudno jakoś to wypośrodkować. Wszystko zależy od momentu w danym mikrocyklu, fazy sezonu czy natężenia meczów. Natomiast im wyżej jesteś, tym lepiej możesz sobie tę pracę zorganizować, bo masz wokół siebie ludzi. Cieszę się, że w Wiśle miałem możliwość zbudowania swojego sztabu. Ci ludzie czują moją koncepcję i dobrze się zgrywamy. Kluczowy jest podział obowiązków, żebym ja mógł się zająć swoimi sprawami, a moi asystenci mogli się rozwijać. Każdy ma działkę, za którą odpowiada, a dzięki takiemu podziałowi mamy też więcej czasu np. dla swoich rodzin.

Dobrze, że nie ma pan tak, że wszystko musi robić sam. Wie pan, „bo jak nie zrobię sam, to nie będzie po mojemu”.

- W tym też uczę się dystansu.

Czyli wcześniej pan tak miał?

- Miałem. To był błąd, bo to zawsze odbija się na jakości. To kwestia dotarcia się ze swoimi współpracownikami, żeby oddać im część roboty i mieć pewność, że będzie wykonana na dobrym poziomie. Każdy ma swój styl prowadzenia drużyny, oczywiście, ale dzisiaj zgadzam się z wieloma trenerami, którzy uważają, że trener na tym centralnym poziomie jest też menedżerem.

Czytałem, że na niektórych rywali macie przygotowane po trzy warianty taktyczne dopasowane do tego, co oni zaprezentują. Lubi pan analizować rywali? Guardiola mówi, że to dla niego najfajniejsza część tej pracy: siada, ogląda i nagle znajduje u rywala coś, dzięki czemu wie, że wygra mecz.

- Uważam, że analiza w dużej mierze odpowiada za to, kto na końcu wygrywa. Taktyka daje efekty. Patrząc na przeciwników muszę powiedzieć, że widać powtarzalność, bo w Polsce mamy naprawdę dobrych trenerów. Nasze problemy w meczu z Koroną Kielce nie wynikały z tego, że chcieliśmy grać nisko. Po prostu Korona miała na nas konkretny pomysł i wynikał on z analizy naszych wcześniejszych meczów. I cieszę się, że potrafiliśmy na to zareagować w drugiej połowie. W sztabie bardzo dużo dyskutujemy o analizie. Dwa dni przed meczem mamy już gotową taktykę, przekazujemy ją piłkarzom i robimy pod nią ćwiczenia na treningu. Konkretne fragmenty gry. Bo jeśli już wyłapiemy u przeciwnika powtarzalność, wiemy, że pokaże ją w meczu.

A panu co w tej pracy daje największą satysfakcję?

- Akurat myśląc o sytuacji w Wiśle Kraków, niezwykle cieszę się z przełamania kryzysu. Pomimo trudnych dni, na boisku było widać to, co robiliśmy na treningach. Bardzo szybko zmienialiśmy styl gry drużyny na taki, który w tamtym momencie był tej ekipie potrzebny. Piłkarze nam zaufali i uwierzyli w nasz pomysł. To daje satysfakcję. Teraz jeszcze są wyniki. Widać jak Wisła chce bronić i jak chce przechodzić do ataku. Powoli zarysowuje się też schemat działania w ataku, bo na to zawsze schodzi najwięcej czasu.

No właśnie, pan jako „nowa miotła” się nie sprawdza. W debiutach rzadko pan wygrywa, a później zazwyczaj potrzebuje jeszcze czasu, żeby się rozpędzić. I w Wiśle też tak było. Nie bał się pan, że jeśli od razu nie pojawi się efekt, to będzie panu trudno dotrzeć do piłkarzy? Lubili trenera Stolarczyka. Został zwolniony, przyszedł ktoś nowy, a poprawy nie ma. To po co w ogóle go zwalniali, prawda?

- Byłem przygotowany na taką sytuację. Mam empatię wobec piłkarzy. Wiedziałem, że wchodzę w trudnym momencie. Wydaje mi się, że pierwsze wrażenie zawsze jest najważniejsze. Skleiłem sobie dwa-trzy zdania takie prawdziwe od serca. Oddałem szacunek trenerowi Stolarczykowi i relacjom, które piłkarze z nim mieli. Nie skupiałem się tylko na tym co było złe, więc mieli się o co zaczepić przy nowym trenerze.

Ma pan w szatni wielu doświadczonych, charakternych zawodników i sytuację niespotykaną: piłkarza, który zasiada w radzie nadzorczej klubu i jest nad panem. Przyszedł pan z niższej ligi. Czym można taką szatnię kupić?

- Na to pytanie powinni odpowiedzieć piłkarze.

Ale musiał pan mieć jakiś plan.

- No tak, był plan. Właściwie to ta szatnia dobitnie pokazała, czego potrzebuje dzisiaj profesjonalny piłkarz.

Czego?

- Autorytetu nie buduje się dziś liczbą meczów na najwyższym poziomie. Buduje się jakością treningu, decyzjami, budowaniem relacji, pomysłami na mecz, zmianą taktyki w przerwie, konkretnymi podpowiedziami i tym, że ci ręka nie lata przy tablicy. To są rzeczy, które piłkarze oceniają. Potrzebują profesjonalisty obok siebie. Na początku udało nam się złapać dobry kontakt. Pojawiały się z naszej strony konkrety: co musimy zmienić, żebyśmy zaczęli wygrywać. No i chyba to, że cały czas byłem sobą, mimo że mieliśmy trzy porażki z rzędu. Nie panikowałem, tylko dałem kolejne opcje: jak mamy zagrać z Lechią po porażce ze Śląskiem Wrocław, jak chcemy zagrać z Górnikiem Zabrze po porażce z Lechią, jak zagrać z Pogonią Szczecin po trzeciej porażce. Mieliśmy kilka pomysłów jak podnieść zespół. Jeden nawet wypłynął do internetu. Ten filmik z ciężarówką wyjeżdżającą z głębokiego dołu. Piłkarze lubią argumenty. W decyzjach: dlaczego grasz, dlaczego nie grasz. Mamy narzędzia, żeby im to wytłumaczyć: te wszystkie GPS-y, nagrania z treningów i z meczów. Przed meczem z Pogonią zrobiliśmy też taki film z motywacją od kibiców.

A podobno nie lubi pan takich akcji.

- Ale wtedy czuliśmy, że potrzeba czegoś ekstra. Ta maszyna już wcale tak źle nie funkcjonowała, ale przegrała dziesięć meczów z rzędu i nawet drobne niepowodzenia sprawiały, że pewność siebie piłkarzy spadała. W życiu każdego jest tak, że jak jest ciężko to szuka wsparcia. Jak je dostaje, szybciej wychodzi z tego trudniejszego momentu. Stąd ten film.

Mourinho mówi tak: jak wchodzisz do drużyny, to masz trzy grupy piłkarzy. Młodych, którzy cieszą się, że w ogóle są w drużynie. Tych co grają regularnie, więc też są zadowoleni. I masz tych, którzy nie grają. Oni są niezadowoleni i na nich jako trener musisz uważać. I patrzę na pana drużynę: Paweł Brożek częściej nie gra niż gra. Marcin Wasilewski gra jeszcze rzadziej. Jakub Błaszczykowski miał kontuzje, więc sytuacja była trochę inna. U pana ci najbardziej charyzmatyczni nie grali. A już wcześniej pan mówił, że czasami to szatnia zwalnia trenera. Czuł pan, że to ryzykowne?

- Kluczowa jest uczciwość. Ja odrzucam ten aspekt wieku i wyznaję nieco inny podział: na pierwszą jedenastkę, rezerwowych i piłkarzy z trybun. To oczywiste, którzy potrzebują największego wsparcia. Dostają je podczas treningów, gdy walczą o wejście do kadry na następny mecz. Nie możesz jako trener doprowadzić do sytuacji, w której niezadowolenie z braku gry przerodzi się we frustrację, bo frustracji nie da się kontrolować. I w drugą stronę: trzeba pilnować tych, którzy grają regularnie, żeby nie przyszło zbyt duże samozadowolenie. Są na to sposoby. Jeżeli zespół widzi, że podejmujesz sprawiedliwe decyzje i na przykład odstawiasz doświadczonego piłkarza, który ślizga się na treningach, to będą cię szanować. Cały czas musisz pielęgnować relacje z piłkarzami siedzącymi na ławce. Nie dopiero wtedy, gdy ty ich potrzebujesz. Wtedy wychodzi sztucznie. A sztuczności piłkarze bardzo nie lubią.

A pan został kiedyś zwolniony nie przez prezesów tylko przez piłkarzy?

- Wydaje mi się, że w jednym klubie mogło tak być.

W Katowicach?

- Tak. Ale popełniłem tam takie błędy, że po czasie się nie dziwię. Dzisiaj jestem innym trenerem.

Przez ten coaching?

- W dużej mierze tak. Tamci piłkarze nie dostali ode mnie takiego wsparcia, jakie powinni. Nie byli odpowiednio chronieni. Źle zbudowałem relacje. Dzisiaj lepiej zarządzam drużyną, lepiej znoszę presję kibiców. Można spojrzeć na mój wiek, na to w ilu byłem klubach i zacząć się zastanawiać czemu tak często je zmieniałem. Czasami rozmawiam z Michałem Probierzem i on nieraz coś tak konkretnie powie. No i powiedział mi, że najważniejsze, ile razy zatrudniają, a nie zwalniają. Dzisiaj uważam, że to w ilu szatniach już się znalazłem, jest moim największym skarbem. Natomiast, pewnie, że chciałbym stabilizacji dla siebie i dla swojej rodziny. Ale trudno o tym mówić w Polsce. Mogłem być dłużej w Wigrach i w Stali, ale z obu tych klubów zostałem wykupiony. Mam nadzieję, że w Wiśle zostanę na dłużej i coś uda się osiągnąć.

A w której szatni pan się najwięcej nauczył?

- W swoim domu. Wtedy jak byłem przez półtora roku bez pracy. To był kryzysowy moment. Chciałem tym wszystkim rzucić w kąt i dać sobie spokój. Ale króciutko to trwało. No bo, kurde, nie mogę bez tego żyć. Wariowałem. Zadziałała ta upartość. Chęć udowodnienia, że jednak się do tej roboty nadaję. No i to szukanie braków u siebie we współpracy z piłkarzami, zarządem, dziennikarzami, menedżerami. W tej pracy można szybko zwariować. Szczególnie, gdy szybko wchodzisz na wysoki poziom. Mnie to dotknęło.

Zachłysnął się pan?

- Dokładnie. W tym sensie, że gdy pierwszy raz byłem w ekstraklasie, nieźle zaczęliśmy z Pogonią Szczecin. Byliśmy beniaminkiem. Chciałem iść jeszcze dalej, pokazać jeszcze więcej. Zaczęliśmy zmieniliać taktykę, koncepcję przygotowania fizycznego i przez to straciłem zaufanie piłkarzy. Zabiło mnie to jako trenera. I teraz proszę spojrzeć na Wisłę. Nie chciałbym grać nisko i wyprowadzać kontr, ale w pewnym momencie po prostu to było nam potrzebne.

Miał pan przyklejoną łatkę, że pana drużyny grają ładnie.

- I chciałbym, żeby nadal była, bo chcę rozwijać piłkarzy, ale wtedy potrzebowaliśmy czegoś innego. U nas na treningach nie ma żadnych schematów. Nawet przy stałych fragmentach gry, bo wystarczy, że jeden czy dwóch piłkarzy stanie inaczej niż analizowałeś i jest po zabawie. Są zasady rozegrania, ale nie schemat.

Czyli nie gratulować panu przesadnie tego gola Błaszczykowskiego z rzutu wolnego?

- Gdzie tam! Zabawne jest to, że akurat rzutów wolnych z tej strefy nie zdążyliśmy przećwiczyć. Mieliśmy tylko przygotowane ustawienie podobne jak przy rzutach rożnych. Ale podszedł Kuba i zrobił swoje. Ma jakość.

Za chwile nas wszystkich podzieli dyskusja, czy powinien pojechać na Euro. Jest jakoś specjalnie przygotowywany pod kątem wyjazdu?

- Cały czas trenował tak, jak reszta zespołu, bo miał długą przerwę i musiał wrócić do podstaw. Teraz jest taki czas, że możemy wprowadzać indywidualizację, żeby on zaczął sprzedawać swoje umiejętności na dużym gazie. Tego potrzebuje i Wisła, i kadra. A co on jeszcze może zrobić, żeby znaleźć się w kadrze? Strzela, asystuje, prowadzi drużynę na boisku i poza nim. Nie widzę innego kandydata.

Jak poukładaliście relacje między sobą? Sytuacja jest niespotykana.

- To jest pan piłkarz. Zajmuje się swoją działką i tyle. Brat Kuby jest w radzie nadzorczej, Kuba ma wpływ na decyzje, ale jak jesteśmy w szatni, to jest piłkarzem. Od początku wszystko było jasne. Kuba jest facetem z dużym doświadczeniem i dużą klasą. Najważniejsza jest dla niego Wisła Kraków i nie raz już to pokazał. Zrobi wszystko, żeby pomóc. Na boisku i poza nim.

A takiemu Aleksandrowi Buksie pomaga dzisiaj to, że jego trener przez całą karierę słyszał, że jest za młody?

- Coś w tym jest. To działa podświadomie, że skoro mi ktoś dał szansę trenować zespół w ekstraklasie jak miałem 30 lat, to czemu ja miałbym nie dać teraz jemu? Ma fajny potencjał, o który musimy z każdej strony zadbać. Ma bardzo duże wsparcie od rodziców, bardzo naturalnie poukładane relacje z kolegami. Jest bardzo profesjonalny: uczy się języka, czyta książki, zadaje mądre pytania przy analizach indywidualnych. Co ważne, wykorzystuje te uwagi w meczu i to naprawdę widać. A ja przy ustalaniu składu nie patrzę na to czy ktoś ma trzysta meczów w ekstraklasie, czy trzy. Pewnie, doświadczenie jest ważne, ale jak widzę, że młody chłopak da w tym momencie więcej drużynie, to jego wystawiam. Drużyna zawsze będzie dla mnie najważniejsza.

I widzi pan w nim zawodnika, który do końca sezonu może już grać regularnie?

- Inaczej: widzę u niego potencjał, który może przerodzić się w to, że będzie piłkarzem na wysokim poziomie. Ma talent, ale fajny jest u niego przede wszystkim dystans do całej sytuacji. Cierpliwość. Nie nakłada na siebie niepotrzebnie presji, ale jest pazerny na rozwój. W kontrolowany sposób. Trening motoryczny? Jasne, ale pod opieką. Jak jest czas na regenerację, to odpoczywa. Można teraz zbudować masę mięśniową? Okej, to teraz buduje. Trening taktyczny? Tak, trzy razy w tygodniu. Ma siedemnaście lat, ale bardzo świadomie buduje swoją karierę. Wokół siebie ma mądrych ludzi.

Wracając do pana. Gdy ogląda pan mecz Realu Madryt, Manchesteru City czy Barcelony, to widzi pan coś, co można przenieść do Wisły?

- Kilka rzeczy jest nawet wziętych z takich dużych meczów. Choćby robienie przewagi.

To co pan od kogo zgapił? Guardiola się śmieje, że wszyscy trenerzy to złodzieje pomysłów.

- Zespoły Guardioli są bardzo powtarzalne w budowaniu gry. Klopp ma bardzo charakterystyczne i powtarzalne fazy przejściowe. Nagelsmann jest bardzo kreatywny w budowaniu taktyki pod konkretne zespoły. Uważam, że każdy może z tych największych trenerów coś dla siebie wyciągnąć. Zainspirować się. Można też się wspierać konkretnymi przykładami: pokazać drużynie, że kontra, którą ćwiczymy, jest wykorzystywana przez najlepszych. Nie pokażemy, że na kilku metrach kwadratowych możemy wymienić trzydzieści podań jak Real. Ale możemy pokazać naszemu napastnikowi jak Cristiano Ronaldo zbiega na krótki słupek i dlaczego zawsze jest tam przed obrońcą, Jak to robi, że zamiast dwóch obrońców ma przy sobie jednego.

Ile meczów w tygodniu potrafi pan obejrzeć?

- Jest z tym ciężko. Ostatnio moi synowie oglądali Real z Manchesterem City, ja już byłem po pracy więc się dosiadłem. Po paru minutach usnąłem. Zabrakło energii.

To chyba a propos tego, czy ta praca jest męcząca.

- Na pewno jest. Dlatego trzeba znaleźć czas na to, żeby iść pograć w squasha z kolegami czy spędzić czas z rodziną. Staram się kończyć pracę w Myślenicach, chować laptopa do torby i już go w domu nie wyciągać. Ale teraz mamy taki natłok meczów, że będzie o to trudno.

Dziennikarze kończą z panem rozmowy prosząc o jakąś deklarację. W Weszło pytali pana o awans z I ligi ze Stalą, później w Przeglądzie Sportowym, czy Wisła na wiosnę dalej będzie wygrywała. To ja zapytam, czy po 30. kolejce będziecie w pierwszej ósemce?

- Rozumiem pytanie, wiem, że trzeba trochę trenera sprowokować, ale naprawdę - my myślimy tylko o tym, żeby się utrzymać. Takie zadanie przede mną postawiono. Nie bałem się deklaracji, że się to uda. Jesteśmy na dobrej drodze, by tak się stało. Nasz potencjał jest na ósemkę, ale nie są nam potrzebne takie cele. Mamy się utrzymać. I tyle.

Będzie pan czuł satysfakcję z zajęcia trzynastego miejsca?

- Pamiętając o tym, że po tych dziesięciu porażkach z rzędu, wszyscy nasi kibice marzyli tylko o tym, żebyśmy się na koniec utrzymali w ekstraklasie, to tak. Będę czuł.